Trwa ładowanie...
dsshno0

"Oświęcim. Czarna zima". Czym jest klątwa tego miasta?

Miejscowe legendy mówią o klątwie, która ciąży nad miastem od stuleci. Marcin Kącki, znakomity reporter, autor słynnego "Białegostoku", zadaje mieszkańcom pozornie proste pytanie: "Jak się tu żyje?".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
"Oświęcim. Czarna zima" Kąckiego to pierwszy współczesny reportaż o tym mieście i jego mieszkańcach
"Oświęcim. Czarna zima" Kąckiego to pierwszy współczesny reportaż o tym mieście i jego mieszkańcach
dsshno0

Rozmawia ze zbieraczami, którzy maniakalnie poszukują pamiątek z obozu. Z ostatnim oświęcimskim Romem, żyjącym w cieniu przemilczanego pogromu. Z ludźmi, którzy boją się zejść do własnej piwnicy, i z mieszkańcami osiedla, którzy bramę obozową mijają w drodze na zakupy. I z tymi, którzy nie otwierają okien, by nie czuć smrodu z kominów. Nawet ziemia nie daje spokoju, nasączona trucizną zakładów chemicznych.

Raz puszczone w ruch mechanizmy zła zatrzymują się powoli. Oświęcim, niczym soczewka, skupia nadzieje i lęki Polaków. I nikt nie pokazuje tego lepiej niż Kącki.

Czy w mieście, które nie może uciec od przeszłości, da się normalnie żyć?

dsshno0

Prezentujemy fragment książki Marcina Kąckiego "Oświęcim. Czarna zima" wydawnictwa Znak.

KLĄTWA

Łukasz Szymański, trzydziestoparolatek, mieszka na osiedlu zbudowanym przez Niemców w latach czterdziestych dla pracowników zakładów IG Farben, przekształconych po wojnie w Fabrykę Paliw Syntetycznych w Dworach, a kilka lat później w Zakłady Chemiczne w Oświęcimiu. Dzisiaj jest to firma Synthos SA należąca do portfela biznesmena Michała Sołowowa. Na osiedlu – ulice Mendelejewa, Marii Skłodowskiej-Curie. Dwupiętrowe budynki ze spadzistymi dachami wyróżniają się na tle PRL-owskiej architektury miasta.

Pod koniec wojny, gdy Niemcy w popłochu uciekali wraz z armią, zostawiali wszystko. Domy stały opuszczone tylko przez chwilę.

dsshno0

Matka Łukasza miała ciasne mieszkanko w oficynie na Starym Mieście. Kolejne dziecko w drodze, więc poszła na komendę z żądaniem lepszego lokum, jako że miała męża w milicji. Powiedzieli jej, że nie mają, ale od znajomej, kochanki pewnego milicjanta, dowiedziała się, że ta dostała przydział mieszkaniowy, gdy zgłosiła, że ma dość palenia węglem i chce lokal z kaloryferami.

Matka Łukasza się wściekła, wróciła na posterunek, postawiła małe dziecko na biurku w gabinecie komendanta. Dziecko w ryk, a kobieta w płacz, że nie wyjdzie, dopóki nie dostanie mieszkania. Dostała to, którego nie chciała kochanka milicjanta, na osiedlu po Niemcach.
Siedzimy teraz w tym mieszkaniu, w kuchni.

Pytam o dziwne zamiłowanie Szymańskiego do zbierania starych butelek.
 – Zaczęło się, gdy byłem dzieckiem. – Patrzy w sufit i wymienia pierwsze kolekcje.
Pudełka po zapałkach – kilkadziesiąt.
Historyjki z gum Turbo – kilkaset.
Kapsle – tysiące.
Puszki po piwie – nigdy nie policzył.
Zbierał nawet opakowania po soczkach, dodatki z programami…
(...)

Potem Łukasz zbierał fotografie ludzi, które sam robił. Co widział w zwykłych ludziach z Oświęcimia? Trudno mu powiedzieć. Gdy robił portrety, lubił rozmawiać. Ma portrety tych, którzy już zmarli albo byli dziećmi, a teraz są dorośli. Rozmawiał, słuchał, a oni mówili. Czasami trafiał na ludzi z patologii – każdy dzień zaczynali od picia, ale lubili być wysłuchani. Niechętnie mówili tylko o tym, co było przed wojną. Widział u nich lęk, głównie u kobiet. Jeszcze bardziej bali się wspominać o okresie powojennym. A ci urodzeni po wojnie źle mówili o Żydach i Cyganach, choć żadnego nie poznali albo tylko ich widzieli. Starsze osoby przeciwnie, o Żydach fajnie, że przyjaźń była, a nie żaden wyzysk. Pamiętali pana Schenkera, przemysłowca, który przychodził do katolickiej szkoły w Oświęcimiu i kupował dzieciom buty.

(...)
Gazet zebrał półtora tysiąca, najstarsza jest z 1830 roku, z niezwykłymi kronikami kryminalnymi, w których opisując sprawców i ofiary, podawano ich nazwiska i adresy. Do tego olbrzymi zbiór pocztówek z Oświęcimia, na których doklejone są samochody i balony, by dzięki temu sprawić wrażenie, że to metropolia, i lepiej wypromować miasto. Na jednej z nich ktoś napisał: "Jestem w Oświęcimiu, ale za dużo tu Żydów, chcę wyjechać".
(...)

 – O co mu chodziło?
 – Może o klątwę.
 – Czyli?
 – Miasto nigdy nie umiało się dogadać ze znaczącymi mieszkańcami. To jak muzeum Auschwitz, które nie potrafi porozumieć się z nami, kolekcjonerami: wy sobie róbcie swoje, my swoje. W latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku coś się musiało stać, bo Oświęcim opuściły albo straciły majątki znamienite rodziny. Rajcy miejscy nie akceptowali osób napływowych, trzymali się swoich. I jest taka legenda, która mówi, że miasto jest spętane klątwą. Te znamienite rodziny, wojna, obóz…

Kiedyś Szymański współpracował z Centrum Żydowskim Tomka Kuncewicza, przekazywał mu swoje eksponaty, ale przestał.
 – Dlaczego? – pytam.
 – Nie zgadzam się z ich ideologią.
 – Jaką?
 – Choćby tolerancji wobec… homoseksualistów. Zaczęło mnie to drażnić, ta szeroko pojęta tolerancja. Nie że jestem jakimś prawicowcem, ale poszli tak daleko, że Café Bergson stało się enklawą dla homoseksualistów, których nienawidzę.
 – A ilu pan zna?
 – No… jednego. Ale chodzi o to, że to zastąpiło idee historyczne. Proszę nie udawać, przecież pan wie, że Izrael jest największą na świecie mekką homoseksualistów. U nas też są, osobiście ich nie widziałem, ale znam osoby, które widziały. I w tym Centrum zrobił się układ. Dyktują miastu na przykład to, czy może przyjechać cyrk, bo przecież w cyrkach męczy się zwierzęta. I mają siłę, bo w mieście silna jest społeczność lewicowa, tutaj lewica wygrywa wybory. Skąd się to wzięło? Dziwne, nie wiem. Ale Oświęcim to nie Holandia, nie chcę, żeby nasze miasto tak wyglądało. To groźne. Kiedyś byłem osobą tolerancyjną, nie miałem nic do nikogo, nawet żydolubem mnie nazywano. A potem zaczęto promować pewne zachowania i robić z tego rzecz nadrzędną. Dla mnie zatrważające jest, jak homoseksualizm się rozprzestrzenia na życie rodzinne. Czy pan sobie wyobraża, że tu, w Oświęcimiu, dwóch gejów miałoby dziecko? Wie pan, jak to odbierze nasze katolickie społeczeństwo? A przecież za tym może stać podstęp pedofilów, którzy będą krzyczeć, że są gejami, i adoptują dzieci. Pan wie, co się stało po tym wielkim tsunami na Oceanie Indyjskim? Zostało po nim wiele bezdomnych dzieci… I kto kupił najwięcej tych dzieci? Izrael! Tam, gdzie najwięcej homoseksualistów.
 – A jakiegoś homoseksualistę w Oświęcimiu pan zna?
 – Jest taki jeden starszy gość, poniewierany przez dzieciaki, gruby, brzydki, dziwnie się ubiera, chyba psychicznie chory. Bili go, napadali. Tego akurat nie popieram, choć ponoć próbował dobierać się do młodych chłopców.
 – Co jeszcze się panu nie podoba w mieście?
 – Nie podoba mi się też sprzedaż Żydom lasów państwowych. Pokątnie, w nocy.
 – W Polsce?
 – To pan nie wie?
 – Co jeszcze?
 – Obóz. Miasto w mieście. Chciałem stworzyć muzeum, nawet dwa, o mieście przedwojennym, mam przecież bardzo dużo pamiątek i wiedzę, a nikt się tym nie interesował. A wie pan… tych klątw jest więcej i one ciągle działają. Jedną rzucił papież, gdy książę oświęcimski rabował okoliczne wsie, drugą ostatni mnich w okresie zaborów, gdy były kasacje klasztorów…
 – Działają?
 – Przecież ten obóz jest klątwą. Ale żeby pan nie myślał, że coś ze mną nie tego, jeśli chodzi o Żydów. Mam kolekcję "Małego Dziennika". Współredagował go ojciec Kolbe, a pismo jest świadectwem jego antysemityzmu. Gdy u naszych salezjanów była wystawa pamięci Kolbego, zadzwoniłem, że mogę podrzucić te gazety, bo mam ich z sześćset, ale ksiądz powiedział: "Może pan to sobie wyrzucić na śmietnik". A ja uważam, że jeśli trzeba pokazywać historię, to w całości…

dsshno0

"Oświęcim. Czarna zima" Marcin Kącki, Znak

Zobacz także: Białystok. Tu nienawiści uczą na lekcji religii
Zobacz także: Opisał seksaferę w Samoobronie. Marcin Kącki wygrał z Polską w Strasburgu
Zobacz także: Marcin Kącki o pedofilskim skandalu w chórze Polskie Słowiki: wiedzieli i nie reagowali

dsshno0

Podziel się opinią

Share

dsshno0

dsshno0