Trwa ładowanie...
d1puckp
Recenzje

Myślałeś, że film był kiepski?

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Myślałeś, że film był kiepski?
(Inne)
d1puckp

Dobra wiadomość jest taka, że „Zderzenie ze ścianą” wypada odrobinę lepiej od poprzedniej części. Zła – tytuł tomu niestety idealnie oddaje uczucia towarzyszące jego lekturze.

„Nadzorować i karać” było jednym z największych komiksowych rozczarowań 2016 roku, wywołującym większy niesmak niż film Davida Ayera. Odrzucające ilustracje Patricka Zirchera szły w parze ze scenariuszem duetu Matt Kindt i Ales Kot, którego poziom sugerował, że autorzy mają góra 12 lat. Dlatego umówmy się - stworzenie czegoś lepszego nie było absolutnie żadną sztuką.

Tom otwiera one-shot „Ofiary burzy”. Choć próba zniuansowania Amandy Waller i nadania jej psychologicznej głębi wypada jak ze szkolnego wypracowania, to w kontekście tego, co wyprawia się na kolejnych stronach, wysiłek Jima Zuba i Andre Coelho trzeba docenić. Zwłaszcza, że kreska tego ostatniego to naprawdę jeden z niewielu pozytywnych aspektów albumu.

d1puckp

(img|720652|center)

Dalej jest niestety tylko gorzej, a to za sprawą wspomnianych Kindta i Zirchera. Ich sześciozeszytowa historia, stanowiąca trzon albumu, powiela wszelkie grzechy „Nadzorować i karać”. Deklaratywne dialogi, płaskie postacie, toporna narracja i żenująco infantylna intryga - tak w skrócie można scharakteryzować „autorski styl” duetu. Choć znalazło się tu kilka niespodzianek, m.in. geneza King Sharka czy dokooptowanie do składu Kapitana Bumeranga, to takie kwiatki jak charakterystyka Steela („Porażająco inteligentny, a zarazem słaby, bo ma serce na dłoni” – nie mogłem przestać się śmiać), skutecznie sprowadzają czytelnika na ziemię.

Niesmak budzi także niczym nieuzasadniona obecność Power Girl, której rola sprowadza się tu wyłącznie do wypinania rysunkowych krągłości. Jeśli chodzi o ilustracje, to na uwagę zasługują jedynie okładki poszczególnych zeszytów – oczywiście nie są one autorstwa Patricka Zirchera. Album zamyka króciutkie tytułowe „Zderzenie ze ścianą” Seana Ryana, będące swego rodzaju epilogiem do „Wiecznego zła” i wprowadzeniem na łamy serii Czarnej Manty, który w tym tomie nie odgrywa w zasadzie żadnej istotnej roli.

(img|720653|center)

Drugi tom „Suicide Squad - Oddział Samobójców” z sukcesem utrwala szkodliwe stereotypy na temat komiksu jako prymitywnej rozrywki dla opóźnionych w rozwoju nastolatków. Jeśli taki zamysł stał za wydaniem tego albumu, to się udało. Brawo.

d1puckp

Podziel się opinią

Share

d1puckp

d1puckp