Trwa ładowanie...
Zofia Hołub / fot. Mateusz Madejski
Zofia Hołub / fot. Mateusz Madejski (Archiwum prywatne)

Moja babcia, moja bohaterka

To nie będzie zwykła rozmowa wnuczka z babcią. Mateusz Madejski, dziennikarz Wirtualnej Polski, rozmawia z Zofią Hołub o czasach, w których wyzwaniem było zachować człowieczeństwo.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Od autora: - Tej opowieści zawsze chciałem wysłuchać, ale za każdym razem, gdy już, już zabierałem się do zadawania pytań, rezygnowałem. Bałem się, że dotknę historii, która może zaboleć. Gdy babcia trafiła do szpitala, obawiałem się, że będzie już za późno. Szczęśliwie szybko wróciła do zdrowia. Wtedy okazało się, że mój strach był nieuzasadniony. Wystarczyło, że powiedziałem "opowiedz mi o wszystkim" i włączyłem dyktafon. I babcia zaczęła opowiadać. Na przykład o tym, jak uciekając przed rzezią wołyńską, uratowała małą Żydówkę, która, zamknięta w małej komórce, czekała na śmierć.

***

Fragmenty wspomnień Zofii Hołub, który publikujemy poniżej, pochodzi z książki "Zosia z Wołynia. Prawdziwa historia dziewczynki, która uratowała żydowskie dziecko" Mateusza Madejskiego, wydanej przez Znak Horyzont. Premiera odbędzie się 1 lipca 2020 r.

Mateusz Madejski: Podczas rzezi wołyńskiej banderowskie bojówki wymordowały dziesiątki tysięcy Polaków. Jednak byli tacy, którym udało się uciec przed pogromami. Na przykład tobie. Uciekasz ze spalonej wsi, jesteś w Radziwiłłowie, dostajesz przydział do mieszkania. Wiesz, że mieszali tam Żydzi, ale nie wiesz, co się z nimi stało.

11 lipca 2018 roku. Narodowy Dzień Pomięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej. Jest obchodzony w rocznicę "Krwawej niedzieli", kiedy w 1943 roku oddziały UPA przeprowadziły skoordynowane ataki na wioski zamieszkane przez polska ludność
Źródło: Agencja Gazeta
11 lipca 2018 roku. Narodowy Dzień Pomięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej. Jest obchodzony w rocznicę "Krwawej niedzieli", kiedy w 1943 roku oddziały UPA przeprowadziły skoordynowane ataki na wioski zamieszkane przez polska ludność

Zofia Hołub: Z nudów chodziłam dosyć często do sąsiadów, rozmawiałam z nimi i od czasu do czasu słyszałam tam jakieś dziwne dźwięki, jakiś szmer. Zorientowałam się, że dochodzi on gdzieś z okolic ich kuchni. Chodziło mi to długo po głowie. Sprawdziłam naszą kuchnię, ale nic tam nie znalazłam.

Cóż, uznałam, że musiałam się przesłyszeć. Tak mi się w tamtym momencie wydawało. Ale, jak to dziecko, nadal byłam ciekawska. Miałam w tym czasie 16 lat, nic dziwnego, że interesowałam się wszystkim, co się dzieje wokół. Dalej nasłuchiwałam tych dziwnych dźwięków. I upewniłam się, że ten szmer dochodzi z kuchni sąsiadów.

Poszłaś od razu do tej kuchni?

No co ty! To nie była moja kuchnia, nie mogłam sobie tam ot, tak wchodzić. Ale intrygowało mnie to ciągle. Uznałam, że powinnam to jakoś sprawdzić. Zastanawiałam się tylko, kiedy to zrobić.

Wreszcie zdarzył się moment, gdy nikogo nie było w moim domu ani w tym drugim mieszkaniu. Wiedziałam, że to wścibskie, ale byłam tak zaciekawiona, że weszłam do tej kuchni. Poza tym chyba w ogóle byłam wtedy wścibska [śmiech].

Zofia Hołub (z prawej) po otrzymaniu Orderu Odrodzenia Polski z Anną Azari, ambasador Izraela
Źródło: Archiwum prywatne
Zofia Hołub (z prawej) po otrzymaniu Orderu Odrodzenia Polski z Anną Azari, ambasador Izraela

Akurat gdy weszłam, było cicho, ale po kilku chwilach znowu usłyszałam ten dziwny szmer. Nie byłam pewna, skąd dokładnie dochodzi. Pokręciłam się po kuchni i po chwili zorientowałam się, że ten delikatny szum wydostaje się z takiej niedużej komórki. Była obok paleniska, pewnie była przeznaczona na drewno. Prowadziły do niej takie małe, białe drzwiczki.

Otworzyłaś je?

Oczywiście. Otwieram i patrzę – leży tam dziecko.

Szok?

Absolutny. Stanęłam jak wryta. Było to wyjątkowo przerażające. Dzieciątko zupełnie wygłodzone, wystraszone. Ja już wtedy naprawdę wiele strasznych rzeczy przeżyłam, ale widoku malutkiego dziecka, czekającego na śmierć, nie da się z niczym porównać.

Co wtedy pomyślałaś?

Nie wiem, czy cokolwiek pomyślałam. Poszłam do tej kuchni, bo byłam wścibska i chciałam się dowiedzieć, co się dzieje tak naprawdę w kuchni sąsiadów. A odkryłam konające dziecko, żywą istotę... Było małe, ale w takim stanie, że nie umiałam ocenić jego wieku. Później się dowiedziałam, że miała w tym czasie niecałe dwa latka.

Spalony dom Zofii Hołub na Wołyniu
Źródło: Archiwum prywatne
Spalony dom Zofii Hołub na Wołyniu

Oczywiście nie miałaś pojęcia, co to za dziecko...

Nie, ale od razu wiedziałam, że żydowskie.

Skąd to wiedziałaś?

Przede wszystkim wiedziałam, czyje było wcześniej to mieszkanie. Należało przecież do Żydów. Ale wiedziałam nie tylko dlatego. Od razu widać było, że to nie jest polskie dziecko. Było przestraszone, nic nie mówiło i nic nie rozumiało po polsku. Dziecko, nawet tak małe, reaguje na jakieś słowa w swoim języku.

Ono nie reagowało w ogóle. Jak ja wtedy żałowałam, że nie ma ze mną mamy! Bo jak mówiłam, ona znała jidysz, jakoś by się z nią dogadała, a przynajmniej lepiej niż ja. Od początku wiedziałam, że o tym odkryciu nikt się nie może dowiedzieć. Absolutnie nikt, nawet mój ojciec.

Jakie wrażenie robiło samo dziecko?

To była dziewczynka, blondyneczka, nieprawdopodobnie wygłodzona – sama skóra i kości. Dosłownie. Widać było, że czeka na śmierć. Absolutnie przestraszona. Ale nawet nie to zrobiło na mnie największe wrażenie, a jej oczy. Piękne, błękitne, proszące, błagające… Błagały mnie, żeby jej pomóc! Nawet nic nie musiała mówić ani się odzywać. Tymi oczami mi wszystko powiedziała. I powiem ci, że po dziś dzień mam przed sobą te oczy. Tego widoku nie da się zapomnieć.

Muzeum Yad Vashem. Zofia Hołub pokazuje swoje nazwisko na pamiątkowej tablicy, na której wymienieni są Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata
Źródło: Archiwum prywatne
Muzeum Yad Vashem. Zofia Hołub pokazuje swoje nazwisko na pamiątkowej tablicy, na której wymienieni są Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata

Mówiłaś, że miała blond włosy. Z tego, co wiem, Żydówki rzadko były blondynkami.

Masz rację, może ona nawet nie wyglądała na Żydówkę, ale ja i tak nie miałam wątpliwości, kim jest. Swoją drogą, to że nie wyglądała jak typowa Żydówka, pozwoliło jej później przeżyć.

Gdzie ona wtedy w ogóle się znajdowała? Spała na podłodze tej komórki?

Nie, leżała w drewnianej kołysce. Przebywała w niej cały czas i była nieprawdopodobnie brudna. Przecież nikt jej nie mył, nikt jej nie przebierał… Ten cały brud musiał zostawać w kołysce. I gdy otworzyłam te drzwiczki, odór był wręcz nieprawdopodobny. Próbowałam trochę wyczyścić to wszystko, ale oczywiście miałam ograniczone pole manewru. Starałam się przede wszystkim utrzymać ją przy życiu. Zaczęłam ją dokarmiać. Niezbyt obficie, bo przecież sami głodni chodziliśmy, ale coś zawsze udawało jej się przynieść.

O tym, kto ją ocalił, Sabina Heller (nazwisko panieńskie Kagan) dowiedziała się kilkadziesiąt lat po wojnie. Sabina (pierwsza z lewej), mieszkająca obecnie w okolicach Los Angeles spotkała się z Zofią Hołub (pośrodku) w Warszawie w lipcu 2000 roku
Źródło: Archiwum prywatne
O tym, kto ją ocalił, Sabina Heller (nazwisko panieńskie Kagan) dowiedziała się kilkadziesiąt lat po wojnie. Sabina (pierwsza z lewej), mieszkająca obecnie w okolicach Los Angeles spotkała się z Zofią Hołub (pośrodku) w Warszawie w lipcu 2000 roku

Zostawiłaś ją w tej komórce?

Tak. Ani przez sekundę nie pomyślałam, żeby ją stamtąd zabrać. W ogóle nie wchodziło to w rachubę. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że ona tam jest i że ja ją dokarmiam. Nie było to proste. Na szczęście sąsiedzi dosyć często zostawiali mieszkanie puste. Musiałam też pilnować, żeby w mojej rodzinie nikt się nie zorientował, co robię. Jakoś mi się udało, wykorzystywałam każdą okazję, żeby pójść do dziewczynki.

Nazwałaś ją jakoś?

Nie. Dopiero później dowiedziałam się, jak się nazywa. Inka – od Sabiny. Jeszcze później się dowiedziałam, że jej nazwisko to Kagan.
Jak długo to trwało?

Dokarmiałam ją w ten sposób jakieś trzy miesiące, może trochę dłużej. Nie było łatwo, jak mówiłam, mieliśmy za mało jedzenia nawet dla nas, a co dopiero dla kolejnego dziecka. Dziewczynka była do tego w coraz gorszym stanie. I to ryzyko… W końcu zdałam sobie sprawę, że prędzej czy później ktoś odkryje, co tu się dzieje.

Źródło: Materiały prasowe

Co się zmieniło po tych trzech miesiącach?

Przyjechali do miasta moi sąsiedzi z Białej Krynicy, Roztropowicze. Też musieli uciekać z tamtych stron przed banderowcami. A ja czułam, że muszę się komuś zwierzyć. I potrzebowałam bez dwóch zdań pomocy w tej sytuacji. Nie dałam rady już dłużej utrzymywać tajemnicy.

Tym bardziej że mieliśmy niebawem przenosić się do innego mieszkania. Więc powiedziałam pani Roztropowicz, że znalazłam malutką Żydówkę i nie bardzo wiem, co teraz z nią zrobić. A ona przecież długo nie pociągnie... Oczywiście zgodziliśmy się, że musi to pozostać w najściślejszej tajemnicy.

Polub WP Książki
d2kzutf

Podziel się opinią

Share