Trwa ładowanie...
recenzja

Mądre odpowiedzi na niemądre pytania

Share
Mądre odpowiedzi na niemądre pytania
Źródło: Inne
d3oqd3q

Jak głosi znane powiedzenie, nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi. Czytając ze wszech miar oryginalną książkę Randalla Munroe, można jednak zwątpić w słuszność tego twierdzenia. Autor porzucił karierę naukową w NASA, aby oddać się tworzeniu zabawnych internetowych komiksów „xkcd” komentujących współczesną rzeczywistość (szczególnie okołonaukową) oraz poszukiwaniom prawdopodobnych odpowiedzi na najdziwaczniejsze pytania, zadawane przez użytkowników sieci. Strona graficzna komiksów nie jest zbyt wyrafinowana (schematyczne ludzki z kilku kresek), biją one jednak rekordy popularności dzięki doskonałym dialogom i humorowi sytuacyjnemu.

W książce, która w Polsce ukazuje się pod tytułem „What if? A co gdyby?”, Munroe używa scenek komiksowych do ilustrowania dociekań, które mają udzielić „naukowej odpowiedzi na absurdalne i hipotetyczne pytania”. Z kalkulatorem w ręku oraz podpierając się Wikipedią i innymi narzędziami dostępnymi w sieci, tudzież autorytetami znakomitości świata nauki, autor stara się wyjaśnić, co by było, gdyby zaszły najdziwaczniejsze okoliczności. Dowodzi, dlaczego coś jest możliwe, a dlaczego nie, i przekonuje, że jednak nie warto próbować ani jednego, ani drugiego.

Z wyliczeń i symulacji Munroe wynika, że zadziwiająco wiele z hipotetycznych sytuacji, o które pytają jego czytelnicy, kończy się... unicestwieniem Ziemi, zniszczeniem życia na niej albo przynajmniej wygubieniem całego rodzaju ludzkiego. Kilka przykładów najlepiej zilustruje zakres poruszanych w książce tematów.

d3oqd3q

„Co by się stało, gdybyśmy pływali w basenie z wypalonym paliwem jądrowym?” – to pytanie brzmi trochę strasznie, ale w sumie nie jest zbyt absurdalne. Na podstawie obliczeń i analiz Munroe dochodzi do wniosku, że jeżeli jesteśmy dobrymi pływakami, moglibyśmy w takim basenie pływać do woli bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. A to dlatego, że każde kolejne siedem centymetrów wody zmniejsza promieniowanie o połowę. Dopiero zbliżenie się na niewielką odległość do zalegających na dnie zbiornika odpadów byłoby dla nas szkodliwe, a ich dotknięcie mogłoby skutkować przyjęciem śmiertelnej dawki promieniowania.

O większej fantazji i mniejszym zamiłowaniu do makabry świadczy pytanie: „Czy gdyby wszyscy mieszkańcy Ziemi skierowali jednocześnie wskaźniki laserowe na Księżyc, zmieniłby on kolor?”. To pierwsze i dobre wrażenie mija, gdy zaczniemy śledzić tok rozumowania zawartego w odpowiedzi, której kolejne etapy poprzedzane są pytaniem dodatkowym: „A gdybyśmy spróbowali użyć większej mocy?”. Okazuje się, że zauważalny efekt udałoby się osiągnąć dopiero wtedy, gdybyśmy zamiast wskaźnika laserowego wyposażyli każdego w taki reflektor, jaki instalowany jest na policyjnych śmigłowcach. Kolejny krok to wykorzystanie jako źródła światła najpotężniejszego reflektora na świecie zamontowanego na jednym z hoteli w Las Vegas. Aby dorównać jasności światła słonecznego odbitego od Księżyca, musielibyśmy użyć najpotężniejszych wojskowych laserów. Ale wymagałoby to wykorzystania mocy stanowiącej dwukrotność jej średniego światowego poboru. Dalsza eskalacja mocy źródła światła zakończyłaby się spektakularną katastrofą.

Pytanie „Jak długo przetrwałaby łódź podwodna na orbicie okołoziemskiej?” świadczy o prawdziwym głodzie praktycznej wiedzy. Jak łatwo zgadnąć, sama łódź miałaby się całkiem nieźle, czego nie można byłoby powiedzieć o jej ewentualnej załodze. Jednostka prawdopodobnie zachowałby szczelność, a więc nie doszłoby do szybkiej ucieczki powietrza w kosmos. Jednak tlen wyczerpałby się w ciągu krótkiego czasu. Podczas rejsów podwodnych tak się nie dzieje, ponieważ tlen jest odzyskiwany dzięki elektrolizie wody. W kosmosie oczywiście nie byłoby to możliwe. Dlatego po kilku dniach ludzie nie mieliby już czym oddychać. Drugim problemem byłoby przegrzewanie się łodzi. Munroe szczegółowo tłumaczy, jak to jest możliwe w przeraźliwie zimnej przestrzeni kosmicznej. Potem zaś analizuje, co by się stało, gdyby łódź podwodna weszła w atmosferę i próbowała wylądować na Ziemi. Czyżby znowu katastrofa?

O kosmos zahacza również inne pytanie: „Co by się stało, gdybyśmy spróbowali przelecieć zwykłym samolotem nad innymi ciałami naszego Układu Słonecznego?”. Otóż żeby samolot mógł latać w miejscach pozbawionych tlenu, jego silniki spalinowe musielibyśmy zastąpić elektrycznymi. A żeby w ogóle mógł latać, nad danym globem musiałaby być jakaś atmosfera. Ten warunek spełnia jedynie dziewięć z trzydziestu dwóch ciał niebieskich analizowanych przez autora. Na pozostałych lot odbywałby się jedynie pionowo w dół i kończył rozbiciem o powierzchnię. Niejakim pocieszeniem może być to, że ze względu na niskie ciążenie w niektórych przypadkach pilot miałby szanse przeżyć taki upadek.

d3oqd3q

Choć Słońce ma atmosferę, lot nad nim potrwałby zaledwie ułamek sekundy, nim samolot – razem z pilotem – by wyparował. Na Marsie przed widowiskowym rozbiciem się samolot opadałby lotem nurkowym. Z kolei w piekielnej atmosferze Wenus leciałby, ale... płonąc. Gdybyśmy zaś rozpoczęli lot nad chmurami – zostałby przeżarty przez kwas siarkowy. Na Jowiszu i Saturnie grawitacja zredukowałby nasze latanie do lotu ślizgowego, a zanim zostalibyśmy zmiażdżeni wraz z maszyną przez ciśnienie, zapewne rozerwałyby ją huraganowe wiatry. Nieco dłużej polatalibyśmy na Uranie i Neptunie, ale wiatry i przeraźliwe zimno skutecznie obniżyłyby nam komfort lotu. Zimno byłoby też podstawową niedogodnością na Tytanie, gdzie pozostałe warunki do latania są nawet lepsze niż na Ziemi.

Wyobraźmy sobie, że w najgłębszym miejscu wszechoceanu (Głębia Challengera) utworzylibyśmy wylot o średnicy dziesięciu metrów, wiodący gdzieś w kosmos. Pytanie brzmi: „Jak długo trwałoby osuszanie oceanów i jak zmieniłaby się od tego Ziemia?”. Okazuje się, że zanim woda zdążyłaby wypłynąć, minęłyby setki tysięcy lat. Nawet gdyby otwór był większy niż boisko do koszykówki, poziom oceanu opadałby w tempie jednego centymetra dziennie. Co więcej, po zakończeniu całego procesu na Ziemi pozostałoby zadziwiająco dużo wody. Zatrzymałaby się ona w płytkich morzach powstałych pomiędzy kryjącymi się wcześniej pod wodą grzbietami górskimi, które stałyby się wyspami łączącymi dawne kontynenty.

Munroe krok po kroku śledzi, jak zmieniałaby się powierzchnia naszej planety po spadku poziomu wody o 50, 100, 200, 500 metrów, 1, 2, 3, 5 kilometrów. Wskazuje na coraz więcej nowych lądów i odcinanie przez nie kolejnych mórz. Stwierdza, że zmiany w klimacie i ekosystemach spowodowałyby masowe wymieranie wielu gatunków roślin i zwierząt. Pociesza jednak, że gatunek ludzki mógłby tę katastrofę przetrwać. W kolejnym rozdziale przeprowadza zaś operację myślową opartą na odwróconym założeniu, czyli wylewaniu zasysanej z Ziemi wody – tym razem na Marsa.

Ukoronowaniem wątku katastroficznego jest pytanie chyba najczęściej zadawane na stronie internetowej prowadzonej przez Munroe: „Co by się stało z Ziemią, gdyby Słońce nagle zgasło?”. Autor odpowiada na nie z właściwą sobie przewrotnością, wyliczając... korzyści z takiego stanu rzeczy. Otóż Ziemi nie groziłby rozbłyski słoneczne, które mogą spalić jej całą infrastrukturę elektroenergetyczną, przy braku generowanych przez Słońce zakłóceń polepszyłaby się łączność satelitarna, a obserwatoria astronomiczne mogłyby pracować całą dobę. Znikłby też strefy czasowe utrudniające globalny handel, małe dzieci nie byłyby narażone na groźne dla nich promieniowanie ultrafioletowe, a piloci wojskowi na... kichanie wywoływane u wielu ludzi przez jaskrawe światło słoneczne. Poza tym moglibyśmy bezpiecznie jeść dziki pasternak (którego pewien składnik w połączeniu z działaniem światła słonecznego wywołuje groźne oparzenia) i zaoszczędzić na infrastrukturze mostowej, po prostu kładąc asfalt na lodzie. Największym minusem
takiego scenariusza byłoby to, że zanim nacieszylibyśmy się wymienionymi korzyściami, wszyscy byśmy zamarzli na śmierć.

d3oqd3q

Wśród pozostałych pytań, na które z uporem maniaka i naukową dokładnością odpowiada Munroe, są też takie, które poruszają zagadnienia jak najbardziej praktyczne. Na przykład dotyczące miejsc uderzania piorunów, zagrożeń związanych z uszkodzeniami DNA, eliminowania zachorowań na przeziębienie czy oceny mocy obliczeniowej całej ludzkości. Są też pytania dosyć abstrakcyjne, ale w zasadzie zabawne, bo symulacja zakładanej przez nie sytuacji nie kończy się apokaliptyczną katastrofą. Czy to możliwe, żeby wystrzelone z łuku strzały całkowicie zasłoniły Słońce? Jak dużą moc może wygenerować Yoda z „Gwiezdnych wojen”? Ile potrzebowalibyśmy klocków Lego, aby wybudować z nich most z Londynu do Nowego Jorku? Czy strzelające w dół karabiny maszynowe mogą zadziałać jak plecak odrzutowy?

Zostały też w książce przytoczone pytania, na tyle wykraczające poza granice absurdu czy makabry, że nie zyskują ze strony autora odpowiedzi, a co najwyższej dowcipny komentarz. Jakie problemy logistyczne napotkalibyśmy, próbując stworzyć armię małp? Z jaką prędkością musielibyśmy biec, aby przeciął nas na pół drut do krojenia sera? Jaka jest wartość odżywcza ciała przeciętnego człowieka? Jaka byłaby siła ssąca pocałunku, gdyby miał siłę wszystkich pocałunków wykonanych przez nas w życiu? Czy można przeżyć falę tsunami, zanurzając się w basenie ogrodowym?

Zarówno pytania, jak i udzielane na nie odpowiedzi świadczą o niebywałej ciekawości świata, niesłychanym głodzie wiedzy, nieposkromionej wyobraźni i niezwykle wybujałej fantazji. A często i o ogromnym poczuciu humoru (oczywiście dopóki pozostają w sferze teorii). Proceder, któremu poświęca się Munroe, pokazuje, że można mówić i pisać o nauce w sposób ciekawy, wciągający, dowcipny, a nawet awangardowy. Książka, w której znalazł się jedynie wycinek jego internetowej działalności, stanowi ożywczy powiew w zatęchłej sali wykładowej akademickiej nauki, często oderwanej od życia i zainteresowań współczesnego człowieka, a przede wszystkim – przemawiającej niezrozumiałym, specjalistycznym językiem.

Munroe pisze prosto i przystępnie o najtrudniejszych problemach, używa znanych z codziennego doświadczenia przykładów, wplata śmieszne dygresje. W jego ujęciu nawet najbardziej absurdalne założenia zyskują sensowne wyjaśnienie. Przy tym wszystkim w sposób bezbolesny dla czytelnika przekazuje mu również mnóstwo pożytecznej wiedzy z wielu dziedzin nauki. Dla zachowania higieny psychicznej, warto dawkować sobie jego dociekania z umiarem, żeby nie przegrzały nam się zwoje mózgowe. A propos, czy w ogóle takie przegrzanie jest możliwe? Dobre pytanie! Warto je wysłać do Munroe...

d3oqd3q

Podziel się opinią

Share
d3oqd3q
d3oqd3q