Trwa ładowanie...
Maciej Łubieński i okładka książki "Portret z czasów wielkości"
Maciej Łubieński i okładka książki "Portret z czasów wielkości" (Archiwum prywatne, Fot: Jakub Celej)

Łubieński: Moja rodzina to byli ludzie rozsądni i romantyczni

Jeden z przodków odsądzany był od czci i wiary, bo walczył o rozwody, inna z antenatek poddawała się operacjom bez znieczulenia w intencji nawróceń - Maciej Łubieński opisał zaskakująco, nawet dla niego samego, barwną historię swojego rodu w książce "Łubieńscy. Portret rodziny z czasów wielkości".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Maciej Kowalski: Jak się pisze wielowiekową sagę?

Maciej Łubieński: Jeśli mam być szczery, to nie z wewnętrznej potrzeby. Impuls czy impulsy przyszły z zewnątrz. Sam nigdy nie interesowałem się specjalnie historią rodziny. W skrócie było tak: ktoś kiedyś rzucił w rozmowie, że mógłbym napisać taki tekst, a potem, pewnego dnia W.A.B. podpisało ze mną umowę na książkę. Przejadłem zaliczkę i nie było wyjścia, musiałem zacząć pisać. I, oczywiście, musiałem zacząć badać rodzinne historie.

Na szczęście okazały się wciągające?

d2wbwjt

- Tak, zaskakująco ciekawe. Bo początkowo wydawało mi się, że to w ogóle nie będzie interesujące: nie mam przecież w rodzinie hetmana, który wygrał jakąś kluczową bitwę, albo herosa-wariata, który "dla ojczyzny ratowania" rzucał się na armaty. Ale szybko przekonałem się, że każdy los może być interesujący. Im bardziej wgłębiałem się w ten świat, tym bardziej mnie wciągał. I tym bardziej rozległy się okazywał: na początku byłem pewien, że nie uda mi się z tego "ukręcić" większej książki, a wyszła całkiem obszerna. Dziś wiem, że spokojnie mógłbym dopisać równie potężny drugi tom.

Od lewej - Elżbieta, Teresa i Cecylia Łubieńskie
Źródło: Archiwum prywatne

Która z tych rodzinnych historii najbardziej pana zafascynowała?

- Nie mam najmniejszych wątpliwości: opowieść o Cecylii, przełożonej zakonu Urszulanek. To była zakonnica, która pierwsza zrobiła doktorat na Uniwersytecie Lwowskim. Była bardzo skuteczną organizatorką – połączyła różne domy klasztorne w jeden zakon i z powodzeniem administrowała tą całą strukturą. Całe życie zmagała się z ciężką chorobą, ale jednocześnie była bardzo wesołą i radosną osobą. No i była nowoczesna - kochała Wyspiańskiego, co nie jest takie oczywiste u ludzi Kościoła nawet dziś, a co dopiero w początkach XX wieku.

Czy właśnie to jest w jej przypadku najbardziej zaskakujące?

- Najbardziej szokujące jest przede wszystkim to, że wcześniej w ogóle o niej nie słyszałem. A przecież funkcja przełożonej prowincji zakonnej jest w zasadzie odpowiednikiem stanowiska biskupiego, zajmowała więc wysoką pozycję w kościelnej hierarchii. Dużo więcej wiadomo o jej siostrze, która na początku XX wieku była bardzo aktywna na płaszczyźnie działalności dobroczynnej w Krakowie. Nie wiem, być może na Cecylię były wówczas jakieś "haki", które sprawiły, że się o niej nie mówiło, a dziś jest już w zasadzie osobą zupełnie zapomnianą.

Przypomniał ją pan dość skutecznie w swojej książce.

- W pewnym sensie zawdzięczam to redaktorce Elżbiecie Kalinowskiej, która uczuliła mnie, żebym nie przesadził z "męskością” mojej opowieści: minister, generał, biskupi. Rzeczywiście historie rodowe mają zwykle tendencję do pomijania wątków kobiecych. Z Cecylią było to ciekawe spotkanie - jestem osobą niewierzącą, więc jej religijne zaangażowanie zupełnie do mnie nie trafia. A już takie jej pomysły jak poddawanie się operacjom bez znieczulenia w intencji nawróceń wywołują we mnie tylko ciarki.

Feliks Łubieński, minister sprawiedliwości w Księstwie Warszawskim
Źródło: www.spsw.pl

Cecylia zajmuje w książce sporo miejsca, ale na głównego bohatera wyrasta jednak Feliks.

- Pewnie tak choć moim zdaniem, tu wszyscy grają rolę główne: biskupi Maciej i Stanisław, którzy dali mi możliwość opisać awans w epoce Wazów, Jerzy, milioner, który próbował godzić katolicyzm z homoseksualnością, mój dziadek Konstanty, żołnierz AK, a później poseł w PRL, czy Tekla, żona Feliksa, dramatopisarka, matka dziesięciorga dzieci. Ale Feliks to oczywiście największa postać w historii rodu: minister sprawiedliwości w Księstwie Warszawskim, przez pierwsze kilka lat jego historii, faktyczny kierownik rządu, który wprowadził kodeks Napoleona, a wraz z nim – rozwody.

d2wbwjt

Można powiedzieć, że był to człowiek, który próbował jako pierwszy w polskiej historii oddzielić Kościół od państwa. Pisał do prymasa: Kościół niech się zajmie duszami, a życie społeczne niech zostawi do wyregulowania prawom. Miał "kosę” z Kościołem i z tradycyjną opinią szlachecką. Bo kodeks, po pierwsze, zrównywał wszystkich obywateli względem prawa. Po drugie: zmienił polskie sądownictwo, które oddał w ręce wykształconych prawników, a nie szlacheckich liderów. Odpolitycznił sądy - można powiedzieć współczesnym językiem. Narobił więc sobie za życia wrogów za życia. Może dlatego jest dziś zapomniany.

Odkrył Pan w rodzinnej historii jakieś momenty zawstydzające, postacie, które wolałby pan przemilczeć, niż opisywać w książce?

- Raczej nie. I w jakiś przewrotny sposób trochę tego żałuję. Mógłbym wtedy pokazać wielkoduszność i im wybaczyć. Albo udowodnić, jak bardzo jestem krytyczny wobec rodzinnego dziedzictwa. Ale poważnie: były oczywiście w historii mojej rodziny i, tak jak i w historii Polski i Polaków, momenty dramatycznych wyboru: umrzeć młodo dla ojczyzny, czy negocjować w ramach ograniczonej niepodległości. Mamy tendencję, by o tych ugodowych strategiach myśleć w kategoriach zdrady, ale bywały też one rozsądne i patriotyczne. Tu się rozciąga cała gama postaw, sprawy są skomplikowane i niejednoznaczne. Powiedziałbym, naciągając trochę, że moi przodkowie byli rozsądnymi patriotami. Albo raczej że byli rozsądni i romantyczni.

Maciej Łubieński
Źródło: Archiwum prywatne

Skąd czerpał pan wiedzę potrzebną do książki? W rodzinie mówiło się jej dziejach? Czy ważniejsza była jednak kwerenda archiwalna?

- Tak naprawdę najmniej czerpałem właśnie z tej, powiedzmy, żywej pamięci rodzinnej. W zasadzie nie mówiło się o tym, co robili przodkowie, kim byli, jakie mieli problemy czy przygody. Musiałem więc raczej szukać dokumentów. Okazało się, że jest ich sporo, o wiele więcej niż się spodziewałem. Wydawało mi się, że większość materiałów została zniszczona w kolejnych wojnach, pożarach i pożogach. I rzeczywiście w wielu przypadkach tak było - spłonęły np. wspomnienia Feliksa, ale przetrwały do dziś jego listy. To tysiące arkuszy, rozdzielonych między archiwa w Poznaniu i Warszawie. Mam wrażenie, że ledwie dotknąłem tematu, wertując je – wydanie ich to byłaby praca na kilka lat. Sporo korespondencji zostało też po dziadku, który był posłem w PRL. To są głównie listy prywatne, rodzinne, ale widać przez nie politykę.

d2wbwjt

Mówi pan, że na rodzinnych spotkaniach nie mówiło się o rodowych historiach, ale przecież musiała istnieć pamięć o tym, że to była szlachecka rodzina, że jej członkowie byli przez wieki przedstawicielami polskiej elity.

- Zmagam się z tym, tak jak zmaga się cała rodzina. To jest bardzo wieloznaczna sprawa i niełatwa spuścizna. Z jednej strony to oczywiście potężny kapitał kulturowy, z drugiej - to jednak także ogromne brzemię. Choć a propos tego kapitału kulturowego – moim zdaniem on nie był jakoś szczególnie większy niż u kolegów, którzy wychowali się w podobnych jak mój inteligenckich domach. Moim zdaniem to są bardzo skomplikowane sprawy. W PRL przechowały się, nazwijmy to, relikty szlachetczyzny, ale PRL to było jednak 45 lat wyrównywania szans.

Jak to działało i działa w praktyce? Jak to jest być potomkiem szlacheckiego rodu?

- W praktyce: byłem chłopakiem z bloku wychowywanym w PRL-u , co chcę podkreślić, bez nostalgii za szlachecką Polską, raczej w duchu krytycznym wobec tego dziedzictwa. Ale jednocześnie czułem działanie niepisanego kodeksu, że czegoś mi ciągle "nie wpada”, że coś "nie uchodzi”. Że nie można krzyczeć, zachowywać się zbyt ekspresyjnie, chodzić handlować na stadion na Skrze. Ojciec zdążył się jeszcze wychowywać się przez pięć lat w dworku, ale to była okupacja, nic z tego nie pamięta.

Dwór w Zasowie
Źródło: Archiwum prywatne

A gdzie był ten dworek?

- We wsi Zasów pod Dębicą.

Jeździ pan tam odwiedzać dawne włości? Rodzina jeździła?

- Nie, nie. Powiedziałbym, że rodzina zaakceptowała wyroki historii. Paradoksalnie pierwszy kontakt po wielu latach pojawił się z drugiej strony - mniej więcej ćwierć wieku temu odezwał się do nas ówczesny sołtys, Jan Persak, pasjonat historii regionu. Zaprosił nas na uroczystość nadania szkole imienia naszej rodziny. To był ciekawy sygnał – że jest dobra pamięć o rodzinie w zasowskiej społeczności. Myślę, że mój stosunek do spraw rodzinnej historii ewoluował. Po latach wypierania, także dzięki książce, zrozumiałem, że to coś, od czego nie ucieknę. Nawet gdybym się zarzekał, że nic mnie z tą historią nie łączy. Bo pisząc książkę, właśnie się połączyłem.

d2wbwjt

Maciej Łubieński, "Portret rodziny z czasów wielkości. O prymasach, milionerach, zakonnicach, bankrutach, pisarkach i innych przodkach", Wydawnictwo WAB, Warszawa 2020. 448 stron.

Zobacz też: "Król" - zwiastun serialu na motywach książki Szczepana Twardocha

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Polub WP Książki
d2wbwjt

Podziel się opinią

Share