Trwa ładowanie...
daswrkh

Kiedy lekarz wziął je na ręce, zaniemówił. Nie było ani chłopcem, ani dziewczynką

"Obojnactwo" było znane już w starożytności, lecz definicję książkową otrzymało dopiero w połowie XX w. Dziś jest to tak powszechne zjawisko, że każdego dnia możemy mijać osoby posiadające cechy obu płci i nawet o tym nie wiedzieć.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Jeśli pracujesz w dużej firmie, na co dzień z spotykasz się przynajmniej z jedną osobą o cechach obojga płci. Możesz nawet o tym nie wiedzieć.
Jeśli pracujesz w dużej firmie, na co dzień z spotykasz się przynajmniej z jedną osobą o cechach obojga płci. Możesz nawet o tym nie wiedzieć. (Fotolia)
daswrkh

Dzięki uprzejmości wydawnictwa "Marginesy" publikujemy fragment książki "Pobudzeni. Skąd się wzięły hormony i jak kontrolują praktycznie wszystko" autorstwa Randi Hutter Epstein. Fragmenty pochodzą z rozdziału siódmego, "Tworzenie płci". Książkę przełożył Jacek Konieczny.

Tworzenie płci (fragmenty)

Kiedy Cathleen Sullivan rodziła latem 1956 roku w West Houston Hospital w stanie New Jersey, lekarz wyciągnął dziecko kleszczami, spojrzał między nogi noworodka i... zaniemówił.

daswrkh

Było to pierwsze dziecko pani Sullivan i kobieta nie wiedziała, jakich słów powinna się spodziewać w takiej chwili od swojego lekarza rodzinnego, niemniej liczyła na coś w rodzaju: "Ma pani chłopca!” albo "Ma pani dziewczynkę!”. Tymczasem on milczał.

ZOBACZ WIDEO: Snapchat wprowadził filtr zmieniający płeć

Lekarz był skołowany. Genitalia dziecka nie wyglądały na męskie ani na żeńskie, ale na coś pośredniego. Nie wiedział też, w jaki sposób powinien opisać swoje zmieszanie pacjentce. Nieumiejętność udzielenia jednoznacznej odpowiedzi jest trudna dla lekarza w każdej sytuacji, ale w sprawie tak podstawowej jak płeć dziecka staje się niezwykle upokarzająca.

daswrkh

Jak mógł nie wiedzieć? Jak mógłby przyznać, że nie wie? Dlatego też, kiedy zobaczył, że pani Sullivan wychodzi ze stanu lekkiego zamroczenia wywołanego lekami przeciwbólowymi, uśpił ją ponownie, aby zyskać trochę czasu potrzebnego na zasięgnięcie rady w sprawie przyporządkowania dziecka do którejś płci. Arthur Sullivan, mąż pani Sullivan, nigdy nie chciał rozmawiać o tych kilku pierwszych dniach ze swoimi przyjaciółmi, a później dziećmi, więc nikt nie wie, co wtedy usłyszał – jeżeli w ogóle cokolwiek mu powiedziano. Jego akurat lekarz nie mógł uśpić.

123RF
Podziel się

Trzy dni później podano pani Sullivan dziecko. Chłopiec, ogłosił lekarz, aczkolwiek urodzony z poważną deformacją narządów płciowych. W tej sprawie pomogłaby zapewne operacja, poinformował świeżo upieczonych rodziców, ale można ją będzie przeprowadzić dopiero za kilka lat.

Matka i syn pojechali do domu. Nigdy więcej nie mieli okazji rozmawiać z lekarzem. Pani Sullivan próbowała się z nim skontaktować, ale nie odbierał jej telefonów.

daswrkh

Dziecko zostało nazwane Brian Arthur Sullivan. Pomijając wygląd genitaliów, mały Brian pod każdym względem przypominał inne dzieci. Kolejne etapy rozwojowe osiągał w odpowiednim czasie, niekiedy nawet wcześniej. Tymczasem jego rodzice od pierwszych dni żyli w niepokoju. Chłopiec miał malutkiego penisa, nawet jak na noworodka. Brakowało napletka. Pani Sullivan słyszała opowieści innych mam o tym, jak to w czasie przewijania muszą uchylać się przed silnym strumieniem moczu.

Tymczasem u Briana mocz wylewał się z podstawy penisa, bardziej jak u dziewczynki. Na razie sekret skrywały pieluchy, co jednak będzie, kiedy chłopiec podrośnie?

Czy koledzy ze szkoły zaczną się z niego naśmiewać? Czy będzie musiał siusiać na siedząco? Czy dowiedzą się o tym inni rodzice? Czy kiedykolwiek spotka się z akceptacją innych?

Kiedy dziecko z jakiegoś powodu odbiega od standardów normalności, rodzice siłą rzeczy zaczynają się zastanawiać, czy nie jest to ich wina. Czy przekazali synowi jakąś mutację genetyczną?

daswrkh

Czy postępowali niewłaściwie w czasie ciąży? Pani Sullivan z powodu krwawień leżała w łóżku w piątym miesiącu. Czy już wtedy powinni się domyślić, że coś jest nie w porządku? Sullivanowie byli wystraszeni i, co tu dużo mówić, zawstydzeni. Nikt ich nie wspierał, nikt im nie pomagał.

Zobacz też: Prolog. Wstrząsające historie pracowników polskich więzień

Gdyby ich dziecko miało astmę albo cukrzycę, opowiedzieliby o tym problemie przyjaciołom, licząc na ich współczucie i rady. Jak jednak mieliby poruszyć temat nietypowych genitaliów w latach pięćdziesiątych XX wieku, kiedy nawet adopcję i niepłodność uważano za tematy tabu? Pozbawieni jakiegokolwiek wsparcia, świeżo upieczeni rodzice musieli samodzielnie zmagać się z tym drażliwym tematem. Robili, co w ich mocy, by chronić małego Briana i zapewnić mu możliwie normalne dzieciństwo, ale ich własne lęki rzucały cień na to, jak go traktowali i postrzegali.

Dziecko Sullivanów wspominało po latach, że rodzice wydawali się ciągle na nie zezłoszczeni, chcieli kontrolować każdy jego ruch, jakby nie potrafili odczuwać rodzicielskiej dumy z niczego, co robiło. Czy brak wszystkich części ciała, które normalnie występują u chłopców – jak można by sądzić po jego maleńkim penisie i nietypowo wyglądającej mosznie (była pusta i całkowicie otwarta pośrodku) – nie świadczył o tym, że Brianowi dolegało coś poważniejszego?

daswrkh

Siostra pana Sullivana, jedna z nielicznych wtajemniczonych osób, zasugerowała, że powinni poradzić się specjalisty, i znalazła odpowiedniego lekarza na Uniwersytecie Columbia, niedaleko domu Sullivanów w Kearney w stanie New Jersey. Lekarze na Columbii, Harvardzie, Johns Hopkins i Uniwersytecie Pensylwanii, a także w innych wiodących placówkach, prowadzili badania nad takimi dziećmi jak Brian, próbując ustalić, czy na anomalie genitalne nie wpływa przypadkiem nietypowy skład hormonów.

Nadmiar żeńskich? Niedobór męskich? Być może lekarze z Columbii będą potrafili wyjaśnić rodzicom Briana, co się stało. Może przepiszą lekarstwo, które rozwiąże problem. Może uspokoją Sullivanów, że dzieci takie jak Brian rozwijają się po prostu później i że w chwili rozpoczęcia nauki w szkole chłopiec – a dokładniej jego penis – będzie wyglądać zupełnie normalnie.

Dziecko płacze 123RF
Podziel się

Sullivanowie poszli do specjalisty, kiedy Brian miał trzy miesiące. Lekarz przebadał dziecko i kazał im wrócić za dziewięć miesięcy. Niczego im nie wyjaśnił, nie zdradził, czy cokolwiek go niepokoi albo czy podejrzewa jakąś chorobę. Sullivanowie się nie dopytywali. Brian skończył roczek. Gaworzył, truchtał, bawił się ciężarówkami i klockami. W domu pojawiło się kolejne dziecko.

Mark urodził się, kiedy Brian miał dziesięć miesięcy. Mimo że Sullivanowie nadal zamartwiali się losem starszego synka, w związku z wszystkimi nieprzespanymi nocami i obowiązkami związanymi z opieką nad noworodkiem nie wrócili w wyznaczonym terminie na Columbię.

Dopiero w ostatnim tygodniu stycznia 1958 roku, kiedy Brian miał siedemnaście miesięcy, zapakowali go w niebieski kombinezon i wrócili do Szpitala Prezbiterialnego Uniwersytetu Columbia.

Tym razem lekarz zlecił gruntowne badania. Wyjaśnił, że w niektórych przypadkach nietypowego wyglądu zewnętrznego okazuje się, że jest to objaw jakichś procesów zachodzących wewnątrz organizmu. Chciał przeprowadzić rozpoznawczą operację, która wiązałaby się z rozcięciem brzucha dziecka i obejrzeniem jego narządów rozrodczych.

Gdyby cokolwiek wymagało poprawy, mógłby to zrobić od razu i powiadomić rodziców po fakcie. W latach pięćdziesiątych XX wieku pacjenci nie oczekiwali od lekarzy pocieszenia, współczującego tonu albo szczegółowych wyjaśnień. Mało kto zdobywał się na to, co robią dzisiejsi pacjenci (albo rodzice dzisiejszych pacjentów): dyskutowanie na temat dostępnych możliwości leczenia, aby ustalić, która z nich będzie najlepsza.

Panowało przekonanie, że lekarze wiedzą wszystko najlepiej. Bardzo prawdopodobne, że sami uważali się za mężów opatrznościowych. (W tamtych czasach nie było wielu kobiet lekarzy).

To oni mieli za sobą wieloletnie studia medyczne. Ani oni, ani pacjenci nie widzieli powodów do przeprowadzania przyspieszonego kursu biologii w czasie trzydziestominutowej wizyty. Specjaliści od medycyny nie potrzebowali rad laików.

Nauczyciele nie reagowali na gnębienie ucznia, który wyjawił, że jest gejem iStock.com
Podziel się

Działo się to w czasach, zanim pacjenci wymusili opracowanie tak zwanej Karty Praw Pacjenta, która powstała w latach siedemdziesiątych i opisywała, czego można się spodziewać w czasie wizyty w szpitalu.

Wcześniej nie istniało pojęcie świadomej zgody, nikt nie podpisywał dokumentu potwierdzającego, że lekarz przekazał pacjentowi wszystkie informacje na temat diagnozy, w tym potencjalnie nieprzyjemnych efektów ubocznych. Do słownika nie weszły jeszcze takie pojęcia jak "partner zdrowotny” i "rzecznik praw pacjenta”.

Jeżeli lekarz uznawał na przykład, że pacjent nie udźwignie informacji o chorobie nowotworowej, mógł przemilczeć diagnozę. W medycynie obowiązywały stosunki paternalistyczne, a dominację lekarzy zwiększał szeroki arsenał leków i zabiegów, z których wiele wprowadzono dopiero w latach pięćdziesiątych.

Lekarze dysponowali środkami finansowymi i władzą potrzebną do tego, aby robić to, co sami uznawali za stosowne, często bez zgody pacjentów albo finansujących leczenie osób trzecich.

Zobacz też: Najstarszy aktor w Polsce właśnie wydaje książkę

Kiedy zatem lekarz powiedział Sullivanom, żeby zostawili u niego Briana na kilka tygodni – a może nawet dłużej – i zdali się na niego we wszystkich decyzjach, nie uznali tego za bezduszne albo nadmiernie despotyczne żądanie. Taka była praktyka.

Pani Sullivan nie naradzała się z lekarzem, ale codziennie odwiedzała oddział. Przyjeżdżała do Nowego Jorku z domu w New Jersey. Przeszmuglowała również smoczek, którego stosowania z jakiegoś dziwnego powodu zabraniał regulamin szpitala.

Mniej więcej trzy tygodnie później lekarz poinformował Sullivanów, że odkrył przyczynę problemu. W brzuchu Briana znalazł macicę, waginę i jajniki. Penis Briana nie był wcale penisem, ale dużą łechtaczką. Brian nie był chłopcem, tylko dziewczynką.

Ponieważ łechtaczka była za duża, wyjaśnił lekarz, została przez niego amputowana. Dzięki temu nikt nie będzie się gapił na dziecko w szkolnej łazience albo w czasie nocowania u koleżanek, nikt nie będzie się pokątnie naśmiewał z ich córki z powodu jej dziwacznie wyglądających genitaliów.

Sullivanowie usłyszeli, że dzięki operacji dziecko wygląda jak dziewczynka. Lekarz wyjaśnił następnie rzeczowym tonem, w jaki sposób powinni się przestawić na traktowanie dziecka jako córki.

Po pierwsze, należało zmienić imię. Co by powiedzieli na Bonnie? Brzmi ładnie, do tego przypomina żeńską wersję Briana. W ten sposób Brian Sullivan zamienił się w Bonnie Sullivan. Lekarz kazał rodzicom, jako opiekunom dziecka, podpisać sporządzoną na oficjalnym papierze Szpitala Prezbiterialnego
notatkę:

ZAŚWIADCZAM, ŻE UPRZEDNIO NAZYWAŁEM SIĘ Brian Arthur Sullivan. A OD TERAZ NAZYWAM SIĘ Bonnie Grace Sullivan.

Materiały prasowe
Podziel się

Lekarz przedstawił im wszystkie czynności, które powinni wykonać, aby dopełnić transformacji. Życie nowej dziewczynki musiało ulec całkowitej przemianie: powinna dostać dziewczęce ubranka (różowe sukienki, żadnych spodni), należało zapuścić jej włosy i zmienić zabawki (zamiast ciężarówek – lalki).

Lekarze zalecili również Sullivanom przeprowadzkę, co miało pomóc w budowie nowej tożsamości córki. Powinni znaleźć miejsce, gdzie nikt nie słyszał o Brianie, gdzie Bonnie mogłaby zacząć życie z czystą kartą, gdzie wszyscy traktowaliby ją jak normalną dziewczynkę i gdzie nikt nie wiedziałby o zmianie płci.

Lekarz zapewnił Sullivanów, że jeśli zastosują się do jego zaleceń, córka poczuje się prawdziwą kobietą. Specjaliści poradzili Sullivanom, aby przetrząsnęli cały dom i pozbyli się wszystkich dotychczasowych zdjęć dziecka, domowych filmów, kartek urodzinowych; generalnie czegokolwiek, co zawierałoby informacje o poprzednim życiu Briana.

Podziel się opinią

Share

daswrkh

daswrkh
daswrkh