Kazimierz Kutz: zawsze wiedziałem, że będę pisał książeczki

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Kazimierz Kutz: zawsze wiedziałem, że będę pisał książeczki
(PAP/Radek Pietruszka)

Ta książka napisana jest po to, żeby Ślązacy czytali i rozumieli, że trzeba hodować tożsamość śląską. To jest ich siła, to są ich korzenie. A czy się będzie we Francji, w Niemczech czy w Polsce, to jest drugorzędna sprawa – mówi w wywiadzie dla Wirtualnej Polski Kazimierz Kutz . Nakładem wydawnictwa Znak ukazała się właśnie debiutancka powieść reżysera Piąta strona świata .

O Piątej stronie świata mówi się, że jest debiutem. Jednak Pan już wcześniej dał się poznać jako pisarz. Więc jak to jest: debiutant czy faux débutant?

Kazimierz Kutz: To jest rzeczywiście mój debiut literacki. Pisałem oczywiście różne rzeczy, encyklopedie, pisałem felietony, jednak to nie była czysta literatura, ale dziennikarstwo, publicystyka, eseistyka. A to jest powieść i li tylko powieść, która w tym sensie jest debiutem. I słusznie jest to tak przedstawiane, bo sam tak mówię.

Piąta strona świata jest mocno zakorzeniona w Pana biografii. Postacie, o których Pan pisze, pojawiały się we wcześniejszych Pana tekstach, np. ciotka Gustla. Kazimierz Kutz: Tak. Jest cała literatura, która opiera się na fikcji autobiograficznej. To jest źródło, z którego wszyscy mniej lub bardziej czerpią. U mnie sytuacja jest o tyle inna, że Śląsk jest czymś osobnym, jest mało opisany. W polskiej literaturze książki o Śląsku są rzadkością, są marginesem. To jest książka, która opowiada o miejscu, z którego się bierze człowiek. Jej literackość polega na tym, że ja w sposób dowolny korzystam i z biografii, i z historii rodzinnej, historii dzielnicy i całych Szopienic, i usiłuję napisać powieść, która jest fikcją.

Dlaczego Śląsk nie ma swojego miejsca w głównym nurcie literatury? Doświadczenia pogranicza, kulturowego tygla jest przecież doświadczeniem uniwersalnym. Kazimierz Kutz: Nie miałem zamiaru pisać książki rodzajowej czy psychologicznej o Śląsku. Nie. Tu jest wyraźny zamiar, żeby Śląsk i jego sprawy, a przede wszystkim sprawy bohaterów, podnieść do wymiaru uniwersalnego. Jest to historia kilku osób, moich rówieśników. Po dwudziestu latach przyjeżdża do Szopienic facet, kaleka z Polski i bada, dlaczego dwóch jego najbliższych przyjaciół popełniło samobójstwo. On żyje strachem, że jego też to czeka, bo po dwudziestu latach musi zaczynać życie od nowa. To założenie, że on musi dojść, dlaczego oni to zrobili, sprawia, że on przedziera się przez tę magmę śląską, bo każdy się przecież gdzieś urodził, miał rodziców, braci, dziadków, w czymś uczestniczył, w związku z tym jego pole penetracji poszerza się o całe Szopienice.
To jest artystyczna monografia miejsca, w którym ci bohaterowie przyszli na świat. Ujawnia się cała różnorodność losów i bogactwa Śląska, i jego bardzo smutnej historii. Bohater zaczyna tego wszystkiego dochodzić, przyglądać się, czym jest Śląsk.

Jak w takim miejscu definiować swoją tożsamość? Poprzez śląskość czy polskość? Kazimierz Kutz: Pojęcie narodowości jest młode. Śląsk został sprzedany Czechom przez Kazimierza Wielkiego i przez sześć wieków nikt się Śląskiem nie interesował. Ślązacy już w drugiej połowie XIX wieku uświadomili sobie, że mają polskie korzenie. Doszło do tego, że w trakcie plebiscytu każdy Ślązak musiał się zdeklarować, czy jest za Polską czy za Niemcami. Niestety większość była za Niemcami. Ślązacy żyjący w tej części, która stała się częścią Polski, szybko się rozczarowali, ponieważ byli traktowani tak samo, jak przez Niemców: cały czas ich repolonizowano, uważano, że trzeba z nich na siłę zrobić Polaków, nie dopuszczać do władzy ani do awansów. Po dwudziestu latach wolnej Polski przyszli Niemcy i zaczęła się następna runda.
W książce polityka jest mało ważna. Ślązacy naprawdę chcieliby mieć spokój, i z Polską, i z Niemcami, ale to jest oczywiście niemożliwe. W Polsce to wszystko się rozmywa: świat się otworzył, każdy może wyjechać, robić co chce w każdym miejscu świata. Teraz nie ma tego problemu, ale poważniejszą sprawą jest kodowanie pamięci. Ta książka napisana jest też po to, żeby Ślązacy czytali i rozumieli, że trzeba hodować tożsamość śląską. To jest ich siła, to są ich korzenie. To jest wartość. A czy się będzie we Francji, w Niemczech czy w Polsce, to jest drugorzędna sprawa.

Pana bohaterowie idą po linii prostej, doskonale wiedzą skąd pochodzą, jakie są ich korzenie i wiedzą, dokąd zmierzają. Przeciwności losu ich nie niszczą, oni dalej robią swoje. To śląska cecha? Kazimierz Kutz: To jest słuszna uwaga. Ślązacy nauczyli się, że trzeba ten los nieść, że buntowanie się dla samego buntu nie ma sensu. Na Śląsku główną kategorią, która ludzi motywuje, jest egzystencja, to znaczy żyć w każdych warunkach dochowując wiary pewnym zasadom, mieć pracę i robić wszystko, żeby jej nie stracić. W związku z tym na Śląsku wszystko robiono, żeby praca była dziedziczona. Innych możliwości nie mieli. Nie mogli robić nic innego poza tym, co było im dane – mieli zapieprzać w najgorszych warunkach. Mężczyźni ciężko pracowali i nie mieli czasu ani siły zajmować się dziećmi, to robiły kobiety. Największym nieszczęściem było, jak w rodzinie trafił się alkoholik, który tracił pracę, albo złodziej. Wszyscy byli wychowywani w przekonaniu, że życie będzie ciężkie i
że trzeba trzymać się swojej rodziny. W związku z tym sprawa małżeństwa była bardzo ważna, dobre małżeństwo było gwarancją przetrwania.
Ślązacy odwrócili się od świata, bo świat się od nich odwrócił. Mieli tylko swój kościół, swoją dzielnicę, swój zakład i mieli swą własną kulturę. Im żaden patriotyzm nie był potrzebny. Sami dali sobie radę i przetrwali. Dlaczego przetrwali? Nie mając swego państwa, elit, pisarzy, artystów. To jest niesamowite i o tym ja opowiadam!

Zdecydował się Pan na formę gawędy, w której historie się mnożą, jedna rodzi następną, pojawiają się liczne dygresje, do tego dochodzi bogata genealogia. Czytelnicy się w tym gubią... Kazimierz Kutz: Zastanawiałem się nad formą, bo to nie mogła być powieść rodzajowa, psychologiczna. To pomysł epicki, że Szopienice to jest wszechświat. Wydawało mi się, że trzeba się odnieść do tego archaicznego, najstarszego gatunku literatury epickiej, czyli do gawędy. W tym sensie archaiczność Śląska wydawała mi się koherentna z archaicznym doświadczeniem literackim. I zaczęło mnie bawić, jak dzisiaj ta stara forma może funkcjonować. Jako zadanie pisarskie wydało mi się to bardzo atrakcyjne.
Nie chciałem napisać książki w języku śląskim, bo wtedy taka książka byłaby hermetyczna. Jednocześnie język śląski, niesłychanie atrakcyjny, nie mógł być tu pominięty, dlatego, że dla Ślązaków polszczyzna jest językiem obcym. Jako człowiek wykształcony władam językiem polskim, ale ja opowiadam nie o Polsce, ale o Śląsku.
Jednocześnie jest to książka o tym, jak się rodzi pisarz. Pisarze rodzą się z konieczności. Setki tysięcy uczestniczy w wojnach, a tylko jeden czy dwu opowiada o tym. Bohater postanawia napisać książkę, ponieważ jest to forma oczyszczenia przyjaciół i siebie. To jest książka bliska perspektywie tego, co antyinteligenckie, antyszlacheckie, dlatego moja książka może się wielu osobom nie podobać. S’il vous plaît!

Dlaczego tak długo powstawała? Kazimierz Kutz: Kiedy w 1967 roku wylądowałem na Śląsku, żeby robić filmy śląskie, wyizolowałem się, zamieszkałem u brata i zastanawialiśmy się, czym jest Śląsk. Myśmy już wtedy byli inteligentami, a inteligent to facet, który myśli. Musiałem to wszystko wykombinować, nazwać i znaleźć oryginalną formę. Żeby pobudzić wyobraźnię postanowiłem opisać historię mojej rodziny. Kupiłem maszynę do pisania, śliczną maszynę, niemiecką, za 130 dolarów, i zasiadłem. Żeby się rozpulchnić wewnętrznie, pobudzić pamięć, zacząłem opisywać rodzinę i znalazłem w tym przyjemność. Wtedy stało się to, do czego zmierzałem: narodził się pomysł na mój pierwszy film śląski. Zacząłem robić śląskie filmy, prowadziłem żywotną działalność w teatrze telewizji, byłem niesłychanie czynny i ta powieść pozostała namiastką. Po latach nagle pojawił się redaktor naczelny wydawnictwa Znak. Jerzy Illg , który był wychowany na Śląsku,
postanowił zrobić cały numer pisma „NaGłos” poświęcony kulturze śląskiej i nie miał prozy. Jakimś dziwnym instynktem się pojawił i powiedział, że ja powinienem coś napisać, że stać mnie na prozę. Ja go opędzałem, ale sobie przypomniałem fragmenty powieści, dałem mu je, a on uznał, że są świetne. Coraz częściej zacząłem się zastanawiać, czy się nie wycofać i zająć tylko pisaniem. W tym czasie wykryto u mnie raka. I wtedy właśnie zrozumiałem, że aby się ratować, muszę znaleźć silny motyw walki z rakiem. Zrozumiałem, że pisanie tej powieści to być może mój ostatni obowiązek. Podjąłem walkę o zdrowie i zacząłem pisać na serio. Odseparowałem się od wszystkiego i całą moja energia twórcza poszła w tę książkę.

Po publikacji fragmentów powieści w „NaGłosie” Wisława Szymborska powiedziała: „Narodził się nam pisarz”. Kazimierz Kutz: Stała się rzecz absolutnie magiczna: książka była cały czas na marginesie; żeby znaleźć dodatkowe bodźce, podpisałem umowę z wydawnictwem. Oczywiście tę umowę przewaliłem! Od czasu do czasu pan Illg mnie odwiedzał, czytałem mu wtedy fragmenty, on wiedział, że ja pracuję, ale książka powstaje tak, jak powstaje i nie można się spieszyć. I nastał taki dzień, w którym skończyłem. I myślę sobie: nikomu nie powiem, a zwłaszcza nie powiem Illgowi . I gdy szczęśliwie miałem już wszystko za sobą - jest telefon. I słyszę głos pani Wisławy (która nigdy do mnie nie dzwoniła): „Panie Kazimierzu, ja bardzo lubię pana prozę”. Mówię: „Jezus Maria! Jaką prozę? Co się dzieje? Ja przed chwilą skończyłem! Pani Wisławo , jest pani pierwszą osobą, której mogę powiedzieć, że jestem już po kropce. Ale niech pani nic na razie nie mówi Illgowi ”. A ona mówi: „On właśnie siedzi obok!” A on ją w ramach swoich nacisków namówił, żeby do mnie zadzwoniła i pogoniła!
Zawsze wiedziałem, że będę pisał książeczki. To jest fantastyczne zabezpieczenie starości, żeby nie kapcanieć, ale żeby być twórczym do końca.

Czym się różni pisanie scenariusza, pisanie na potrzeby kina od pisania powieści? Kazimierz Kutz: Całkowicie się różni. Scenariusze to literatura użytkowa. Gdyby scenariusze były literaturą, to wszyscy by je czytali. Ja swoje scenariusze pisałem bardzo starannie, były drukowane, ale to tylko wizualny opis spraw, który ma służyć reżyserowi, żeby stworzył mniej lub bardziej udany film. Sam dostarczałem sobie tej materii w filmach śląskich, między innymi dlatego, że kino polskie bardzo się uzależniło od literatury i żyło z cudzego, czyli z adaptacji. W kinie chodzi o to, żeby stworzyć materię wizualną, film to widowisko. Pojemność kina jest bardzo ograniczona. Film w istocie traktujemy jak rozrywkę, jest on rodzajem konsumpcji. Każda dziedzina ma swoją siłę i swoje słabości, ale jednak słowo to jest słowo. Kino bardzo łatwo poddaje się różnego rodzaju fluktuacjom, modom. Dobra książka trwa dłużej, niż dobry film. Dobra książka to głębsza przyjemność. Słowo wydrukowane
ma inny poziom zaklęcia, niż obrazki.

Zrobi Pan jeszcze „Cholonka”? Kazimierz Kutz: Na razie mi się nie chce. Teraz, kiedy moja powieść już się ukazała, jestem w takim rozluźnieniu, muszę – jak to się mówi na Śląsku – dać sobie fraj i odpieprzyć się od wszystkiego. Ale właściwie już zacząłem pisać nową książkę. Przez tę Piątą stronę świata przeszedłem granicę, gdzie już tylko pisanie mnie bawi, nie reżyserowanie. Ja już nic nie muszę. Żyjąc na boku, na wsi, sam dysponuję swoim czasem i mogę spokojnie się delektować, że machnę sobie, kurwa, dwie stroniczki.

Rozmawiała Marta Buszko.

Polub WP Książki
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.