Recenzje
26-04-2010 (16:18)

Jaka piękna katastrofa!

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Jaka piękna katastrofa!
(Inne)
WP

Kiedy świnię podda się szokowemu działaniu prądu, wpada w pewien rodzaj stuporu i można ją bez większego problemu zarżnąć. Jak wynika z najnowszej książki Naomi Klein, podobnie jest z całymi społeczeństwami. Autorka No logo, pracy szumnie nazywanej biblią alterglobalistów, w Doktrynie szoku przypuściła ofensywę na krucjatę neoliberalizmu, podbijającą świat przy pomocy tzw. kapitalizmu kataklizmowego. Pojęcie to jest – w uproszczeniu – frontalnym atakiem na sferę publiczną po katastrofach, w połączeniu z traktowaniem ich jako świetnych okazji do ubicia interesu. Metoda jest mało skomplikowana, wystarczy poczekać na kryzys, wykorzystać zamieszanie i przepchnąć reformy, które w normalnych warunkach nigdy nie uzyskałyby społecznego poparcia, po czym uznać je za permanentne. Jest to o tyle łatwe, że „postszokowa” rzeczywistość staje się na pewien czas bardzo plastyczna i swobodnie można ją urabiać na własną modłę, co gorliwie wykorzystują akolici Miltona Friedmana, który twierdził, że tylko kryzys
prowadzi do realnych zmian.

Naomi Klein rozpoczęła badania ścisłej zależności wolnorynkowej ekspansji od szoku, będąc w Iraku, później śledziła te mechanizmy w Sri Lance dotkniętej katastrofalnym tsunami, a ich ostateczne potwierdzenie odnalazła w sytuacji, w jakiej znalazł się Nowy Orlean po przejściu przezeń huraganu Katarina. Pokłosiem tych badań jest właśnie Doktryna szoku, która stanowić miała próbę podważenia tezy, jakoby triumf neoliberalizmu był owocem wolności, zaś niczym nieskrępowany rynek szedł w parze z demokracją. Zapragnęła dowieść, że akurat z demokracją owa fundamentalna wersja kapitalizmu nie ma nic wspólnego, zaś na historię korporacjonizmu składają się kolejne, następujące po sobie wstrząsy.

Próba zmierzenia się z tym frapującym problemem rozpoczyna się od wizyty u Gail Kastner, jednej z ostatnich żyjących osób, które poddawano w latach 60-tych eksperymentom CIA z elektrowstrząsami na Uniwersytecie McGill. Behawiorysta, Ewen Cameron, uznał wówczas, że dzięki tej metodzie można „zresetować” wadliwy umysł i od nowa zapisać jego osobowość na tak powstałej czystej karcie. Rozmowa z nieszczęsną, zniszczoną fizycznie i psychicznie kobietą, staje się pretekstem do opisania programu MKUltra wykorzystującego metody Camerona, w celu opracowania „kreatywnych alternatywnych sposobów zdobycia informacji”. Pod tym eufemizmem skrywało się zaprzęgnięcie deprywacji sensorycznej do metodologii przesłuchań celem wprowadzenia więźniów w stan regresji. Opisawszy potworny koszmar, jaki amerykański rząd zafundował społeczeństwu, Naomi Klein bardzo płynnie przeszła do scharakteryzowania środowiska akademickiego Wydziału Nauk Ekonomicznych na Uniwersytecie Chicago, zdominowanego w latach pięćdziesiątych przez
Miltona Friedmana. Przedstawiając go jako człowieka dążącego do oczyszczenia społeczeństw z dotychczasowych wzorców, autorka nie widzi zbyt dużych różnic pomiędzy nim a Cameronem. O ile psychiatra próbował za pomocą szoku odtworzyć stan pierwotny umysłu, tak ekonomista pragnął przywrócić społeczeństwa do stanu współczesnego kapitalizmu, pozbawionego jakiejkolwiek ingerencji państwa – ot, ekonomiczne perpetuum mobile, utopia biznesowa dorównująca abstrakcyjnością utopii robotniczej Marksa. Zarówno jeden, jak i drugi, środku do swych celów upatrywali w terapii szokowej, marząc o oczyszczeniu i kreacji. Według Klein nie osiągnęli jednak niczego ponad oczyszczenie przez destrukcję. Kiedy czytałem te złowieszcze fragmenty opisujące „chicagowskich chłopców” zafascynowanych demonicznym Friedmanem, do pełni szczęścia zabrakło mi tylko cytatu „I ujrzałem: oto koń trupio blady, a imię siedzącego na nim Śmierć, i Otchłań mu towarzyszyła. I dano im władzę nad czwartą częścią ziemi, by zabijali mieczem i głodem, i morem,
i przez dzikie zwierzęta.” Cóż, nie można mieć wszystkiego, zresztą to niedopatrzenie Klein zrekompensowała iście apokaliptycznymi wizjami, którymi podzieliła się w kolejnych częściach książki, opisując, jak to „mafia” ortodoksów z Chicago dokonywała spustoszeń wszędzie tam, gdzie się zjawiła.

WP

Pierwszym jej celem stało się Chile rządzone przez Allende, mekka demokracji, kraina mlekiem i miodem płynąca, w której ludzie byli szczęśliwi i żyło się im dostatnio (o kilometrowych kolejkach i ciągotach ku ZSRR autorka zapomniała nadmienić). Ponieważ taki stan był nie do zaakceptowania przez Amerykanów, działających podług maksymy „solitudinem faciunt, pacem appellant”, w imię ideologicznego imperializmu zaczęli hodować wojowników mających zniszczyć „różowych” ekonomistów z Chile oraz z pozostałych krajów Cono Sur. Kiedy do ingerencji rządu USA w politykę wewnętrzną państw Ameryki Południowej włączył się koncern ITT, a grupa ekonomistów z Chicago planowała eksterminację idei, armia – mając zapewnione intelektualne poparcie dla wojskowej brutalności – mogła już spokojnie szykować się do eksterminacji zwolenników Allende. Klein stawia sprawę radykalnie: Chile pod rządami Pinocheta nigdy nie było państwem kapitalistycznym, w którym w pełni zatriumfował wolny rynek, stanowiło ono raczej korporacjonistyczny
twór bazujący na sojuszu państwa policyjnego i wielkich firm w walce z trzecią władzą, pracownikami.
Ówczesny „cud gospodarczy” okazał się humbugiem, kolorową bańką mydlaną, która zaowocowała zmierzającą do katastrofy recesją, pogłębiającą się wskutek wdrażania kolejnych reform podług wytycznych samego Friedmana – cóż, tak to już z tymi cudami bywa, niezależnie od czasu i szerokości geograficznej. Popsuwszy to, co się dało popsuć, friedmanowscy jeźdźcy apokalipsy wyruszyli do kolejnych krajów wdrażać chilijski eksperyment zawierający się w schemacie spekulacja – korupcja – transfer majątku narodowego w prywatne ręce – przejęcie zadłużenia sektora prywatnego przez sektor publiczny. Te wolnorynkowe szwadrony śmierci stosowały terror jako narzędzie gospodarczego postępu i masowe morderstwa jako środek do celu, jakim była ekonomiczna utopia. Zbrodnie korporacyjnych dyktatur Klein nazywa, bez większych ogródek, ludobójstwem, zaś podkreślając paralelę pomiędzy kampanią mordów politycznych a rewolucją
wolnorynkową autorka dowodzi, że retoryka przedstawicieli junty, którym podszeptywali chłopcy z Chicago, niewiele różniła się od sloganów powtarzanych przez nazistów czy Czerwonych Khmerów. Doprawdy, Sodoma i Gomora, a to przecież dopiero początek ponurych wizji autorki, utyskującej na fakt, że świat skupił się na łamaniu praw człowieka, nie zajmując się związkiem pomiędzy represjami a neoliberalną transformacją gospodarki, zachłysnąwszy się skutkiem, a nie przyczyną. Nie zrozumiano, że przemoc nie była celem, a zaledwie środkiem, ale od czego mamy panią Klein?

W kolejnej części autorka zajęła się próbą wdrożenia angielskiej wersji friedmanizmu przez Margaret Thatcher. „Żelazna dama” rychło przekonała się, że „chilijski cud gospodarczy” wstrzeliwany niepokornemu społeczeństwu przez potylicę, nie może mieć racji bytu w demokratycznym kraju. Nie wahała się jednak zastosować terapii szokowej, gdy wybuchła wojna o Falklandy i górnicy wyszli na ulice. Klein pozostawiła na chwilę widmo neoliberalizmu nad Starym Kontynentem i powróciła do Ameryki Południowej, gdzie właśnie traktowano Boliwię jako królika doświadczalnego dla teorii kryzysu. Tutaj terapia ta miała być lekiem na hiperinflację, nowym „Doktorem Szok”, akuszerem tej idei, został Jeffrey Sachs, zaś wykonawcą – nowy prezydent przekonany, że Stany Zjednoczone sowicie wynagrodzą zastosowanie pomysłów liberałów. W efekcie zniknęły setki tysięcy etatów z zagwarantowanymi emeryturami, za to przy produkcji kokainy zatrudnienie znalazło 350 tys. osób. Udało się wprowadzić tam doktrynę szoku bez rozlewu krwi i represji
– a przynajmniej tak ówczesne przemiany postrzegał świat zachwycony „boliwijskim cudem”.
Huku strzałów do demonstrantów i krzyku porywanych ludzi ów świat wolał nie słyszeć, zwłaszcza, że skutecznie zagłuszał je wrzask o triumfie wolnorynkowych reform. Dla friedmanistów casus Boliwii okazał się wyborną nauką na przyszłość, okazało się bowiem, że hiperinflacja nie musi być problemem, a wręcz przeciwnie, stanowić może znakomitą okazję do zaaplikowania terapii szoku.

Po opisaniu sytuacji w Boliwii autorka zgrabnie powraca na kontynent europejski pochylając się nad pewnym uroczym krajem nad Wisłą. Po wywalczeniu wolności akurat następował w Polsce paraliż decyzyjny i widmo krachu ekonomicznego potęgowanego przez gigantyczne zadłużenie. Według Klein była to idealna okazja dla szkoły chicagowskiej, kontrolującej Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Departament Skarbu, aby wdrożyć doktrynę szoku, wszak im gorzej, tym lepiej. Niczym złowieszcza, szara eminencja, za plecami zdezorientowanych przywódców pojawił się Sachs nawołujący do naśladowania boliwijskiego wariantu. O stanie wyjątkowym i masowych porwaniach przezornie wolał nie wspomnieć. Autorka stwierdziła, iż szybkie rozwiązanie zaczął lansować również Balcerowicz, w wyniku czego Polska stała się podręcznikowym przykładem teorii kryzysu, konglomeratu dezorientacji, społecznego strachu, tąpnięcia gospodarczego i ułudy magicznej zmiany na lepsze. Podkreśliła, iż przyjęcie pakietu Sachsa było antytezą „Solidarności” i
kresem jej marzeń. Wydaje się, że według niej, terapia zastosowana w Polsce, prywatyzacja, powstanie GPW, wymienialność złotego, odwrót od przemysłu ciężkiego i cięcia budżetowe były odpowiednikiem operacji na otwartym sercu zupełnie nieprzygotowanego, osłabionego pacjenta. Wskutek tej „kpiny z procesu demokratycznego” do władzy doszli później, jak to napisała, ultrakonserwatyści z PiSu, którzy nie robili nic innego, tylko atakowali gejów, Żydów, feministki, cudzoziemców i komunistów. Jednym słowem, gdyby nie ten paskudny neoliberalizm, to wyżej wymienieni mieliby w rządzonej przez związkowców Polsce raj na ziemi, nie byłoby Kaczyńskich i panowałby powszechny dobrobyt. Trzeba by było tylko coś zrobić z Platformą, zapatrzoną według Klein w friedmanowskie dogmaty. Winszuję znajomości naszej sceny politycznej, wyrażając jednak obawę, że jeśli zbierając dane o sytuacji w pozostałych opisywanych krajach autorka wykazywała się podobną „wnikliwością”, to będzie trudno Doktrynę szoku traktować inaczej, niźli jako
populistyczną agitkę.

Zostawmy jednak Polskę, wszak jeszcze ponad połowa świata pozostawała niezdobyta przez sektę Friedmana. Chiny pękły dość szybko, Deng zastosował tam coś zbliżonego do wariantu chilijskiego, a mianowicie hybrydę wolnego rynku i kontroli politycznej, scalone brutalnymi represjami. W Doktrynie szoku można przeczytać, że protesty na placu Tiananmen były buntem przeciw friedmanowskiej naturze reform ekonomicznych, zaś władze, chroniąc kapitalizm za wszelką cenę, postanowiły je krwawo stłumić, co utorowało drogę do transformacji, a masakra, a jakże, umożliwiła terapię szokową.

WP

Terapię tę wdrożono również w RPA, gdzie Afrykański Kongres Narodowy zdradził według Autorki ideały zapisane w Karcie Wolności na rzecz wolnorynkowej ortodoksji i oddzielenia reform ekonomicznych od transformacji politycznej. Analogia do sytuacji w Polsce nasuwa się sama, ale nie czas na nią, autorka przeskakuje czym prędzej do Rosji, by i tam odnaleźć znamiona działania neoliberalnych hien. Tutaj na rosyjskiego Pinocheta mianowany został Borys Jelcyn, który doprowadził, rządząc od kryzysu do kryzysu, do swoistej odwrotności modelu chilijskiego. O ile bowiem Pinochet zrobił zamach i zniszczył demokrację, po czym zaprowadził terapię szokową, tak Jelcyn narzucił ją w warunkach demokracji i wprowadził wolnorynkową dyktaturę. Efektem było to samo – powstanie idealnego poletka dla chłopców z Chicago. Po Rosji przyszedł czas na kryzys w krajach nazywanych „azjatyckimi tygrysami” – autorka wyjaśniła, że ich początkowy sukces wcale nie był oparty na wolnym handlu, zaś krach był skutkiem spekulacji wynikających z
presji Zachodu. Skwapliwie skonstatowała, „odhaczając” kolejny punkt na swojej liście, że i tam można było zastosować terapię szokową, podczas której MFW mógł swobodnie napełnić kiesy rekinów Wall Street.

Obraz nie byłby pełen bez przedstawienia sytuacji w Iraku – nie ma obawy, autorka o niej nie zapomniała, zostawiwszy ją sobie na deser. Napisała, że władze perfidnie wykorzystały szok 11 września, by przeprowadzić radykalne reformy pod sztandarem „wojny z terrorem”, wojny, oczywiście, sprywatyzowanej. Operacja w Iraku była więc, w mniemaniu autorki, zaplanowaną, dopiętą na ostatni guzik kampanią ekonomiczną idealnie wpisującą się w wolnorynkową krucjatę. To był ostatni niezdobyty bastion friedmanistów, a politycy dokonali zimnego, wyrachowanego wyboru, by stworzyć wyłom w systemach gospodarczych Bliskiego Wschodu. Wynikiem tego wykreowano wolność dla korporacji dojących z nowo prywatyzowanych państw. Opisując operację „Szok i przerażenie” autorka wraca do wątku deprywacji sensorycznej, spajając je wolnorynkową klamrą – zabieg równie dziwny, co moim zdaniem nietrafiony, acz bardzo nośny populistycznie. Grabieże w muzeach są według Klein środkiem do złamania serca kraju, wyrwania zeń duszy, lobotomią pamięci.
Czynniki oficjalne niewiele robiły, by je powstrzymać, więc wniosek jest prosty – był to zaplanowany mechanizm działania terapii szokowej, redukcji państwa, prywatyzowania własności państwowej i okupacji kraju przez korporacje, co autorka nazwała zmodernizowaną formą rabunku. Przypomina się tutaj dowcip o tym pacjencie, któremu się wszystko z jednym kojarzy. Doktryna szoku przyniosła Irakowi korupcję, konflikty, religijny fundamentalizm i tyranię szwadronów śmierci. Jak się okazuje, przed Pustynną Burzą był to najwidoczniej kraj równie wspaniały, jak Chile pod rządami Allende. O rzeziach Kurdów i szyitów, morderstwach politycznych, eksterminacji duchownych, operacji Anfal, ataku gazowym na Halabdżę czy o masakrze w Dudżajlu Klein zapomina wspomnieć. Widocznie nie pasuje to do wizerunku wspaniałego kraju najechanego przez paskudnych jeźdźców apokalipsy. Autorka nie pisze również ani słowa o osuszeniu mokradeł przez władze podległe Husajnowi, co doprowadziło do pozbawienia rolników i rybaków źródła utrzymania,
za to gorliwie rozpacza nad losem dotkniętych tsunami mieszkańców Sri Lanki, Tajlandii i Malediwów ciemiężonych przez korporacje w imię interesów komercyjnych.

Ostatnim akordem opisywania neoliberalnych potworności jest działanie rządu Stanów Zjednoczonych w Nowym Orleanie, gdzie zniszczenie szkół było doskonałą okazją do przeprowadzenia radykalnej reformy systemu edukacyjnego. Naprawa wałów przeciwpowodziowych i odbudowa miasta mogły poczekać, zaś dotychczasowi nauczyciele należący do związków zawodowych oraz ofiary powodzi - poszukać nowej pracy. Po 11 września w USA bezpieczeństwo stało się towarem, który można było nabywać po cenach rynkowych. Klein opisuje państwo korporacyjne, jakim stała się Ameryka, gdzie biznes i napędzany obsesjami rząd połączyły siły, by kontrolować społeczeństwo. Państwo to staje się obwarowaną, silnie ufortyfikowaną twierdzą, prowadzącą permanentne wojny nie po to, by wygrać, ale by zapewnić tzw. „bezpieczeństwo”, ku radości potężnych korporacji. Wojny te stały się w opinii autorki nowym, samonapędzającym się rynkiem.

Mike Battles powiedział kiedyś, że „poczucie zagrożenia i chaos to doskonała okazja do zarobku”. Klein, oparłszy się na tej opinii, wyszła z założenia, że najbardziej fundamentalistyczna wersja kapitalizmu potrzebuje katastrof, by iść naprzód. Po lekturze jej wywodów zacząłem się zastanawiać, jak się mają mocne, robiące olbrzymie wrażenie opisy tortur stosowanych przez Amerykanów, elektrowstrząsy, męczarnie w Guantanamo i deprawacja sensoryczna do charakterystyki metod neoliberałów, którą zajmuje się w dalszej części pracy? Analogia ta nie jest moim zdaniem najlepsza i razi tanim efekciarstwem, jednak wskazuje, że Naomi Klein znakomicie poznała mechanizmy opisywanej doktryny i nie miała większego problemu z ich zastosowaniem na czytelnikach. Najpierw dostajemy obuchem w głowę – pierwsze rozdziały są naprawdę wstrząsające, poruszające, szokujące. I nawet, jeśli nie mają wiele wspólnego z resztą książki, umysł odbiorcy staje się o wiele bardziej plastyczny i podatny na to, co Klein chce później przekazać,
o wiele łatwiej jest zarzucić go własnymi teoriami, skrupulatnie dobrawszy takie liczby, które będą pasowały do ogólnej idei oraz jednostkowe przypadki, wypaczenia, aberracje ekstrapolować na mechanizm całego wolnego rynku. W ten sposób udało się wrzucić do jednego kotła tortury, zbrodnie dyktatur, kampanie w Iraku, szok ekonomiczny, wolny rynek, liberalizm i wszelkie nadużycia, po czym stwierdzić, że to wszystko jest złem. Pozwolę sobie przypomnieć mechanizm, jaki zadziałał w Nowym Orleanie czy Sri Lance: wykorzystano wstrząs, lokalnie wdrożono bardzo radykalne reformy, po czym uznano je za permanentne. Czyż Klein nie uczyniła z nami tego samego? Czy nie czyni tego samego Michael Moore, którego filmy opierają się na podobnym schemacie – najpierw odbiorcę zszokować, a potem poddać histerycznemu bombardowaniu coraz bardziej abstrakcyjnymi teoriami? Doktryna szoku nafaszerowana jest, niestety, emocjami, czasami bardzo chaotyczna, selektywna, często wyzierają z niej mielizny i manipulacje, jakich autorka
dokonała, by udowodnić swoją tezę na siłę pragnąc dopasować fakty do z góry powziętych teorii.

WP

Ofensywa Naomi Klein wygląda tak, jakby ktoś na turniej florecistów przyszedł z Zerwikapturem. Można wówczas zapomnieć o precyzyjnych, dokładnych trafieniach, prędzej pojedynek będzie przypominał rzeź, sieczkę i chaos, zaś taki szermierz wielokrotnie straci równowagę i nakryje się nogami wystawiając na celne ciosy oponenta. Moim zdaniem autorka popełniła tutaj dość duży błąd. Poruszyła niezmiernie ciekawe problemy, pochylając się nad interesującymi aspektami i ukazując geopolityczne przemiany w sposób, w jaki rzadko się na nie spogląda – przez pryzmat twardego, bezwzględnego interesu ekonomicznego. Mając bardzo lekkie, dobre pióro, zwróciła uwagę na ważkie zagadnienia, jednak obawiam się, że przez jej podniosły krzyk, larum, przez to efekciarstwo i momentami bardzo tanie chwyty, zostanie uznany ze wzruszeniem ramion za kolejną jazgotliwą propagandę, obok której można spokojnie przejść obojętnie traktując niczym nafaszerowane tandetną demagogią filmy wspomnianego Michaela Moore’a. Tymczasem pod grubą
warstwą emocjonalności i rzeczonej papki populistycznej oraz manipulacji znajdują się problemy, nad którymi warto się dłużej i głębiej zastanowić, by chociażby spróbować poznać mechanizmy, jakimi rządzi się współczesny, drapieżny świat.

Polub WP Książki
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP