Trwa ładowanie...
d3kptgj
jacek hugo-bader

Jacek Hugo – Bader: ''Temat Kolumbów rocznik 50. dławił mnie od dawna, bo to także moja historia''

- Nigdy nawet nie myślałem, żeby porzucić ten temat. Gdyż jest znakomity, a w miarę upływu czasu nabierałem na niego coraz większej chęci, ale też coraz bardziej się go bałem. Dlaczego? Bo jest bardzo osobisty. Bo ostatecznie dotyczy bliskich mi ludzi, których jeszcze lepiej poznawałem - a co za tym idzie – dokładniej widziałem, ile za ich plecami kryje się dla reportera raf. Straszenie sądem, kłopoty z autoryzacją – przyznaje Jacek Hugo-Bader, którego najnowsza książka, „Skucha”, właśnie się ukazała.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Jacek Hugo – Bader: ''Temat Kolumbów rocznik 50. dławił mnie od dawna, bo to także moja historia''
( )
d3kptgj

- Nigdy nawet nie my*ślałem, żeby porzucić ten temat. Gdyż jest znakomity, a w miarę upływu czasu nabierałem na niego coraz większej chęci, ale też coraz bardziej się go bałem. Dlaczego? Bo jest bardzo osobisty. Bo ostatecznie dotyczy bliskich mi ludzi, których jeszcze lepiej poznawałem - a co za tym idzie – dokładniej widziałem, ile za ich plecami kryje się dla reportera raf. Straszenie sądem, kłopoty z autoryzacją – przyznaje Jacek Hugo-Bader , którego najnowsza książka, * „Skucha” , w*łaśnie się ukazała.*

22 lata – tyle czasu autor zbierał materiały do tej najtrudniejszej i zarazem najboleśniejszej dla siebie publikacji, w której opowiada o tym, jak dziś żyje się w Polsce członkom solidarnościowego podziemia, „Kolumbom rocznik 50”, „dzieciom tamtych Kolumbów”. To jego siostry i bracia, których w latach 80. połączył wspólny cel - walka z ówczesną PRL-owską władzą. Hugo-Bader deklaruje, że pisze bez patosu, z powagą mówiło się bowiem o II wojnie światowej, po której została mitologia.

Oddali najpi*ękniejsze lata życia dla wielkiej sprawy*

d3kptgj

Dziennikarz wiedział, że łatwo mu nie pójdzie, bo solidarnościowi konspiratorzy, chociaż zwycięzcy, są trochę nijacy i pochowani w cieniu. Zdawał sobie jednak sprawę, że w końcu trzeba było o nich napisać i porządnie upamiętnić.

„To jest środowisko, w którym mnóstwo wartościowych ludzi oddało najpiękniejsze lata życia dla wielkiej sprawy, a teraz się okazuje, że na czele byli k…, transseksualistka, współpracownik bezpieki i złodziej” – gorzko zauważa jeden z bohaterów „Skuchy”, Maciej Zalewski, który po stanie wojennym był współtwórcą Międzyzakładowego Komitetu Koordynacyjnego i zastępcą Jarosława Kaczyńskiego w „Tygodniku Solidarność”.

Hugo-Bader pisze tylko i wyłącznie o tych członkach konspiracji, których kiedyś znał osobiście, skupionych wokół organizacji MKK, nazywanej umownie „Firmą”. Zajmowano się w niej głównie drukowaniem i kolportowaniem prasy podziemnej na terenie Warszawy i okolic. „Firma” wydawała m.in. tygodnik „Wola” i „Tygodnik Mazowsze”. Autor podaje więc imiona i nazwiska bohaterów, wiek, zawód i „ksywę” (nie żaden tam pseudonim – pseudonimy mieli ci, którzy walczyli i ginęli w „tamtej wojnie”). Wyjątkiem jest Zyta Rywkin – ją Hugo-Bader ulepił z losów trzech koleżanek z podziemia, które nie miały odwagi pod swoim nazwiskiem opowiedzieć o swoich przejściach. Nazwisko Janka Mojki, „Klingi” również jest wymyślone, ale koleje życia autentyczne.

Na zdjęciu: Maciej Zalewski, 1993 r.

d3kptgj

(img|656789|center)

„Skucha” ma więc aż 15 głównych postaci: Ewę Hołuszko - „Hardy”, Macieja Zalewskiego, Ewę Choromańską – „Celinę”, Michała Boniego – „Tomka”, Ryśka Satela, Marka Latosa – „Grubego”, Piotra Stańczaka, Freda R. – „Tolka”, Maryśkę Kołnierzak, Tomka Dangela – „Grzybowskiego”, Andrzeja A. – „Rudobrodego”, Mariana Kobyleckiego – „Mietka”(żołnierza legendarnego batalionu „Zośka”, który jest niejako łącznikiem między dwiema wojnami), Ewę Galster, wspomnianą Zytę i Janka. W tle natomiast przewijają się ich matki, ojcowie, żony, dzieci i kochanki. Ale ten galimatias - gdzieś w połowie – zaczyna składać się w klarowną całość.

Bolesna wiwisekcja losów opozycjonistów

Czym więc kierował się Hugo-Bader wybierając właśnie takich, a nie innych bohaterów? – Nie miałem prawie żadnego klucza, żeby nikt nie mógł mi zarzucić, że swoim doborem starałem się udowodnić jakąś tezę. Opisałem niemal wszystkich ludzi znanych mi wtedy „z okopów”, którzy należeli do jednej organizacji – zapewnia doświadczony reporter i przyznaje, że niektórych dawnych przyjaciół trudno było namówić na wspomnienia i opowiadanie o sobie, a część z nich w ogóle nie chciała z nim rozmawiać wiedząc, że pracuje w „Gazecie Wyborczej”, więc odmalował ich wykorzystując zakamarki swojej pamięci.

d3kptgj

Dziennikarz przeprowadza bolesne wiwisekcje losów walczących z ówczesną władzą. Do swoich bohaterów podchodzi jednak ze zrozumieniem i ciepłem (co nie znaczy, że nie dostrzega ich błędów). A dzieje opozycjonistów są zazwyczaj bliźniaczo podobne: to dzieci „tamtych Kolumbów”, których rodzice (jeśli przeżyli), są pokiereszowani przez okupację i zmagają się z traumami, a ich potomkowie nie potrafią żyć w zniewolonej Polsce. Dlatego walczą bezkrwawo: konspirują, malują napisy na murach, rozrzucają ulotki. I chociaż ostatecznie powinni czuć się wygrani, to czas pokazał, że tylko nieliczni z nich wyszli z okopów historii obronną ręką. Owszem, wywalczyli sobie wolność, ale co dalej? Nie umieją albo nie chcą z niej korzystać. Może dlatego, że nikt ich tego nie nauczył?

Temat Kolumb*ów rocznik 50. to tak*że moja historia”

„Ta wojna jest jaruzelska. Pokraczna, niepoważna, pszenno-buraczana, bimbrowo-salcesonowa, kiszkowata, bez szabel, lanc, stenów, pancerfaustów, wyroków śmierci. Podły czas” – przyznaje reporter, który notatki i wycinki do „Skuchy” gromadził od 1994 roku w specjalnej teczce. Tym samym książka ta stała się najdłużej pisanym tekstem w jego życiu.

On sam już wcześniej zapowiedział, że nigdy więcej nie będzie zajmował się opowieściami, które nie chwycą go za gardło. - Po prostu nie warto trwonić czasu na inne rzeczy. Nie poczujesz ich. To tak, jakbyś po super ostrej tajskiej potrawie poprawił budyniem waniliowym. Beznadzieja. Temat tych Kolumbów dławił mnie tym bardziej, że to także moja historia, moich kolegów i mojego pokolenia – dodaje autor „Białej gorączki” i „Dzienników kołymskich”, dla którego ostatecznym impulsem do stworzenia „Skuchy” były słowa historyczki sztuki i publicystki, Andy Rottenberg: "W Polsce z wolności najmniej korzystają ci, którzy o nią walczyli”.

d3kptgj

Na zdjęciu: Ewa Maria Hołuszko (wcześniej Marek Cyryl Hołuszko), 2013 r.

(img|656790|center)

Poszerzone pola walki

Jak więc toczyły się losy bohaterów „Skuchy”? Ewa (kiedyś Marek) Hołuszko - od 1980 była działaczką „Solidarności”, a także członkiem zarządu Regionu Mazowsze i przewodniczącą regionalnej Komisji Interwencyjnej. Po wprowadzeniu stanu wojennego ukrywała się. Kierowała podziemnym Międzyzakładowym Komitetem Koordynacyjnym, w którym odpowiadała za druk i kolportaż podziemnej prasy. W 2000 roku przeszła korektę zmiany płci i jak zaznacza, straciła wtedy wszystko: pamięć ludzi i dobre imię, a pod jej akcjami z czasów PRL-u podpisywały się inne osoby. Obecnie - bardzo powoli - odzyskuje szacunek, a pomogły jej w tym państwowe odznaczenia. Pierwsze - Zasłużona Działaczka Kultury - osobiście wręczył jej premier Jerzy Buzek w 2001 roku. Pięć lat później prezydent Lech Kaczyński wyróżnił ją Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Okazją było 25-lecie wprowadzenia stanu wojennego. „Harda” przez lata chorowała na raka i przeszła kilkanaście chemioterapii. Wciąż walczy o akceptację.

d3kptgj

Życie nie oszczędziło również doktor Ewy Choromańskiej – „Celiny”. To ona leczyła opozycjonistów i ich rodziny, ale sobie pomóc nadal nie potrafi. Wciąż rozpamiętuje odejście męża, Włodka (również lekarza) do innej kobiety, o której wiedziała na długo przed tym, jak ją zostawił. Oboje byli tak bardzo skupieni na sobie i tym, co się dzieje wokół nich, że nie zwrócili uwagi na córkę, Dorotę, która uzależniła się od narkotyków. Obecnie Choromańska bierze leki – bo żadne psychoterapie na nią nie działają – i próbuje uśmierzyć ból. Czas jednak nie leczy ran, Ewa nie zapomniała tego, co ją spotkało, a w jej głowie, na przemian z koszmarami, przeplatają się wspomnienia wspaniałych chwil.

Nazwisko Michała Boniego kojarzą zapewne wszyscy ci, którzy interesują się polityką. Boni był zastępcą Jacka Kuronia w Ministerstwie Pracy i Polityki socjalnej na początku transformacji, potem wieloletnim ministrem różnych resortów, wreszcie posłem do Parlamentu Europejskiego. Przez lata nie przyznał się opinii publicznej, że został zmuszony przez SB do podpisania oświadczenia o współpracy. Zrobił to dopiero w 2007 roku. Mając 58 lat ożenił się po raz trzeci – jego wybranką została młodsza o 20 lat ekonomistka, Hanna Jahns. Polityk zawsze nosi w kieszeni marynarki ten sam różaniec i deklaruje, że miał dobre życie, chociaż dzieciństwo mocno go naznaczyło (zawsze wstydził się ojca, alkoholika).

Na zdjęciu: Michał Boni, 2008 r.

(img|656791|center)

d3kptgj

Macieja Zalewskiego, byłego sekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy również nie trzeba specjalnie przedstawiać. Razem z Lechem i Jarosławem Kaczyńskimi, których podziwiał, zakładał Porozumienie Centrum. Jak mówi Kaczyńscy to „najbardziej makiaweliczne, a więc bezwzględne i fascynujące postaci naszego dwudziestopięciolecia, jakie znam (...). To genialni ludzie, którzy świetnie grają, fenomenalnie wszystko pamiętają, są cudownymi analitykami, a prywatnie wspaniałymi rozmówcami. Fascynujące postaci przesiąknięte inteligencko-szlacheckim etosem budowania szklanych domów, potrzebą pomagania ludziom, kotom i wszystkim, którzy sobie nie radzą”. W 2005 roku Zalewskiego skazano na 2,5 roku pozbawienia wolności za rzekome wyłudzenie od Art-B czterech milionów złotych pożyczki dla spółki Telegraf, której był prezesem. Został jednak zwolniony warunkowo po 15 miesiącach. O ułaskawienie prezydenckie nie poprosił, chociaż z pewnością by je otrzymał.

Losy Marka Latosa – „Grubego” ( W „Firmie” szefa kolportażu) to niespodziewane wzloty i jeszcze bardziej spektakularne upadki. Bo „Gruby”, który tak naprawdę nie był gruby, tylko postawny, lubił wypić. I lubił pieniądze, które nigdy się go nie trzymały. Do wybuchu stanu wojennego pracował w Mennicy Państwowej, gdzie był sekretarzem Komisji Zakładowej „Solidarności”. Dzięki temu zajęciu poznał Ewę Galster, córkę pastora i szefową związku w Stołecznych Zakładach Winiarsko-Spożywczych „Warsowin”. Przez kilka lat byli parą, ale rozstali się przez jego lekkomyślność i niestałość. Ewa przyznaje, że związek z „Grubym” nie był „udanym eksperymentem” w jej życiu. Obecnie Latos mieszka w Londynie z czternaście lat młodszą Joanną ze Szczecina. Stara się o angielskie obywatelstwo.

Ubecja znacznie lepiej poradzi*ła sobie w wolnej Polsce”*

– Oni byli świetni do walki, burzenia, obalania, podpalania, wyrywania z gardeł, a do budowania już niekoniecznie – zauważa autor i zapytuje retorycznie: - A może nie za bardzo potrafili brać coś dla siebie? Bo ci, co z nimi walczyli, aparat przemocy, ubecja, znacznie lepiej poradzili sobie w wolnym kraju – gorzko konkluduje.

Chciałoby się powiedzieć: „chwała zwyciężonym”, a właściwie „biada zwyciężonym”, bo przecież nawet tym pozornym wygranym nie do końca w życiu wyszło. Nie ponieśli ostatecznej klęski, ale zapłacili wysoką cenę za walkę o swoje ideały i dzisiaj zmagają się z konsekwencjami takiej postawy. Alkoholizm, depresja, odrzucenie, rozpad rodziny, syndrom pola walki – to tylko niektóre z następstw życia poświęconego wielkiej sprawie. Ojczyźnie, która przecież wtedy była – i wciąż być powinna – jak chce Cyprian Kamil Norwid, „wielkim, zbiorowym obowiązkiem”.

Polska transformacja si*ę udała”*

- Życie wielu moich bohaterów jest smutne, nie są szczęśliwi, i mówię to jako czytelnik, a nie jako reporter, który powinien unikać takich ostatecznych deklaracji czy ocen. Bo życie bez miłości, radości, zadowolenia z siebie, a za to z poczuciem krzywdy i odrzucenia jest smutne. Czy historia mogła potoczyć się inaczej? Zawsze by mogła! Ale przecież polska transformacja się udała, proszę zobaczyć gdzie jest Rosja czy Ukraina. Więc nam się udało, co wcale nie znaczy, że pojedynczym ludziom wyszło. Maciek ładnie to podsumował na końcu książki mówiąc, że w wielkich rachunkach Polsce wyszło na plus, ale dla Freda nie wyszło. Dla niego i jemu podobnych Polska oznacza porażkę i zgorzknienie. Po prostu przegrane życie – dodaje dziennikarz.

Na zdjęciu: Jacek Hugo-Bader

(img|656792|center)

Podczas rozmowy z Michałem Bonim Hugo-Bader zadaje fundamentalne wciąż dla wielu pytanie: "Dlaczego po upadku komunizmu winowajcy nie zapłacili? Dlaczego nie ponoszą kosztów, nie płacą rachunków? Dlaczego zachowują przywileje?!” Doświadczony polityk nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale zdaniem autora winne jest lenistwo i ogólna niechęć do zajęcia się tą sprawą, co powoduje, że owa rana może nigdy się nie zabliźnić. – Wszyscy tchórzyli, albo mieli to w gdzieś. Pewnie także z powodu mentalnej impotencji rządzących, z braku wrażliwości, lenistwa… Długo by wymieniać. Rosjanie mają na to fajne słowo– „rozgildziajstwo”, czyli takie rozmamłanie, bylejakość, umysłowa indolencja. No bo po co się brać za coś, jak nie kosztuje tak wiele i już wszyscy się przyzwyczaili... – uważa autor „W rajskiej dolinie wśród zielska”.

Wysz*ła skucha”*

Siedem lat, pięć miesięcy i dwadzieścia trzy dni od wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku do częściowo wolnych wyborów z udziałem Solidarności 4 czerwca – tyle trwała wojna polsko-polska. A co potem? „Wyszła skucha” – tak podsumowuje Hugo-Bader dzieje tych, którzy walczyli o wolną Polskę w ''Solidarności'', a nie trafili do wielkiej polityki. W tym nowym ustroju nikt już o nich nie pamiętał, a oni sami nie umieli zatroszczyć się o siebie, ani nawet o to poprosić.

Warto dodać, że po skończeniu tej publikacji reporter zabrał się za napisanie rewersu do niej, by sprawdzić, jak ułożyli sobie życie ci, którzy walczyli z opozycjonistami. – Oni poradzili sobie świetnie, lepiej od nas. Niektórzy z ubeków dostali nawet odznaczenia państwowe, i to wszystko w wolnej Polsce! A o wielu moich kolegów nawet pies z kulawą nogą się nie upomniał – gorzko konstatuje autor.

Natalia Doleg*ło*

d3kptgj

Podziel się opinią

Share

d3kptgj

d3kptgj