Trwa ładowanie...

Historia polskiego rapu. O przeszłości Fronczewskiego nie można zapomnieć

Mata dziś śpiewa o dziąśle pewnego eksdyrektora i ekspolityka. Kizo chce się zatracić w tym, co najlepsze. Liroy kiedyś śpiewał, że wołają na niego Scyzoryk. A jak to wszystko się zaczęło? Skąd w historii polskiego rapu Piotr Fronczewski?

Piotr Fronczewski zapisał się w historii polskiego rapuPiotr Fronczewski zapisał się w historii polskiego rapuŹródło: AKPA
d18485v
d18485v

Niewiele jest chyba osób, które nie znają tego tekstu: "Ja w klubie disko mogę robić wszystko/ Wyciągam damy spod opieki mamy/ I małolaty spod opieki taty/ Na bramce stoję, nikogo się nie boję/ Ja jestem King Bruce Lee Karate Mistrz". To Franek Kimono - postać wymyślona w szarej, peerelowskiej rzeczywistości, gdzie dyskoteki były jedynym jasnym (wręcz neonowym) promyczkiem przyozdobionym brokatem i dużą ilością kiczu.

Frankowi Kimono głos dawał Piotr Fronczewski. Gdy wydano pierwszy singiel z piosenkami Kimono, Fronczewski był już uznanym aktorem. Grał u legend polskiej kinematografii. Widzowie dobrze znali go z takich kultowych filmów jak "Ziemia obiecana", "Noce i dnie" czy "Doktor Judym". I nagle, trochę dla żartu, Fronczewski stał się raperem. Dodajmy: pierwszym polskim raperem. Jak to się stało? O tym w podcaście Audioteki i CGM "Od Kimona do Maty. Historia polskiego rapu" opowiadają Marcin Flint i Kajetan Szewczyk.

Uosobienie kultury wczesnoklubowej

- Franek Kimono to ciekawy, szeroko zakrojony twór - przyznaje w pierwszym odcinku pierwszego sezonu "Historii rapu" Marcin Flint.

Kluczowy jest tu kontekst. W szarej Polsce Ludowej fantazjowaliśmy o Ameryce. Pokrętnymi drogami, najczęściej nielegalnymi, do Polski przedostawały się owoce amerykańskiej popkultury. Dolary w kopertach od cioci z Ameryki, pomarańcze przywiezione przez tatę z delegacji i coś z gałązki muzycznej. Na nowojorskim Manhattanie, na dyskotekach, w latach 70. zaczął wyłaniać się powolutku hip-hop.

d18485v

Wodzireje rzucali zabawne teksty, by rozbudzić tłum, co przypominało nieco teksty dzisiejszych raperów. Z drugiej strony hip-hop rozwijał się w kontrze do kiczowatych, kolorowych dyskotek. Mieszkańcy biednego Bronksu dzielili się swoimi trudnymi historiami. Nagrywano pierwsze single i one, wraz z innymi dobrodziejstwami zachodu, trafiały na polskie bazarki.

Polskich twórców to, co działo się na amerykańskim rynku, naturalnie kręciło. Tą osobą, która postanowiła połączyć dwa gatunki, które wydawały się nie do połączenia, czyli disco i rap, był Andrzej Korzyński - kompozytor, aranżer, twórca muzyki do "Akademii Pana Kleksa". Korzyński zastanawiał się, jak Polacy mogą oderwać się od rzeczywistości, znaleźć jakąś odskocznię od trudów życia w PRL, podekscytować się, pobawić. Tu pojawiały się nieliczne wówczas dyskoteki z zupełnie innym, abstrakcyjnym światem. Jak go przenieść na grunt muzyczny?

Korzyński stworzył postać Franka Kimono. Na początku to był żart. Szef, bramkarz, uosobienie kultury wczesnoklubowej, jak mówią o nim twórcy "Historii polskiego rapu" Audioteki. Korzyński na sprzęcie ściągniętym z Ameryki zaczął komponować pierwsze numery. Potrzebował jednak dobrego głosu dla swojej postaci. Idealnym kandydatem wydawał się Piotr Fronczewski, który grał Pana Kleksa w produkcji, przy której pracował Korzyński. Fronczewski miałby rapować?

POSŁUCHAJ TEŻ: Zabójstwo Iwony Cygan

Franek Kimono Materiały prasowe
Franek KimonoŹródło: Materiały prasowe

Gdy nagrywali piosenki do "Akademii Pana Kleksa", Korzyński podsunął Fronczewskiemu dwa stworzone przez siebie kawałki. To były "Bruce Lee karate mistrz" i "Dysk dżokej". - Fronczewski od początku był podekscytowany pomysłem i chciał w to iść. Korzyński po pierwszych nagraniach miał jednak wątpliwości. Fronczewski podszedł do tego jak do śpiewania - wspominają Flint i Szewczyk.

d18485v

Franek Kimono był pastiszem. Żartem z kultury disco, który na dyskotekach... pokochano. Trochę jak "Mydełko Fa". Teksty Franka Kimono szybko stały się popularne niemal w całym kraju. "Na bramce stoję, nikogo się nie boję", "ciosy karate ćwiczyłem z bratem" - wymieniać można długo. Franek Kimono był jak z innego świata i może dlatego przyciągał ludzi jak magnes? Nie bez znaczenia była sytuacja społeczno-polityczna w kraju.

- To były czasy pobitego, zamordowanego Grzegorza Przemyka, śmierci ks. Jerzego Popiełuszki, cenzury i mediów, które miały podstawowe zadanie: umacniać konstytucyjny ustrój Rzeczpospolitej Ludowej. I swoim ciosem karate pożyczonym od Bruce'a Lee imponuje nam wtedy Franek Kimono - mówi Marcin Flint w podcaście.

I zaczął się szał

Choć Franek Kimono był kpiną z disco i żartem, to w tekstach piosenek pojawiały się różne przesłania, punktowano ciemną stronę klubowego życia, było nawet o problemie alkoholowym. Fronczewski nie chciał się pokazywać. Kultowa piosenka "King Bruce Lee Karate Mistrz" nie miała nawet teledysku, jedynie kompilacje materiałów wideo z Bruce'em Lee.

d18485v

Ludzie uwielbiali te piosenki, ale prezenterzy radiowi już ponoć mniej. Korzyński, pytany o to, dlaczego tak się działo, komentował: - Nie mam pojęcia. Być może rozdrażniło ich trochę to, że Franek był zbyt cyniczny. Tak się sprawa zakończyła. Dopiero pod koniec lat 80., kiedy przyszły czasy transformacji i pojawiły się nowe możliwości zakpienia, zmrużenia oka i spojrzenia na rzeczywistość, ponownie zaczęliśmy działać.

Ani on, ani Fronczewski nie zdawali sobie sprawy, że zapiszą się w historii polskiego rapu! Aktor w wywiadzie dla Gazeta.pl mówił swego czasu, że Kimono był "wypadkiem przy pracy".

- Traktowaliśmy to wyłącznie jako zabawę, ale Franek wybił się na niepodległość. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że wymknął się z komórki pod tytułem "zgrywa" i zrobił karierę. Po nagraniu piosenek "King Bruce Lee karate mistrz" oraz "Dysk Dżokej" właściwie zapomnieliśmy o sprawie i dopiero jakiś czas później moje małe córki uświadomiły mi, że Franek podbija listy przebojów, wszędzie to grają i cała Polska śpiewa: "Twoje łzy lecą mi na koszulę z napisem: 'King Bruce Lee karate mistrz'" - mówił Fronczewski.

d18485v

- No to nagraliśmy kolejne piosenki, tak żeby starczyło na płytę długogrającą, i zaczął się szał. Przez nasze mieszkanko przewinęło się tyle ekip telewizyjnych, jak nigdy przedtem ani nigdy potem - przyjechały nawet BBC i telewizja japońska. Nie ukrywam, że byłem w szoku. I nadal bywam, gdy ktoś zaczepia mnie znienacka i prosi o autograf na tym starym winylowym placku sprzed 30 lat – wspomina pierwszy polski raper.

O Franku Kimono nie da się zapomnieć. Jego historię wyciągnęli po latach Sokół i Pono, i z Kimono nagrali słynne "W aucie", gdzie Fronczewski swoim charakterystycznym głosem recytuje: "Jestem barmanem na tym dancingu, pierwszy raper, nie było jeszcze stringów". Dziś piosenka o tym, że "będę brał cię, w aucie, ehe" dalej jest szanowana przez fanów polskiego rapu i hip-hopu, i nieśmiertelne pozostają komentarze o Fronczewskim: "Zachowuje klasę we wszelakich przejawach ludzkiej inwencji... Mógłbym słuchać i oglądać ten utwór w nieskończoność, wiedząc, że się doczekam występu Mistrza".

A przecież to dopiero początek historii polskiego rapu. Z podcastu Audioteki i CGM dowiecie się, jak kształtował się ten gatunek w naszym kraju i jak od Franka Kimono doszliśmy do tego, czego słuchamy dziś w głośnikach.

d18485v

Dostępne są trzy sezony "Historii polskiego rapu", w których Flint i Szewczyk rok po roku analizują to, co działo się w naszym kraju pod względem muzycznym i społecznym także. Odpalcie, bo nie brakuje tu ciekawostek i gości z polskiej sceny rapu.

POSŁUCHAJ TEŻ: Zabójstwo Iwony Cygan

W najnowszym odcinku podcastu "Clickbait" masakrujemy "Warszawiankę" z Szycem, chwalimy "Sortownię" z Chyrą, głowimy się nad "Flashem" z Michaelem Keatonem i filmami Wesa Andersona, z "Asteroid City" na czele. Możesz nas słuchać na Spotify, w Google Podcasts, Open FM oraz aplikacji Podcasty na iPhonach i iPadach.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
d18485v
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d18485v