Trwa ładowanie...
d24irbc
Recenzje

East Side Story

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
East Side Story
("__wlasne)
d24irbc

Wśród wszelkiej maści piewców nowatorstwa w literaturze, słychać często zarzuty w rodzaju "to już przecież było - zresztą u tego samego autora". Biedni, zapominają najwyraźniej, że oryginalność przestała już dawno być kryterium decydującym o jakości dzieła. Sam wpadam często w koleiny tego typu, lekceważąc zupełnie fakt, że uporczywa powtarzalność może być częścią większego planu. Ten z kolei może doprowadzić do powstania wybitnej literatury. Pomyślmy, w ilu przypadkach fiksacja na punkcie jednego motywu i tematu przyniosła podobne skutki. Pierwsi z brzegu: Marcel Proust, Franz Kafka... Andrzej Stasiuk?

Na początek postawmy sprawę jasno: polska literatura współczesna ma problemy z pamięcią. I nie, nie chodzi tu o bynajmniej o powtarzanie błędów poprzedników, rozmaicie rozumianą hipokryzję, czy unikanie historycznych rozliczeń. Polska literatura współczesna ma problemy z pamięcią, gdyż jest nią na rozmaite sposoby przesycona. Postpamięć, posttrauma, małe ojczyzny, pamięciowy oniryzm, czasowe pętle, nachalna metafizyka. Gdzieś w tym wszystkim gubi się zmysł opowiadania prostych, a zarazem niejednoznacznych historii osadzonych w tzw. "życiu powszednim". U Stasiuka pamięć funkcjonowała zawsze w nieco inny sposób: pisarz chwytał się tego, co pozornie trywialne - dajmy na to: podupadłej wiejskiej chaty czy zdezelowanych pojazdów - aby snuć przy ich pomocy historie o przemijaniu i rozpadzie. Zarazem jednak, dzięki umiejętności uruchamiania mocy "historiotwórczych" to, co zniknęło, staje się silnie obecne. We "Wschodzie" jest nieco inaczej: tym razem narrator orientuje się, że niektórych rzeczy nie da się uratować.
Dlatego rzuca się w desperacką pogoń w "poszukiwaniu straconego czasu".

"(...) jest nieco inaczej" - tego początkowo nie sposób odczuć. Pierwszy kontakt z nową książką Stasiuka może się najwzwyczajniej w świecie okazać mało owocny. Wspomnieniowa narracja, podlascy przodkowie, parujące ciepłe mleko, przesiedlenia, kolejki po mięso. Świat PGR-owskiej wsi i jej powolna przemiana, tak zręcznie opisane w "Opowieściach galicyjskich", tracą tu swój powab. Stasiuk w swoim uporczywym zapędzie do traktowania każdego detalu niczym hiperłącza, odsyłającego do zapomnianych światów dzieciństwa, zdaje się po prostu irytujący. Można by zaryzykować stwierdzenie, że o ile wcześniej wszelkie te poszukiwania prowadziły do prawdziwych skarbów, teraz natrafiamy co i rusz na opony czy podrdzewiałe żelastwo. Na dodatek te stylistyczne niezręczności w rodzaju: „Zasklepieni w starodawnym czasie, którego kolista ścieżka wiodła ku wieczności”. U tak doświadczonego autora? Naprawdę?

d24irbc

Pierwsze wrażenie jest jednak mylące. Dopiero z czasem dowiadujemy się, po co Stasiukowi to całe polskie tło, przenicowane już przez naszą literaturę dziesiątki razy. Narrator, podróżując po wschodnich krańcach naszego kraju, porusza się tak naprawdę wzdłuż "granicy granicy". Sławetne przedmurze chrześcijaństwa, gdy tylko spojrzymy na nie z drugiej strony, okazuje się zarazem przedmurzem tytułowego Wschodu. Miejscem, które zostało przez ów Wschód ukąszone, ale nie było - z racji położenia - zdolne w pełni go "przeżyć". A to powoduje dojmujące uczucie melancholii, określanej przez Pessoę słowami "nic, które boli". Tak jest i w tym wypadku: narrator zerka z perspektywy tzw. Polski B w stronę nadciągającej ze Wschodu ciemności. Ciemności, która zarówno przeraża, jak i fascynuje. A przede wszystkim: wzbudza w nas przekonanie, że jesteśmy jej coś winni.

Nowa książka Stasiuka pozwala w pełni zrozumieć, na czym polega jego fascynacja "nie-Zachodem". Narrator odcina się w rozmowie z matką od prymitywnych zarzutów kierowanych w jego stronę: „Przecież jestes mądra, a mówisz, jak te wszystkie psiuty z gazet, z telewizora: on nie lubi Zachodu, on jest antyzachodni, ten śmierdziel jeden, i jeszcze dzikusa udaje, żeby go tam chcieli słuchać (...)". Stasiuk przyznaje się do fascynacji amerykańskimi metropoliami, jednak nowojorskie szaleństwo, o którym wspomina, jest dla niego zbyt wykalkulowane i przewidywalne. Bardziej pociąga go wschodnia niedostępność. Pewien rodzaj architektoniczno-międzyludzkiej pokraczności. Wpisany w genotyp dysonans, który skazuje na sąsiedztwo miasta pełne przepychu i prowincje, których mieszkańcy są zmuszeni żywić się gliną. Wschód to dla Stasiuka miejsce, w którym podjęto się walki z materią (jak w przypadku tragicznego pochodu komunizmu), jak i ostateczny dowód jej triumfu. Narrator sugeruje bowiem, że zwycięstwo należy do Chin, wraz z
całym inwentarzem w postaci gumy i plastiku, które zastąpią nam pamięć. I trzeba przyznać, że nie ma w tym nic z arystokratycznej naiwności Witkacego, obawiającego się wschodnich ludzi-maszyn.

Stasiuk precyzuje swój plan jasno: należy dołożyć wszelkich starań, aby wobec rozpadu (a z drugiej strony: rozwoju) tandetnej materii ocalić przeszłość. Snuje przy okazji taką oto, mało optymistyczną wizję: "Tęsknota za przeszłością zostanie wykorzeniona. Zwyczajnie. Zmienią się mózgi. Będziemy myśleć tylko o tym, co sobie kupimy". Ten pozornie naiwny, antykonsumpcyjny ton, jest tak naprawdę podszyty sporym heroizmem. Autor „Dukli” zdaje się bowiem sugerować, że walka jest skazana na porażkę, nie znaczy to jednak, że nie należy jej podjąć. O tym tak naprawdę, a nie o rozmaitych historiozoficznych i politycznych zawiłościach związanych ze Związkiem Radzieckim i cywilizacjami Dalekiego Wschodu, jest ta książka. Wszyscy, którzy po ujrzeniu jej "wszechogarniającego" tytułu spodziewali się summy polsko-wschodnich doświadczeń czy monografii Wschodu, będą zawiedzeni. Nie należy jednak z tego, podobnie jak ze Stasiukowej powtarzalności, czynić zarzutu.

d24irbc

Podziel się opinią

Share

d24irbc

d24irbc