Trwa ładowanie...
recenzja
08-11-2010 16:21

Dziadek Mikołajka

Dziadek MikołajkaŹródło: Inne
d2zn3wg
d2zn3wg

Marcel Pagnol – dramaturg, scenarzysta filmowy, reżyser. Osiągnął najwyższy zaszczyt, jaki spotkać może Francuza parającego się piórem – został członkiem Akademii Francuskiej. Cóż przy tym Nobel, jeśli fotel akademika czyni Nieśmiertelnym? Niedawno wydana * Żona piekarza* jest dramatem arcyklasycznym, skonstruowanym według nieśmiertelnego wzoru. Teatr w stanie czystym, żadnej ekstrawagancji. Nic do śmiechu, raczej do łez.

Pagnol był człowiekiem teatru i filmu. Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki, autobiograficzna opowieść o dzieciństwie, była jego prozatorskim debiutem. A lat miał wtedy… sześćdziesiąt dwa. Czego mogłam się spodziewać, biorąc tę książkę do ręki? Klasycznego poematu prozą na cześć Prowansji? Fresku obyczajowo-historycznego (bo przecież noblesse oblige)? Marcel Pagnol zaskoczył mnie zupełnie. Zaskoczył, oczarował, rozbawił. Przez pierwsze sto stron chichotałam cały czas, na ogół pod nosem, ale czasem i głośniej. Zupełnie jak przy pierwszej lekturze * Rekreacji Mikołajka*, bo gawęda Pagnola prezentuje ten sam, szczególny ogląd świata, w którym z punktu widzenia dziecka patrzymy na świat dorosłych, na ich słabostki i snobizmy, ambicje i grę pozorów – ciepło, wybaczająco, z uśmiechem. Przygody psotnego Marcelka i jego brata Pawełka u progu XX wieku, w domu, w szkole, i przede wszystkim – w letnim domku pod miastem,
dokąd jechało się tramwajem, a potem szło dziewięć kilometrów wiejską drogą, z plecakami, walizami i tobołkami, aby znaleźć się, pośród lasów i wzgórz, w myśliwskim raju, nie są jednak – z całą pewnością – książeczką dla dzieci. Bo w książce tej, pełnej codziennego szczęścia, rodzinnej miłości i oczarowania prowansalską przyrodą – całkiem dużo jest zabijania. Najwyraźniej w dorastanie wpisane jest eksperymentowanie i badanie granic, dlatego też na ołtarzu pasji poznawczej młodych Pagnolów słał się gęsto trup mrówek, cykad i modliszek. A to dopiero początek, bo gdy Józef Pagnol pod wpływem szwagra rozbudził w sobie myśliwską pasję, to dla dziesięcioletniego Marcela nie było większego zaszczytu, niż wstawać o czwartej rano, żeby podążać za ojcem przez las w roli „myśliwskiego psa”, aportującego okrwawione trofea spod krzaków i naganiającego szaraki w pole rażenia ojcowskiej strzelby. A większego szczęścia, niż przemierzanie wzgórz ze swoim najlepszym przyjacielem, miejscowym chłopakiem, małym kłusownikiem,
dorzucającym co dzień do matczynego garnka albo i domowego budżetu złowione w sidła ptaki. Mali chłopcy od rana do zmierzchu krążą po okolicy, w deszczu, burzy, po bezdrożach i skalnych grotach. Dorośli (ojciec nauczyciel) zaniepokoiliby się dopiero, gdyby Marcelek nie wrócił na kolację… Z dzisiejszego punktu widzenia mamy tu kawał prawdziwego horroru, ale zapomnijmy na chwilę o dzisiejszym świecie i jego lękach i pójdźmy pylistą, wiejską drogą do Bellons…

d2zn3wg
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d2zn3wg