Trwa ładowanie...
holderName
grecja

Dla nich Polska Ludowa była rajem

Kiedy w 1945 roku skończyła się II wojna światowa na Europę spadła żelazna kurtyna. Kraje znajdujące się po niewłaściwej jej stronie znalazły się w strefie wpływów rządzonego przez Stalina Związku Radzieckiego. Dla tysięcy Polaków oznaczało to opresje, aresztowania i tortury. Wszechwładne służby bezpieczeństwa szerzyły terror, który trwać będzie aż do odwilży w 1956 roku. Byli jednak ludzie, dla których ówczesna Polska jawiła się jako raj. To 13 tysięcy greckich uchodźców opuszczających ogarniętą wojną domową ojczyznę. Ich losy przypomina Dionisios Sturis, autor książki "Grecja. Gorzkie pomarańcze".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Dla nich Polska Ludowa była rajem
( )
holderName

Kiedy w 1945 roku skończyła się II wojna światowa na Europę spadła żelazna kurtyna. Kraje znajdujące się po niewłaściwej jej stronie znalazły się w strefie wpływów rządzonego przez Stalina Związku Radzieckiego. Dla tysięcy Polaków oznaczało to opresje, aresztowania i tortury. Wszechwładne służby bezpieczeństwa szerzyły terror, który trwać będzie aż do odwilży w 1956 roku. Byli jednak ludzie, dla których ówczesna Polska jawiła się jako raj. To 13 tysięcy greckich uchodźców opuszczających ogarniętą wojną domową ojczyznę. Ich losy przypomina Dionisios Sturis, autor książki "Grecja. Gorzkie pomarańcze".

Podobnie, jak w wielu innych krajach (w tym w Polsce) w Grecji wojna nie skończyła się wraz z kapitulacją III Rzeszy. Z podbity w 1941 roku wojska niemieckie wycofały się w październiku 1944. Ale, jak pisze Sturis: "bilans trzyletniej okupacji jest tragiczny". W jej trakcie życie straciło siedem procent obywateli państwa. Trwa klęska głodu, miasta i ośrodki przemysłowe są w ruinie, nic nie działa. Rozpoczynają się też pierwsze bratobójcze walki - komunistyczna partyzantka, z poparciem wielu zwykłych obywateli, bierze odwet na kolaborantach, którzy w trakcie wojny korzystali na okupacji. "Bardzo szybko, zbyt szybko, pojawił się dziwny niepokój. Bojownicy ELAS (Greckie Ludowe Wojsko Wyzwoleńcze - przyp. T.P.) chcieli wejść do stolicy, ale zatrzymali się na obrzeżach. Dlaczego? Ludzie zaczęli patrzeć na siebie coraz bardziej podejrzliwie. Zadawano straszne pytania: jak to możliwe, że w czasie wojny nigdy nie byłeś głodny? Widziano cię w towarzystwie policji, jak to wyjaśnisz? Skąd brałeś w tych czasach
pieniądze? Czy to nie ciebie widziałem w kabarecie, siedzącą obok niemieckiego żołnierza?" - wspominała Melina Mercouri, słynna grecka aktorka i późniejsza minister kultury.

(img|508360|center)

holderName

Na zdjęciu: Grecy z miejscowości Krościenko, rok 1974, kadr z filmu dokumentalnego "Spotkania w drodze"

Nie udaje się stworzenie rządu jedności narodowej. Jorgos Papandreou - premier mający pogodzić zwaśnione strony - żąda rozbrojenia sił ELAS, nie gwarantując jednocześnie złożenia broni przez bojówki antykomunistyczne. A te rosną w siłę i poczynają sobie coraz śmielej. Szacuje się, że pomiędzy lutym 1945 roku, a marcem 1946 w kraju działało ponad 160 takich grup, odpowiedzialnych za śmierć aż 1300 komunistów lub ich sympatyków.Ale nie tylko półlegalne grupy są problemem. Po fiasku misji stworzenia rządu jedności narodowej rozpoczyna się "biały terror" - do więzień trafia około 30 tysięcy osób podejrzanych o sprzyjanie lewicowym weteranom, którzy jeszcze niedawno walczyli z hitlerowcami.

Co ciekawe brutalną politykę greckiego rządu wspierają alianci. Na mocy porozumień Roosevelta, Churchilla i Stalina Grecja znalazła się bowiem w strefie wpływu zachodu. Alianckim przywódcom zależy więc, by nowy rząd obsadzić swoimi ludźmi. Rząd otrzymuje także wsparcie rodziny królewskiej. Tron obejmuje król Paweł I, ale za jego plecami czai się królową Fryderykę, postać niezwykle potężna i wpływowa, mająca olbrzymie znaczenie (nie zawsze pozytywne) dla najnowszej historii Grecji**. Jednocześnie greccy komuniści nie dostają wsparcia od Związku Radzieckiego, na którym im zależało.**Przyczyny są takie same, jak w przypadku symbolicznej pomocy dla powstańczej Warszawy. Stalin, tak jak Anglicy i Amerykanie, nie zamierzał łamać porozumień. Zajęty był zresztą umacnianiem komunizmu w krajach, które mu oddano - również w Polsce, gdzie jego zwolennicy rozprawiali się z Armią Krajową.

"Podczas gdy Europa powoli podnosi się z gruzów, w Grecji wojna domowa trwa w najlepsze" - pisze Sturis. Przez pewien czas Demokratyczna Armia Grecji (DSE) odnosi zwycięstwa, ale ostatecznie ponosi klęskę w bitwie o Konitsę i szale się odwracają. Teraz to komuniści są w odwrocie, a ateńscy lojaliści w ofensywie. Konflikt staje się coraz bardziej zajadły. Rośnie nienawiść pomiędzy obiema frakcjami. Coraz częściej ofiarami padają także zwykli obywatele, podejrzewani o wspieranie DSE. Siły rządowe wysiedlają tysiące ludzi (szacuje się, że do końca wojny przymusowe wysiedlenia dotkną nawet 700 tysięcy Greków), by odciąć przeciwnikowi możliwość rekrutacji wśród młodzieży i wyrównania strat.

holderName

(img|508355|center)

Na zdjęciu: żołnierze komunistycznej partyzantki

W 1947 roku w grecką wojnę domową zostają wplątane dzieci. Zaczyna się niewinnie, od pięknego gestu królowej Fryderyki. Przerażona liczbą ofiar postanawia stworzyć specjalny fundusz na rzecz najmłodszych ofiar wojny. Z tych pieniędzy budowane są sierocińce. Jednak za niewinnymi deklaracjami kryła się sprytna strategia - rząd przygarniając dzieci uczył je lojalności wobec swych wybawców. Przeciągał też (często pod przymusem) na swoją stronę ich rodziców. Co ciekawe, wiele wojennych sierot siły rządowe ratowały przed swoimi własnymi żołnierzami. Bowiem to żołnierze regularnej greckiej armii palili miasta na terenach kontrolowanych przez komunistów i przeprowadzali gigantyczne wysiedlenia.

"Dla wielu sierocińce królowej okazywały się wybawieniem, a rodzice robili, co mogli, by umieścić swoje dziecko na odpowiedniej liście" - pisze Sturis. "Choć udział w programie teoretycznie wiązał się z dobrowolnością, zdarzało się, że armia ewakuowała całe grupy dzieci bez wiedzy lub zgody ich opiekunów - dziadków czy wujostwa, bo rodzice często byli nieobecni". Inicjatywa, przyjmowana przez Greków z entuzjazmem, przeraża komunistów. Oni nie postrzegają tych sierocińców (nazywanych "paidopoleis") jako sposobu na ocalenie dzieci, ale na ich utratę - boją się antykomunistycznej indoktrynacji, wielu z nich woli wywieźć dzieci z kraju, by tylko uratować je przed pomocą królowej Fryderyki.

holderName

W takich warunkach Grecka Partia Komunistyczna postanawia ewakuować dzieci żyjące na kontrolowanych przez DSE terenach i wywieźć je do bratnich krajów komunistycznych. Pomoc deklarują Polska Republika Ludowa, NRD, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia oraz Związek Radziecki. "Rodzice w większości dobrowolnie godzą się oddać dzieci, ale prawdopodobnie zdarzają się też przypadki zabierania ich siłą" - czytamy w "Gorzkich pomarańczach".

Propaganda rządowa wykorzystuje ten ruch, by oskarżyć komunistów o porywanie dzieci. 29 grudnia 1949 roku zostaje nawet ogłoszona żałoba narodowa, a wierne rządowi gazety donoszą, iż za żelazną kurtynę wywieziono już* 28 tysięcy greckich dzieci*. Swoją propagandą odpowiada Grecka Partia Komunistyczna. Z jej komunikatów wynika, że wywózka jest obroną najmłodszych przed "monarchofaszyzmem". Królowa Fryderyka zostaje przedstawiona jako porywaczka, wypomina się jej niemieckie korzenie i udział w Związku Dziewcząt Niemieckich. Budowane przez nią sierocińce oskarżane są o prania mózgów. Dzieci "ukradzione" komunistom miałyby być uczone nienawiści do własnych rodziców. Wysyłając dzieci do Europy Wschodniej komuniści wcale ich nie porywają. Odwrotnie - ratują.

"Polska zgodziła się przyjąć dzieci w wieku szkolnym, Czechosłowacja rodziców z młodszymi" - wspomina w "Gorzkich pomarańczach" Kula, ciotka autora, która w 1949 roku była ledwie dzieckiem. Jak podają Aleksander Araszkiewicz i Elżbieta Maludzińska z Akademii Medycznej w Bydgoszczy do Polski trafia 13 216 osób. W pierwszej fali, w latach 1948-49 jest to ponad 3 tysiące dzieci. Później, w latach 1949-50 przybywają osoby dorosłe, często rodzice poszukujący swoich pociech. W trzeciej, ostatniej fali, rozłożonej na lata 1950-56 do Polski przybywają jeszcze członkowie 829 rodzin, zarówno dorośli, jak i dzieci. Na czele powstałego w 1948 roku Towarzystwa Przyjaciół Demokratycznej Grecji staje sam Władysław Broniewski.

(img|508356|center)

holderName

Na zdjęciu: pierwsze starcia w greckiej wojnie domowej

Ciekawym epizodem tamtych wydarzeń jest zorganizowanie specjalistycznego szpitala na wyspie Wolin, przeznaczonego dla ciężko rannych greckich partyzantów. "Pierwszy transport rannych przybył na statku MS Kościuszko w lipcu 1949 roku i został wyładowany przy zachowaniu pełnej konspiracji w Świnoujściu "- czytamy w artykule serwisu blogpress.pl. Konspiracja była konieczna, gdyż budowa kosztowała konkretne pieniądze i niekoniecznie musiała się spodobać biednemu, polskiemu społeczeństwu, wciąż jeszcze borykającego się z powojenną biedą.

"W okresie funkcjonowania szpitala w latach 1948-1950 wyleczono w nim prawie 1200 osób. Władysław Barcikowski, naczelny lekarz szpitala wspominał: "Widać było, że ci przeważnie prości ludzie przeżyli gehennę. Przyjechali zmęczeni, wychudzeni i schorowani, często wycieńczeni długotrwałymi cierpieniami. Źle unieruchomione kończyny sprawiały im ból przy każdym ruchu. Wielu z nich gorączkowało. Nieliczni zdradzali objawy braku zaufania".

Ciocia Dionisiosa Sturisa odbyła kilkudniową podróż pociągiem. Warunki były kiepskie - udało się zorganizować tylko pociągi towarowe, dzieci spały więc na sianie w pomieszczeniach pozbawionych okien. Wiele z nich przechodziło najróżniejsze choroby, z jednych na drugie przeskakiwały wszy i inne pasożyty. "Na koniec prawie wszyscy się pochorowali - biegunka, wymioty, omdlenia, wysoka gorączka, świerzb".

holderName

Miejscem docelowym okazały się być Solice, dzisiejszy Szczawno-Zdrój, kilkutysięczne miasto w Sudetach Środkowych (choć "najbardziej greckim miastem" będzie Zgorzelec). Dzieci od razu objęto kwarantanną i odizolowano na 15 dni. "Później nas wyszorowali i rozdali nam nowiutkie mundurki" - wspomina Kula. "Chłopcy dostali granatowe garnitury, dziewczynki śliczne plisowe niebiesko-białe spódniczki i bluzki. (...) Mieszkaliśmy w pięknych uzdrowiskach. Były wanny, wygodne łóżka i mnóstwo jedzenia. Czekolada, owoce, ciasta, rano obowiązkowo tran". Pierwszymi słowami, jakich Kula nauczyła się po polsku, były oczywiście "towarzyszu" i "towarzyszko".

Przypomnijmy. Jest rok 1949. W Polsce szaleje stalinowski terror. Brutalna wojna z Armią Krajową została wygrana, ale w lasach wciąż jeszcze ukrywają się nieliczni partyzanci. Na czele partii stoi Bolesław Bierut, ministrem obrony jest radziecki marszałek Konstanty Rokossowski. W najlepsze trwa szpiegomania, ludzie są aresztowani bez dowodów, stawia się im fikcyjne zarzuty i sądzi w ustawionych procesach. Nikt nie ma pewności, że nie zainteresują się nim funkcjonariusze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W najlepsze trwają szykany wobec Kościoła i przedstawicieli przedwojennej inteligencji.

(img|508357|center)

Na zdjęciu: najwazniejsze miasta, do których trafiali greccy uchodźcy

holderName

Tymczasem Kula wspomina ten czas tak: "Piękny to był rok. Najspokojniejsze czasy, jakie pamiętałam. Dobre jedzenie, lekarstwa, czyste i ładne ubrania, wygodne łóżka. Niczego nam nie brakowało. Chyba po raz pierwszy w życiu. Nie musieliśmy pracować, martwić się o cokolwiek, Nawet nie zdążyłam za nikim zatęsknić. Luksus".

Z początku greckim uciekinierom żyło się w Polsce źle. Problemem był klimat - przyzwyczajeni do wyższych temperatur nie mogli się przyzwyczaić do niskich temperatur i krótszych dni. Jednak Polacy przywitali nowych sąsiadów bez uprzedzeń. Wielu Greków znalazło prace w PGR-ach, gdzie szybko nawiązywali bliższe kontakty z tubylcami.Asymilacja przyspieszyła, gdy jasne stało się, że pobyt w Polsce nie będzie tymczasowy. Stworzono nawet Związek Uchodźców Politycznych z Grecji im. Nikosa Belojannisa, którego zadaniem było opiekowanie się Grekami i dbanie o ich interesy.

Państwo polskie przyjęło uchodźców najlepiej jak umiało. Względy propagandowe zdecydowały o wydaniu olbrzymich pieniędzy (14 milionów złotych rocznie w okresie 1948-54) na zapewnienie im wszystkiego, czego potrzebowali. Urzędy traktowały przybyszy, jak cudzoziemców, obywateli Greckich (chociaż Grecja odebrała im obywatelstwo). Dzieci greckich małżeństw urodzone w Polsce także były Grekami. Polskie obywatelstwa otrzymywały tylko dzieci z małżeństw mieszanych, a i w tym przypadku ważne było obywatelstwo ojca - jeżeli był on Grekiem, dziecko także pozostawało Grekiem.

Rodzina Dionisiosa Sturisa postanowiła wrócić do Grecji w 1975 roku. Rok wcześniej upadła w ich ojczyźnie junta "czarnych pułkowników", do władzy doszedł socjalistyczny rząd, wygnańcy znów byli mile widziani.

Ale powrót, wcale nie był prosty. Tym bardziej, że z Polską Ludową wiązało się wiele miłych wspomnień. Ciocia Kula tak wspomina Greczynki, które ich przywitały: "Myślały, że myśmy tam (w Polsce - przyp. T.P.) ze świniami z jednego koryta jedli, że głodowaliśmy, żeśmy dziadowali. Użalały się nad nami. Taka była wtedy propaganda przeciw komunistom. Nie widziały, co myśmy ze sobą przywiozły: kryształy, kolorowe telewizory, pralki, meble, srebrne sztućce. Tu wtedy nie mieli nic. Bieda i zacofanie. A my w Polsce miałyśmy pracę,chodziłyśmy na dansingi, do kina. Z Polakami na urodziny, imieniny, na sylwestry. Jak równych nas traktowali, jak swoich. Interesowali się: każdy każdemu dzień dobry, po ramieniu poklepał, jak tam Pani Kulu, dzieciaki zdrowe, wszystko dobrze? A te w domu, przy garach, zahukane. Na kawę nie mogły same wyjść, na spacer bez mężczyzny. Gotowały tylko i sprzątały, dziergały i słuchały swoich głupich mężów. Co one mogą wiedzieć?".

Tomasz Pstrągowski/WP.pl

holderName

Podziel się opinią

Share
holderName
holderName