Trwa ładowanie...
d37gae5
Recenzje

Dla cesarza i dla kraju

Share
Dla cesarza i dla kraju
Źródło: Inne
d37gae5

W latach 80. XX wieku, blisko 40 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej, zaczęły pojawiać się pierwsze informacje na temat japońskiej Jednostki 731. Jej pracownicy zamordowali ponad trzy tysiące Mandżurów, Chińczyków, Rosjan, Koreańczyków, Europejczyków i Amerykanów. Jakiekolwiek prośby o uznanie faktów i, chociażby, wystosowanie przeprosin, zbywane są wciąż argumentem: „już im zadośćuczyniono na szczeblu rządowym”.

Rząd japoński przez całe dekady tuszował działania Jednostki, co było o tyle łatwe, że żadna z ofiar nie przeżyła. Na szczęście, po latach przemówili sami zbrodniarze, którzy dokonywali bestialskich eksperymentów na jeńcach. Ci, którzy przysięgali, że zachowają pamięć o tamtych czasach dla siebie, zdecydowali zeznawać publicznie.

W lipcu 1993 roku rozpoczął się objazd wystawy poświęconej działalności prowadzonej w japońskich obiektach badawczych określanych wspólną nazwą: Jednostka 731. Trwał on do grudnia 1994 roku, wystawę pokazano w 61 miejscowościach. Towarzyszące jej wspomnienia świadków i samych zbrodniarzy kompromitują oświadczenia próbujące łagodzić oblicze bestialstwa, jakie miało miejsce w obiektach Jednostki 731. Część z owych świadectw została zebranych w książce Hala Golda zatytułowanej „Jednostka 731. Okrutne eksperymenty w japońskich laboratoriach wojskowych”.

d37gae5

Na przełomie XIX i XX wieku panowało przekonanie, że rolą wojskowych służb medycznych jest wkroczyć do akcji, kiedy żołnierz zachoruje lub zostanie ranny. W ramach tego przeświadczenia, Japończycy zaczęli stosować bakteriologię prewencyjną jako element planowania taktycznego. Nie upłynęło wiele czasu, kiedy to zamierzenia medyków z Kraju Kwitnącej Wiśni uległy wypaczeniu zmierzając w kierunku wywoływania chorób, a nie ich profilaktyki i leczenia. Shiro Ishii (na zdjęciu), arogant i egoista, skończywszy studia medyczne zaciągnął się do wojska. Armia skierowała go jednak z powrotem na macierzysty uniwersytet, by ukończył studia podyplomowe z bakteriologii. Tam zastało go podpisanie pokoju genewskiego, który zakazywał stosowania broni biologicznej i chemicznej. Ishii na tyle się tym zaciekawił – wszak jeśli coś jest zdelegalizowane, to musi być skuteczne – że postanowił stworzyć komórkę wojskową, której działania koncentrowałyby się wokół tego zakazanego owocu. Po co wszak walczyć z „cichym wrogiem”, skoro
można zwerbować „cichego sojusznika”?

W roku 1932 w Tokio powstało Laboratorium Badań Profilaktycznych. Dominacja Japończyków w Mandżurii sprawiła, że Ishii mógł bezkarnie pozyskiwać ofiary do swych doświadczeń. W tym samym roku, w miejscowości Beiyinhe zbudowano fortecę o kilkuset pomieszczeniach, gdzie znajdowały się więzienia, laboratoria, krematoria i magazyn broni. Budynek otoczony był trzymetrowym murem zwieńczonym zasiekami z drutu kolczastego, zaś do dwuskrzydłowej żelaznej bramy prowadził zwodzony most. Średnia życia więźniów fortecy zwanych maruta, „kłodami”, nie przekraczał miesiąca. Jak mówił jeden z lekarzy wojskowych pracujących w Jednostce, Japońska armia przystąpiła do plądrowania i kradzieży surowców oraz do zabijania. Dzięki tej ekspansywnej, rabunkowej polityce, do laboratorium Ishiego wciąż płynęły nowe dostawy „materiału biologicznego”. Po wielkiej ucieczce blisko dwudziestu więźniów, ośrodek przeniesiono do Pingfangu, gdzie nowy kompleks Jednostki składał się z ponad 70 budynków rozmieszczonych na 6 kilometrach
kwadratowych. Badania szły pełną parą, a z komina spalarni zwłok wciąż wydobywał się czarny dym – jeden ze zbrodniarzy mówił, że ciała spalały się błyskawicznie: były puste, pozbawione organów.

Tokijskiemu Laboratorium Badań Epidemiologicznych podlegało kilkanaście rozsianych po całej Japonii ośrodków, aż po Singapur i Pekin. Skala rozmachu budowlanego i terytorialnego była olbrzymia, podobnie jak skala dokonywanego tam bestialstwa. Laboratorium było instytucją, która koordynowała cywilny sektor naukowy z sektorem badań wojskowych. Współpraca była owocna: doświadczenia na ludziach stały się możliwe dzięki japońskiej agresji militarnej, a środowisko lekarskie skorzystało z tej możliwości bez zadawania zbędnych pytań. Przeprowadzanie eksperymentów na ludziach dało „naukowcom” możliwość nieograniczonego badania organów żywego człowieka w celu oceny rozwoju takich chorób, jak, między innymi, dżuma i cholera. Do roznoszenia tej ostatniej, masowo używano psów wypuszczanych potem na wolność. Gdy było pewne, że choroba zaatakowała miejscowych, do akcji wkraczało wojsko i badacze, którzy testowali na zarażonych nowe sposoby leczenia. Kiedy okazało się, że cholera jest mało efektowna jako broń biologiczna –
jej okres inkubacji wynosi około 20 dni – Japończycy pokładać zaczęli nadzieję w dżumie, zabijającej po trzech dniach. Nadzieja ta znalazła ujście w sześciu atakach na okoliczne wioski; wyniki – setki trupów – były dla japońskich badaczy ze wszech miar zadowalające. Jeden z nich wspominał, że czuł rozpierającą serce dumę gdy okazało się, że wyhodowane przezeń bakterie dokonały hekatomby.

Żywo interesowały ich również odmrożenia. Jeden z ówczesnych najsłynniejszych japońskich naukowców, metodą prób i błędów doszedł do rewolucyjnego wprost wniosku, że miast rozcierać kończyny do czasu odtajania, należy je moczyć w wodzie o temperaturze od 37 do 40 stopni Celsjusza. Naukowe annały nie precyzują, ile istnień i kończyn pochłonęło dojście do tego odkrycia. W pracy Golda przeczytamy również o człowieku prowadzącym wiwisekcję kobiety, która odzyskała świadomość na stole sekcyjnym. I tak miała szczęście, że łaskawie uśpiono ją chloroformem; nie była to powszechnie stosowana praktyka, zaś wiwisekcji dokonywano na w pełni świadomych ofiarach. Kobieta ta krzyknęła: „Możesz mnie zabić, ale proszę, nie zabijaj mojego dziecka!” Jej dziecko nie miało żadnych szans, będąc idealnym obiektem badawczym dla lekarzy z Jednostki. Powszechną praktyką było również „wizytowanie” mongolskich wsi i zatruwanie wody - oczywiście ku chwale cesarza. Część zbrodniarzy twierdziła z dumą, że prowadzone badania były unikatowe
w skali świata. Nie da się ukryć - mało kto wpadł na to, by dokonywać takiego bestialstwa.

d37gae5

Gdy wojna zbliżała się do końca zaś ryzyko wkroczenia Rosjan do Mandżurii było coraz większe, Japończycy rozpoczęli zacieranie śladów po Jednostce 731. Kolejne ośrodki były wysadzane w powietrze. Co ciekawe, Amerykanie już w czasie wojny wiedzieli o próbach stosowania broni biologicznej przez podwładnych cesarza. Po japońskiej kapitulacji stwierdzili, że można na tej wiedzy skorzystać. Uznali więc, że nie ma sensu ścigać i karać byłych członków Jednostki, skoro można z nimi ponegocjować. Sowieci naciskali, by siepacze Ishiego stanęli przed sądem, dzięki czemu tajemnice pozyskane przez Amerykanów od Japończyków stałyby się powszechne. Ich wysiłki spełzły jednak na niczym. Stany Zjednoczone zapewniły zbrodniarzom święty spokój i wolność, niebawem już nic nie przeszkadzało w transferze japońskiego potencjału w dziedzinie broni biologicznej za ocean.

Historia Jednostki 731 została zepchnięta w jak najodleglejsze zakątki japońskiej świadomości zbiorowej. Byli funkcjonariusze zbili kapitał naukowy na wynikach uzyskanych koszmarnymi metodami badań. Po zakończeniu projektu, masowo zaczęły ukazywać się ich artykuły w istotnych periodykach naukowych – na wszelki wypadek zapewniano w nich, że doświadczenia prowadzono na małpach. Od 1945 roku rząd japoński zaprzecza, jakoby armia przeprowadzała eksperymenty na ludziach lub stosowała broń biologiczną. W jednej z relacji zebranych w „Jednostce 731” Golda przeczytać można, że wojna w Chinach pochłonęła 20 milionów ofiar. 10-20% z nich zginęło podczas wymiany ognia. Resztę – starców, kobiety i dzieci, pojmano i poprowadzono na rzeź, ku chwale cesarza i Kraju Kwitnącej Wiśni. Nie wiadomo, ilu spośród nich trafiło do Jednostki 731. Jednostki stanowiącej japoński kombinat, w którym na skalę masową wdrażano przekonanie, że stosowanie broni biologicznej jest wybornym sposobem na to, by zabić dużą liczbę ludzi niskim
kosztem.

d37gae5

Podziel się opinią

Share
d37gae5
d37gae5