Trwa ładowanie...
holderName
Recenzje

Dajmon wie, co robi?…

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Dajmon wie, co robi?…
(Inne)
holderName

Kod jak kod genetyczny, czy też kod jak Kod Leonarda da Vinci? Niejeden czytelnik zada sobie to pytanie, nim przystąpi do lektury prawie pięćsetstronicowego tomu. Pewną podpowiedź znaleźć można na stronie wydawnictwa, oferującego prócz Kodu duszytytuły takie, jak Uzdrawianie intuicyjne i Odbudowa ciała, ożywienie duszy, a w opisach poszczególnych pozycji frazy w rodzaju „Dziewięć Zmian, Które Mogą Zmienić Wszystko” czy też „dowiesz się (…), jak przejąć kontrolę nad swoim życiem i osiągnąć to, o czym zawsze marzyłeś”.

Tendencja może być jednak tylko tendencją, a nie regułą – w końcu mamy do czynienia z dziełem światowej sławy psychologa, może cokolwiek kontrowersyjnego (jak głosi krótki biogram na okładce – uważanego za „najoryginalniejszego ‘heretyka’ szkoły jungowskiej”), lecz – tak czy inaczej – naukowca, a nie samozwańczego specjalisty od „energii kosmosu” czy innych tym podobnych pojęć.

Jeżeli czytelnik jest zwolennikiem psychologii biologicznej/ ewolucyjnej, jeśli poszukuje treści opartych o solidne podstawy naukowe i/lub dostarczających konkretnych recept na zrozumienie pewnych aspektów ludzkiego zachowania – już samo przeczytanie przedmowy (pióra Jerzego Prokopiuka, gnostyka i antropozofa, publikującego m.in. w wydawnictwach: Studio Astropsychologii, Akasha, Daimonion) powinno mu wystarczyć do zrozumienia, że w tej publikacji zbyt wiele dla siebie nie znajdzie. Jeżeli natomiast pasjonuje się wszystkim, co niewymierne i niezbadane, czego nie można opisać kodem genetycznym, mapowaniem mózgu i poziomem neuroprzekaźników – rozprawa Hillmana może go w mniejszym czy większym stopniu zainteresować.

holderName

Osią przedstawionej w książce teorii jest bowiem stwierdzenie, że – najlepiej wyraźmy to słowami samego autora – „każda osoba nosi w sobie coś unikalnego i niepowtarzalnego, co pragnie się ujawnić i zostać w pełni przeżyte, a co jest w niej obecne od samego początku jej istnienia, jeszcze zanim może zacząć być przeżywane”. Ów czynnik został metaforycznie nazwany „żołędziem”, w którym, jak objaśnia tłumacz, „znajduje się cały przyszły plan i struktura dębu”. Żadna nowość, powiemy, wszak trwające od ponad półwiecza prace nad budową i funkcją DNA już dawno wskazały, że tak nasienie rośliny, jak i zarodek ślimaka, wróbla, tygrysa czy też człowieka ma w sobie pełen zestaw informacji o atrybutach organizmu, który dopiero zeń powstanie. Nie to jednak ma na myśli Hillman – jego „książka wyznacza nowy kurs, opierając się na starej idei. Każdy człowiek przychodzi na świat wezwany. (…). Owa idea pochodzi od Platona (…). Przed narodzeniem duszy każdego z nas przydzielony zostaje osobisty dajmon, który wcześniej wybrał
dla nas obraz czy też wzór, według którego mamy żyć na ziemi. Ów towarzysz duszy, dajmon, jest naszym przewodnikiem na tym świecie. Po urodzeniu zapominamy o wszystkim, co zdarzyło się wcześniej, tak że później sądzimy, iż przychodzimy na świat całkowicie sami, bez żadnego opiekuna. Dajmon pamięta jednak to, jak wygląda ów obraz i co przynależy do danego nam wzoru życia, i dlatego to właśnie on jest nośnikiem naszego przeznaczenia”.

Gdyby był tylko nośnikiem – tak jak DNA – byłoby to może nieco mniej przerażające; jednakże dajmon ma niepojętą moc sprawczą: „dokonuje wyboru zarówno komórki jajowej, jak i plemnika, a także ich ‘dawców’ zwanych ‘rodzicami’. (…) Para spotyka się i zbliża do siebie nie po to, by stworzyć ze sobą osobową jedność, lecz po to, by spłodzić tę, a nie inną osobę, obdarzoną specyficznym darem w postaci żołędzia, która okazuje się być tobą”. Potem może się rozstać, z czym, jak wzmiankuje Hilman, „mamy szczególnie często do czynienia, kiedy analizujemy biografie osób znanych i sławnych”. Tu natrętnie ciśnie się na usta pytanie, kto lub co wobec tego sprawia, że łączą się ze sobą ludzie, z których przynajmniej jedno jest niezdolne do spłodzenia potomstwa, po czym przez całe lata żyją w miłości i harmonii? Odpowiedzi brak.

Jest za to sugestia, że „wszelkie wypadki i niespodziewane zdarzenia – również takie jak atak serca (…) – stanowią integralną cześć wzoru tworzącego ów wrodzony obraz, są mu niezbędne, sprzyjają jego pełnemu urzeczywistnieniu”. Toteż na przykład „śmierć Sokratesa stanowiła integralną część jego wewnętrznego obrazu, jego przyrodzonej formy. Śmierć, bez względu na swój rodzaj (…) może mieć większy sens i znaczenie dla twojego wewnętrznego obrazu i jego trajektorii, niż dla ciebie samego i twojego osobistego planu”. A co z niespodziewanym atakiem bakterii, na skutek którego podopieczny dajmona umiera, powiedzmy, na zapalenie opon mózgowych w wieku kilku tygodni – kiedy nie tylko „trajektoria” i „wewnętrzny obraz”, ale nawet „ja sam” są dla niego wyłącznie pusto brzmiącymi dźwiękami? Można przyjąć, że rozmaite dramatyczne przeżycia i cielesne słabości sprzyjają ujawnieniu się niepodejrzewanych wcześniej stron ludzkiej osobowości – przykłady na to znajdziemy nie tylko u Hillmana – lecz w jaki sposób ma się to
stosować do niemowlęcia, które nigdy nie dorośnie i nie będzie miało okazji wypróbować „wzmocnienia integralności formy duszy”? Na to również nie zyskujemy odpowiedzi, a tylko zapewnienie, że teoria ta nie ma nic wspólnego z fatalizmem, zgodnie z którym „wszystko jest zapisane w gwiazdach”, ani z teleologią, która „pozwala nam odczytywać wszystko, co tylko zdarza się w naszym życiu, jako potwierdzenie owej dalekosiężnej wizji – na przykład woli Boga, boskiego planu”.

Zajmijmy się zatem tymi, którzy – przynajmniej do jakiegoś momentu – żyją i mają sposobność okazać niesione przez „żołędzia” powołanie. Teoria okazuje się w tym przypadku nadzwyczaj pojemna. Jeśli jakaś sławna osoba jako kilkuletnie dziecko, patrząc na pewien rodzaj działalności zawodowej, zapytała: „ja też tak mogę?” albo oświadczyła: „to jest właśnie to, co będę robić” i faktycznie później oddała się tej dyscyplinie, sprawa jest jasna i oczywista – dajmon się ujawnił i zażądał posłuszeństwa. [A co z tymi, którzy w wieku przedszkolnym równie usilnie marzyli i twierdzili, że będą generałami lub tancerkami, po czym zajęli się buchalterią względnie usługami pralniczymi?] Jeśli przyszły wódz, polityk, podróżnik w wieku dziecięcym w żaden sposób nie zdradzał cech charakteru, które później miały mu pomóc w osiągnięciu sławy – wyjaśnienie jest nieco trudniejsze, ale równie przekonujące: Gandhi był bojaźliwym dzieckiem, gdyż „dajmon, który czuwał nad jego losem, wiedział o tym, że w przyszłości (…) zostanie on w
starciu z policją pobity, aresztowany i przez długi czas przetrzymywany w mrocznej celi”; Rommel był „powolny, leniwy, nieuważny, (…) tak bardzo wycofany, ponieważ na zasadzie czegoś w rodzaju prekognicji miał już pierwsze objawy nerwicy frontowej”. [A o czym wiedzą dajmony tych, którzy przez całe życie pozostają bojaźliwi, powolni i wycofani, choć nie czeka ich nic straszniejszego, niż wizyty u dentysty tudzież utyskiwania rodziców, współmałżonków i przełożonych na ich ślamazarność?].

holderName

Jeśli ktoś ani nie zapowiadał się na osobę w jakimkolwiek sensie wybitną, ani też nią nie został – i na to się znajdzie odpowiedź: „dla wielu powołaniem jest ‘trzymanie swojego światła pod korcem’, pozostawanie w służbie niskiego i średniego szczebla, bycie szeregowym członkiem organizacji. Stosowanie się do tego wezwania służy międzyludzkiej harmonii”. I nie tylko harmonii – w różnych okresach historii ludzkości równie dobrze służyło objaśnieniu, dlaczego jednym należy się wszystko, a innym nic, dlaczego Iks nie może się ożenić z córką Igreka, a Zetowi nie wolno opuścić wsi. Ale to wszak w zakres psychologii nie wchodzi – psychologia (w ujęciu Hillmana) powiada tylko, że dajmon wie, co robi.

Nawet wtedy, gdy nakazuje on cztero- czy pięciolatkowi cisnąć o ziemię gwiazdkowym podarunkiem, który okazał się niezgodny z oczekiwaniami, albo zamierzyć się siekierą na drażniącą się z nim starszą kuzynkę. Bo, zdaniem Hillmana, „również objawy kliniczne dotyczące dysfunkcyjnego zachowania dziecka stanowią, w taki czy inny sposób, integralny element owej unikalności i przeznaczenia”.

Jak się dowiemy z rozdziału „Złe nasienie”, dotyczy to też przypadków osób, które dysfunkcyjne zachowanie demonstrowały nadal w wieku dorosłym, przechodząc do historii jako dyktatorzy zbrodniczych reżimów czy też psychopatyczni seryjni mordercy. Bowiem „tak jak żołądź Garland i Manoletego obdarzał ich mocą potrzebną do występów odpowiednio na estradzie i na arenie, tak żołądź psychopatów obdarza ich mocą dokonywania demonicznych zbrodni”. Nie bardzo jest jednak jasne, jak odróżnić, czy „pewność siebie, arogancja, brak elastyczności (…), wybuchy niekontrolowanej wściekłości, kiedy ktoś mu się sprzeciwia”, są przejawami „obsesyjnego pragnienia narzędzi umożliwiających spełnienie przeznaczenia” wielkiego talentu, czy też „dysfunkcyjnych relacji z dajmonem” – w końcu nie u każdego psychopaty udaje się wykazać „bezpośrednią ingerencję elementu demonicznego, a być może nawet samego diabła” (która, jak doniosła „pewna osoba”, miała mieć miejsce w przypadku Hitlera”). Ale może za to wiadomo, jak należy zapobiegać
efektom tych dysfunkcyjnych relacji? Otóż „poskramianie Złego Nasienia i niweczenie jego planów zaczyna się od teorii, która w pełni uznaje jego moc i potęgę”. Niby jasne, bo nie da się zwalczać czegoś, w co się nie wierzy. Ale im dalej, tym trudniej. „Zapobieganie (…) nie powinno mieć ani charakteru restrykcyjnego, ani nakazowego”, niemniej jednak „skuteczne działania rytualne o charakterze prewencyjnym zaczynają się od umieszczenia ‘na dołku’ [pozbawienia wolności – przyp.rec.] i bycia w dołku; od przygnębienia, żalu i żałoby. Nawet jeśli dana osoba nie odczuwa żadnej skruchy ani wyrzutów sumienia z powodu swoich występnych czynów, może mieć wzmożoną świadomość tego, że została popchnięta do ich popełnienia przez demona” [a jeśli i tej świadomości nie ma?]. Dalsze zalecenia prewencyjne są jeszcze bardziej enigmatyczne i ogólnikowe: „społeczeństwo musi mieć rytuały o charakterze egzorcyzmów, by zapewnić sobie ochronę przed wpływami Złego Nasienia. Musi ono jednak również mieć rytuały służące uznaniu i
docenieniu mocy Złego Nasienia, temu, by elementowi demonicznemu przydzielić właściwe mu miejsce – inne niż tylko więzienie – tak jak uczyniła to mądra bogini Atena (…)”. W jaki sposób ma do tego podejść, powiedzmy, psycholog zajmujący się nieletnim kandydatem na zatwardziałego przestępcę albo obywatele państwa, którego przywódca przejawia psychopatyczne skłonności – dalibóg, nie wiadomo. Można tylko zgadywać, że najwyraźniej nie podpowiedzą im tego ich dajmony, bo gdyby to potrafiły, ludzkość znalazłaby chyba sposób na rozwiązanie problemu Złego Nasienia w ciągu paru tysięcy lat swego istnienia…

Dzieło Hillmana jest sztandarowym przykładem tego, jak można czytelnikowi zamącić w głowie, aplikując elementy przebrzmiałych teorii filozoficznych i ezoteryki do obszaru zainteresowania nauk przyrodniczych oraz używając tych samych argumentów do udowadniania biegunowo sprzecznych założeń – a to wymaga doprawdy niezłych umiejętności. I jeśli warte jest poznania, to raczej jako demonstracja takowych, niż jako anonsowana na okładce „zapowiedź prawdziwego renesansu ludzkich wartości” (a i to pod warunkiem, że czytelnika nie zrażą obecne w tekście błędy, nie tylko literówki – czasem grupujące się, by stworzyć zdumiewające frazy w rodzaju „ostatni za całej grypy” – ale i ewidentne wykroczenia przeciw zasadom ortografii i gramatyki: „dwu i pół letnia” czy „uniemożliwiającego jej powołaniu na wzrastanie w dół”). Gdyby natomiast komuś zależało na rzeczywistym poznaniu zawiłości ludzkiego charakteru, powinien poszukać lektur raczej w ofercie któregoś z wydawnictw naukowych…

holderName

Podziel się opinią

Share
holderName
holderName