Trwa ładowanie...
d2c32jh
Recenzje

Czytelnicy, którzy nienawidzą burżujów

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Czytelnicy, którzy nienawidzą burżujów
("__wlasne)
d2c32jh

Na tę powieść czekały z niecierpliwością dziesiątki milionów czytelników na całym świecie. Całkiem sporo z nich nie mogło się już doczekać nie tyle jej przeczytania, ile sposobności do wyrażenia swojego rozczarowania i ogólnego zniesmaczenia pomysłem kontynuacji trylogii Larssona w dziesięć lat po śmierci autora. Davida Lagercrantza, który w swoim pięćdziesięcioparoletnim życiu przed „Co nas nie zabije” nie napisał ani jednej powieści, uznano z góry za najemnika zachłannych spadkobierców, którzy z pomocą sztabu adwokatów zamierzają wycisnąć potencjalne zyski do ostatniej kropli. Bezwzględnych burżujów, podobnych tym, których demaskowali Michael Blomkvist, Lisbeth Salander i sam Stieg Larsson.

Millennium” dla Szwedów to coś znacznie więcej, niż powieść. To dobitny wyraz rozczarowania mitem państwa opiekuńczego, w którym nie daje się już dłużej zamiatać problemów pod dywan: opiekuńczość opiera się na bezdusznej biurokracji, równość jest złudzeniem, bogaci, ustosunkowani i dobrze urodzeni mogą kpić sobie z prawa, miłośnicy przemocy i damscy bokserzy mają się dobrze, jeśli tylko znają, kogo trzeba, partia o ultraprawicowych konotacjach nazywa się Szwedzcy Demokraci… Nieugięty i niezłomny, mimo obrywania czasami po gębie, dziennikarz śledczy Mikael Blomkvist w swojej gazecie walczył o to, żeby świat, jeśli już nie może być trochę lepszy, był przynajmniej trochę mniej zakłamany. Lisbeth Salander na początek grała kanaliom na nosie, a potem kazała im umierać ze strachu. Niepowtarzalny duet państwowca i anarchistki wymierzał sprawiedliwość w imieniu milionów okłamywanych i oszukiwanych – nie tylko w Szwecji, na całym świecie.

Treść czwartej części „Millennium” aż do dnia premiery była chroniona tak pieczołowicie, jak to tylko możliwe - jak przystało na historię o genialnych hakerach i dziennikarskich przeciekach, powstawała na komputerze niepołączonym z Internetem. Skoro nie o treści, fani „Millennium” dyskutowali o etyce i moralności, a były to całkiem interesujące i potrzebne dyskusje o granicach integralności i nienaruszalności dzieła literackiego i szerzej – spuścizny artystycznej. Bo o ile wciąż zgadzamy się, że pomysł domalowania do obrazu nieżyjącego twórcy jakichś „uwspółcześniających” detali w 3D albo zamówienia przez spadkobierców malarskiej „kontynuacji” byłby absolutnie szokujący, o tyle już na przykład dobudowanie do dzieła nieżyjącego architekta najosobliwszych nieraz uzupełnień rzadko wzbudza sprzeciw kogoś spoza grona kolegów po fachu. W świecie filmu remake, sequel i prequel traktowane są właściwie jak kolejne inscenizacje sztuki teatralnej – skoro producent uzna, że można nakręcić coś lepiej, a przynajmniej nie
gorzej, a widzowie zechcą to oglądać - go ahead! A zatem, jak widać, pomimo, a może właśnie na skutek wysiłków specjalistów od prawa autorskiego, regułą jest to, że reguły nie istnieją. Istnieje za to 115 tomów kontynuacji „Pana Samochodzika”, drugi sezon „Pogody dla bogaczy” z jednookim zbirem Falconettim, którego Irvin Shaw nie mógł, zapewne, oglądać na trzeźwo, no i, oczywiście, wiecznie młody James Bond – kto uważa, że powinien był zniknąć po „Ośmiorniczce” w 1986, niech pierwszy rzuci hejtem.

Podobnie jednak, jak „Millenium” Larssona nie jest po prostu thrillerem, czwarta część nie jest po prostu kontynuacją, a jeśli już – to całego dorobku życiowego Larssona, a nie tylko jego aktywności pisarskiej. Ojciec i brat zmarłego autora zdecydowali, ze cały zysk ze sprzedaży czwartej części trafi do antyfaszystowskiej fundacji wydającej pismo „Expo”, którego Larsson był współzałożycielem, a przez ostatnie pięć lat życia – redaktorem naczelnym. W ten sposób fikcja pomieszała się z życiem a życie z fikcją, Michael Blomkvist, dziennikarz starej daty, nie mogąc liczyć na podobnie szczęśliwy traf, musi napisać coś absolutnie przełomowego, zanim nowy właściciel zamieni „Millenium” w grzeczne pismo w lakierowanych okładkach, mizdrzące się do aspirującej klasy średniej i reklamodawców, a Lisbeth Salander – podciągnąć z wyższej matematyki, bo internetowa wojna to już nie zabawa dla licealistów w powyciąganych T-shirtach, to rozgrywki między koncernami, które stać na zatrudnianie geniuszy. Lagercrantz zgrabnie
pociągnął wątek fabularny, który Stieg Larsson w swej trylogii zamarkował, ale wyraźnie zostawił „na później”, czuje się też w książce emocjonalne zaangażowanie i dążenie do stworzenia czegoś, co nie będzie tylko „skandynawskim thrillerem”, ale może przydałoby się więcej rozmachu, luzu, anarchii? Lagercrantz, świetnie wychowany gentelman w oksfordzkiej marynarce z poszetką, żywi wobec Larssona podziw i szacunek, i to się czuje (aż chciałoby się powiedzieć: niestety). Niegdyś koledzy pokpiwali sobie z pobożnego malarza Tadeusza Styki, opowiadając, że przyśnił mu się Chrystus i powiedział: „Tadziu, ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze”. Tu jest zupełnie nieźle, ale po Blomkviście i Salander spodziewaliśmy się więcej.

d2c32jh

Podziel się opinią

Share

d2c32jh

d2c32jh