Recenzje
29-09-2015 (15:38)

Człowiek bez przeszłości

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Człowiek bez przeszłości
("__wlasne)

Kiedy mówimy o rumuńskim reżimie komunistycznym, zazwyczaj utożsamiamy go z Nicolae Ceausescu. "Geniusz Karpat" przyszedł jednak w zasadzie na gotowe. kiedy całe społeczeństwo sterroryzowane było aresztowaniami i obozami pracy przez człowieka odpowiedzialnego za zbrodnie okresu stalinowskiego. Ceausescu nie musiał nawet wtrącać do więzień przeciwników politycznych - ci ważniejsi już tam dawno byli, osadzeni przez Gheorghe Gheorghiu-Deja. Stanowił on godnego dziedzica jednego z najbardziej prymitywnych reżimów stalinowskich w Europie Układu Warszawskiego.

Do tego świata, będącego skrzyżowaniem kafkowskiej "stolicy" i orwellowskiego Londynu A.D. 1984, zaprasza czytelników Lucian Dan Teodorovici, autor powieści "Matei Brunul". Na zaproszenie niejakiego Pătrăscanu - kolegi ojca z czasów studiów - przyjeżdża do Rumunii Bruno Matei, syn Rumuna i Włoszki. Pătrăscanu był człowiekiem, który jeszcze w 1946 roku ośmielił się powiedzieć, że oprócz tego, iż jest komunistą, jest przede wszystkim Rumunem. Jakiekolwiek powiązania z tym indywiduum wykazującym odchylenia burżuazyjno-nacjonalistyczne w zupełności wystarczyły, by się Brunem zainteresować. Zresztą wiadomo, że jeśli ktoś chce powrócić do Rumunii ze słonecznej Italii, to musi być co najmniej szpiegiem, który ma za sobą faszystowską edukację. Niewiele czasu musiało więc upłynąć, by Bruno trafił przed oblicze ponurego śledczego, święcie przekonanego o tym, że właśnie udało mu się trafić na trop szajki wywrotowców.

Podczas lektury, towarzyszyć będziemy Brunowi przez kolejne lata upodlenia, od aresztu, po kolonię karną i więzienie, gdzie z każdym dniem coraz boleśniej zdawał sobie sprawę, że wielka historia zawsze przytłacza tę mniejszą, osobistą. Zwłaszcza, gdy jest ona pisana gdzieś pomiędzy wierszami gazet. Opowieść ta splata się z historią tytułowego Matei Brunula, którym Bruno stał się po opuszczeniu więzienia, dotknięty ciężką amnezją. Pamiętał jedynie pierwsze szesnaście lat swego życia; pozostałe dwadzieścia, włączywszy czas kaźni, zniknęły z jego wspomnień. Brunul pracuje w Państwowym Teatrze Lalek mając za świadka i słuchacza, powiernika jego rozpaczy i samotności, marionetkę o imieniu Bazylek. Wydaje się, że System odniósł pełne zwycięstwo – Brunul uwierzył, że musi stać się przydatny dla społeczeństwa, które kochał i wobec którego miał dług. Zdradził je bowiem w nieznany sposób, ale zdrada ta musiała być przerażająca, zaś przewina – niemała, przeto siłą napędową owego człowieka bez przeszłości miało być
pragnienie zadośćuczynienia wobec Partii. Ta ostatnia, łaskawie wypuściła go z więzienia, dała kawalerkę i opiekuna, który baczył, by Brunul nie zszedł znów na złą drogę.

Teodorovici ukazuje nam nierówną walkę o duszę Brunula, stanowiącego dla reżimu idealne poletko doświadczalne do chorych praktyk stworzenia idealnego przedstawiciela Homo sovieticus, wyższej formy bytu pracowicie ukształtowanej wskutek eksperymentu społecznego mającego przynieść światu dobrobyt. Był białą kartą, na której należało jedynie zapisać komunistyczny bełkot i zobaczyć, co z tego wyniknie. Amnezja była w zasadzie błogosławieństwem, wszak przeszłość – pełna błędów i wypaczeń - nie ma znaczenia, liczy się przyszłość, świetlana, obiecująca. Przyszłość, w której wszyscy pracują, by stworzyć nowy, ziemski raj, ożywiony jednym, wspólnym celem, jakim jest dobro ogółu. Tu człowiek nie jest sam, stanowi bowiem część całości, która myśli i działa jak jeden, wielki, szczęśliwy byt. Problem następuje, gdy pojawi się w tym organizmie jakaś komórka rakowa, nieprzystająca, niepasująca. Czym prędzej należy ją wówczas wyeliminować.

Marionetkowa metafora jest tu bardzo wyraźna, co, absolutnie, nie umniejsza siły, z jaką „Matei Brunul” oddziałuje na czytelnika. Bazylek ożywa w rękach Brunula, Brunul zaś ożywa dzięki swojemu „opiekunowi” z bezpieki. Ten, z pewnością ma nad sobą kolejnego władcę marionetek, udającego, że nie widzi sznurków prowadzących gdzieś ku górze. Począwszy od nieszczęsnej, drewnianej istoty, która żyć może dopiero wtedy, gdy ktoś zechce sprawić, by żyła, ciągnie się łańcuch tych, którzy - o losach decydując - sami są jedynie marionetkami w rękach potężniejszych.

Świetnie opisuje autor tu proces kreacji, wychowywania na nowo, w duchu konkretnych, dokładnie ukierunkowanych idei. Demiurgowie modelowali ludzi, stwarzając na swoje podobieństwo podług prostych reguł wynaturzonej, komunistycznej ewolucji, w której od etapu wyzysku człowieka przez człowieka płynnie przechodzi się do nowoczesnej ery, gdzie celem jest modelowanie jednostki przez innych członków społeczeństwa. Stworzyciel, demiurg, stać się miał tu twórcą pragnień i rzeczywistości, w której się spełniają.

Rozdarty między własnymi dążeniami a tymi, które zostały mu wykreowane, naiwny i bezradny jak dziecko Brunul usiłował sobie ułożyć życie w świecie, w którym wszystko składa się, półprawd, przemilczeń i kłamstw. Kłamstw wielkich – dziejowych - i tych maleńkich, bardzo osobistych, powszednich. Te ostatnie zresztą czasem najbardziej bolą, gdy przychodzi wraz z nimi smutna konstatacja, że dla osoby, która znaczyła dla nas kiedyś wszystko, nie jesteśmy już nawet warci prawdy. Brunul, brnąc w owych kłamstwach i szukając zatartych wspomnień, wyszedłszy ze szpitala znalazł swoje miejsce – ten maleńki skrawek świata, który przyzwyczaił się nazywać własnym domem.

Strona po stronie towarzyszymy mu w tej wędrówce, w mozolnych próbach dotarcia do prawdy o swojej przeszłości, której my, w przeciwieństwie do niego, szczegóły doskonale znamy. Przyznam, że - mając za sobą literaturę obozową ukazującą brunatne i czerwone piekło, jakie urządzili nam nasi sąsiedzi – dużo bardziej poruszony byłem częścią traktującą o bezradności Brunula poszukującego swojego jestestwa tam, gdzie jednostka nie ma racji bytu.

Znakomita, mocna i bardzo smutna to książka o systemie, w którym prawo do wyrażania swych poglądów jest zdegradowane do obowiązku przyjmowania za swoje opinii, które z owymi poglądami nie mają nic wspólnego. Zarazem jest to książka o człowieku, bardzo odmiennym od tych wszystkich literackich, zgranych już bohaterów, którzy, z pasją Don Kichota, idą pod prąd buntując się przeciw zastałemu porządkowi. Brunul nie chciał walczyć i zrywać kajdan – on po prostu pragnął żyć, cieszyć się i kochać, zachowując przy tym te strzępy, które pozostały mu z człowieczeństwa. Być może dlatego właśnie jego historia tak bardzo porusza, czyniąc „Matei Brunula” lekturę równie emocjonalną, co niezapomnianą.

Polub WP Książki
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.