Trwa ładowanie...
recenzja

Czasem nie da się uciec przed przeszłością

Share
Czasem nie da się uciec przed przeszłością
Źródło: Inne
dmnw9co

Dawno, dawno temu, pisywało się kryminały tak, by czytelnik miał radość z rozwiązania zagadki wraz z detektywem, dumającym sobie nad sprawą kolejnego morderstwa siedząc przy kominku i pykając fajeczkę. Najsłynniejszy z bohaterów, wykreowany przez Arthura Conan-Doyle'a mawiał, że podstawowym błędem jest podawanie teorii, zanim uzyska się dane - niepostrzeżenie zaczyna się dostosowywać fakty, by zgadzały się z teoriami, zamiast próbować stworzyć teorię, która byłaby zgodna z faktami. Nawet, jeśli czytelnik wpadał w tę pułapkę i, podczas lektury, nie zważając na podsuwane przez autora poszlaki, snuł skomplikowany proces myślowy prowadzący do prostego wniosku, że mordercą jest ogrodnik (a tymczasem okazywało się, że pana domu zasztyletował kamerdyner), zabawa była przednia. Można wszak dochodzić do prawdy, co zauważyła inna mistrzyni kryminału, Agatha Christie, dla samej satysfakcji jej wykrycia. Od pewnego czasu obserwuję jednak dość smutną dla mnie tendencję polegającą na drastycznej redukcji owej
satysfakcji - okazji do tego, by odbiorca mógł wraz z bohaterem budować piętrowe teorie i, drogą dedukcji, podążać kolejnymi tropami. W efekcie mamy do czynienia z zamianą klasycznych kryminałów w powieści sensacyjne, w których wzmiankowany bohater raczej dostanie rozwiązaniem zagadki po głowie (czasem bardzo dosłownie) w wyniku wystąpienia efektu Deus ex machina, niźli sam do czegoś dojdzie. Niestety, w ten schemat wpisuje się również najnowsza książka Jacka Rębacza, zatytułowana Zakopane: osiem deszczowych dni.

Autor mówi o sobie, że z jego doświadczeń życiowych można by ułożyć kilka życiorysów. Zakończywszy studia prawnicze zajmował się handlem – prowadził sklep AGD i hurtownię napojów oraz sprzedawał chrupki- po czym zajął się „byciem dyrektorem". Dyrektorował zatem w firmie rozprowadzającej słodycze, funduszu emerytalnym, hurtowni elektronicznej, fabryce okien i firmie ubezpieczeniowej. Podczas wchodzenia w kryzys wieku średniego, mężczyźni robią różne dziwne rzeczy, od zmiany partnerki po zmianę samochodu – na wersje młodsze, droższe, a przede wszystkim takie, żeby kolegom oko zbielało. Rębacz tymczasem, zapewne słusznie stwierdziwszy, że nawet, jeśli da się wygrać wyścig szczurów, to i tak nadal się szczurem pozostaje, wszedłszy w wiek średni porzucił marzenia o byciu królem wszelakich przedsiębiorców. Karierę dyrektorską zamienił na posadę polegającą na wynajmowaniu pokoi zakopiańskim turystom, co dało mu asumpt do tego, by wziąć się za pisanie powieści.

Osiem deszczowych dni jest czwartą odsłoną zakopiańskiego cyklu i trzecią, której głównym bohaterem jest Piotr Klucha. Po zakończonym sezonie na samobójców i okresie pokoju (z widokiem na cmentarz), nad zimową stolicę Polski nadciągnęły ciężkie, ołowiane chmury; najbliższe dni miały skąpać Zakopane w siąpiącym deszczu. Teoretycznie najbardziej załamani tym faktem byli nieliczni turyści, tracący właśnie wspaniałą okazję do paradowania po Krupówkach z najdroższym sprzętem na ramieniu, jednak, w praktyce, był ktoś jeszcze bardziej nieszczęśliwy. Były oficer WSI, a zarazem eksdetektyw, Piotr Klucha, nieszczęśliwy być wszak musiał, bowiem porządny detektyw winien być: zgorzkniały, narzekający na wszystko, po przejściach, trochę zmęczony życiem i zblazowany. Jeśli umieścimy go na dodatek w świecie odstręczającym, przeżartym korupcją i pełnym zakłamanych cwaniaczków, to będziemy mieli modelowy fundament, który będzie trzeba jeszcze obudować treścią. Tym razem Rębacz z rozmachem sięgnął do ponurej historii
ośrodka „Stokrotka", który z żydowskiego pensjonatu „Farys" przekształcił się w siedzibę Grenschutzu, by po wojnie zostać zaanektowany przez UB, a następnie stać się ulubionym miejscem wypoczynku, najpierw peerelowskiej wierchuszki, później zaś – funkcjonariuszy MO. W to wszystko wplecione są jeszcze bandy mordujące Żydów uciekających do Węgier, Legia Cudzoziemska i ubecy uciekający przed swoją przeszłością, jednym słowem: materiał mający duży potencjał, ale, niestety, praktycznie niewykorzystany. Prócz demonów tej odległej historii, autor postanowił upchnąć w niewielkiej gabarytowo książeczce, wzmianki o, zdecydowanie bardziej współczesnych, machlojkach ze sprzedażą rakiet ziemia-powietrze oraz przekrętach dokonywanych przez zakopiańskich przedsiębiorców. Jakby tego było mało, po Zakopanym grasuje gang „Janosików", trup ściele się gęsto, zaś Klucha cierpi na klęskę urodzaju spraw, którymi musi się niezwłocznie zająć. W tle tego, czasem bardzo chaotycznego, rozgardiaszu, pręży się dumnie Zakopane, jak to u
Rębacza bywa, ze wszech miar dychotomiczne i spolaryzowane. Pod tkaniną rodem z cepelii, upstrzoną tandetnymi ciupagami, oscypkami udającymi, że są z owczego mleka oraz wyliniałymi misiami, z którymi każdy chce sobie zrobić zdjęcie, kryje się miejsce idealne dla wszelakich malwersantów, cwaniaków i domorosłych mafiosów.

dmnw9co

Podobnie, jak w poprzednich odsłonach zakopiańskiego cyklu, i tu autor odsłania nam kulisy kilku podhalańskich afer i na te fragmenty najbardziej podczas lektury czekałem – zaprawdę, kreatywność ludzka w omijaniu prawa jest czasem wprost niewyobrażalna. Wydaje się jednak, że Osiem deszczowych dni miało być pełnokrwistym kryminałem, a nie książką o przestępstwach gospodarczych, a na tym polu Rębacz kuleje. Upchnąwszy do tej powieści niemałą ilość wątków z pogranicza ponurej przeszłości i śmieszno-strasznej teraźniejszości, nie radzi sobie z lawirowaniem pomiędzy nimi, co skutkuje tym, że większość traktuje po macoszemu i z zapałem korzysta ze wspomnianego rozwiązania Deus ex machina. Ukoronowaniem tego ostatniego jest fragment z zalaną łazienką; jestem przekonany, że fabułę można było popchnąć w odrobinę bardziej prawdopodobny sposób. Maleńkie, acz szalenie ważne dla rozwiązania zagadki, odznaki wojskowe wbijające się, oczywiście przypadkiem – w podeszwy butów również nie należą do najczystszych chwytów
stosowanych przez autorów kryminałów.
Dla mnie gatunek ów powinien posiadać cechy logiki i realizmu, Rębacz, niestety, momentami brnął w sfery tak nieprawdopodobne, że aż absurdalne.

Zakopane: osiem deszczowych dni jest niczym więcej, jak gładko napisaną „literaturą pociągową", idealną do podróży, w której nie trzeba się zbytnio skupiać nad lekturą i zapewniającą swoistą barierę ochronną przed współpasażerami pragnącymi wymienić się arcyciekawymi teoriami na temat bieżącej polityki, sportu czy pogody. Powieść ta jest niczym współczesne przeboje grane w popularnych rozgłośniach radiowych – równie szybko wlatuje do głowy, jak z niej wylatuje, nie pozostawiając wiele po sobie. Trochę szkoda, bowiem jestem pewien, że gdyby autor pokusił się chociażby o wyekstrahowanie z „Ośmiu deszczowych dni" wątku historycznego i stworzenie na jego podstawie osobnej, dużo poważniejszej książki, zarówno jednemu, jak i drugiemu dziełu wyszłoby to na dobre. Tymczasem, wraz z czwartym tomem zakopiańskiego cyklu, otrzymujemy dość nieskładny miks gatunkowy, w którym czasem gubi się nawet sam Klucha, były agent WSI – dość zblazowana namiastka chandlerowskiego detektywa.

Oceń jakość artykułu:
Zależy nam na podnoszeniu jakości naszego dziennikarstwa. Twoja opinia jest dla nas ważna!
dmnw9co

Podziel się opinią

Share

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
dmnw9co
dmnw9co