Trwa ładowanie...
d4ggwa2
31-01-2020 16:11

Anders

książka
Oceń jako pierwszy:
d4ggwa2
Anders
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Wydawnictwo
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Jakim człowiekiem był Władysław Anders? Polityk, generał, dla wielu wzór poświęcenia w imię najwyższych idei. Zwycięski wódz spod Monte Cassino, który w drodze przez sowieckie łagry wycierpiał tyle samo bólu i upokorzeń, co jego żołnierze. Czerwone maki i biały koń niosący generała nabrały już charakteru symboli. Z książki Marii Nurowskiej wyłania się także inne oblicze Andersa. Mężczyzny, któremu zabrakło odwagi, aby osobiście powiedzieć żonie, że po 25 latach wspólnego życia związał się z inną kobietą – artystką kabaretową w wieku ich córki. Przywódcy, którego plany nie zawsze były do końca przemyślane, co wielu jego podwładnych kosztowało życie. Polityka niezbyt dobrze znającego się na ludziach, o czym najdobitniej świadczy jego zaufanie do generała NKWD – Żukowa. Autorka nie odmawia Andersowi wielkości, nie tworzy jednak pomnika. Dokumentując biografię listami i wspomnieniami znających go osób, dąży do wydobycia prawdy o nim we wszystkich aspektach jego życia. Maria Nurowska wielokrotnie udowodniła w swoich powieściach, że potrafi przykuwać uwagę czytelnika. Także i tutaj wykorzystywana przez nią technika zmiany perspektywy nie tylko nie pozwala się znużyć, ale również nadaje książce wiarygodność. Anders, generał polskich nadziei, mówiono o nim. Mojżesz, który wyprowadził swój lud z domu niewoli, wybitny talent wojskowy, stworzony do dowodzenia. Jednym spojrzeniem potrafił rozbroić rozmówcę, nawet gdy tym rozmówcą okazywał się generalissimus Stalin. Istniało takie przekonanie, że Stalin miał do Andersa słabość, do czasu oczywiście... Ale zachowały się też o Generale opinie przeciwne – że zabrakło mu talentu politycznego i nie potrafił wykorzystać sukcesów militarnych 2. Korpusu, a swoimi niefortunnymi wypowiedziami zraził do sprawy polskiej niedawnych sojuszników, którzy przestawali go traktować poważnie. (…) – On umiał uszczęśliwiać ludzi – powie po latach jeden z jego podkomendnych. – Był wielbiony przez kobiety, ale także przez podwładnych, jakby trzeba było, poszliby za nim w ogień... to był charyzmatyczny dowódca... Być może uszczęśliwiał ludzi, a nawet niejednemu uratował życie, wyciągając ze stalinowskich łagrów, jednak swoim najbliższym potrafił sprawiać ból. Nie dlatego, że był złym człowiekiem. W pewnych sytuacjach przejawiał słabość, żeby nie powiedzieć, tchórzostwo. Nikt nie jest monolitem i wielu popełnia błędy, chodzi tylko o to, czy wyciąga się z nich odpowiednie wnioski. Rodzinie generała Andersa przyszło na to czekać całe dwadzieścia lat. fragment Zarówno intryga, jak i tło psychologiczne powieści Marii Nurowskiej są jedyne w swoim rodzaju. Mamy do czynienia z rzadkim przypadkiem podwójnego sukcesu, literackiego i biograficznego. Jean-Maurice de Montremy, „Le Figaro”, z recenzji trylogii Panny i wdowy

Anders
Numer ISBN

978-83-7414-976-1

Wymiary

123x195

Oprawa

twarda

Liczba stron

256

Język

polski

Fragment

s. 25-27: Rodzice Anny mają nadzieję, że ojcu uda się uniknąć dalszego więzienia, uznano wszak jego kontuzje za trwałe inwalidztwo. Szczególnie ten odłamek w krzyżu, którego nie dało się usunąć. Będzie go odczuwał do końca życia, często gdy ten okruch żelastwa się przemieści, paraliżujący ból uniemożliwi mu wstanie z łóżka, ale obowiązek doglądania go w takich chwilach przypadnie nie tej, która warowała przy nim w szpitalu we Lwowie, ale tej drugiej, o trzydzieści lat młodszej od obojga, małżeństwo Andersów było niemal w tym samym wieku. Ojciec Anny nawet znalazł się w pociągu dla jeńców, których w Przemyślu mieli przejąć Niemcy, liczył, że być może ze względu na przyznaną mu kategorię inwalidztwa uniknie obozu, ale się przeliczył, bowiem Sowieci niemal w ostatniej chwili odłączyli od transportu wszystkich oficerów. I znowu więzienie. Traktowano tam Andersa niezwykle brutalnie, opowiadał, że kiedy był prowadzony po schodach, któryś ze strażników specjalnie go potrącał, a on nie mogąc utrzymać się na kulach, spadał głową w dół. I tak na każdym piętrze. Potłuczonego, z nie do końca zasklepionymi ranami, trzymano go w celi bez szyb. Na zewnątrz było poniżej 30 stopni Celsjusza , a on leżał na sienniku na cemencie, w cienkim drelichu, gdyż odebrano mu ubranie. W tym pomieszczeniu spędził osiem tygodni, ropa sącząca się z ran zamarzała, tworząc na jego ciele twardą skorupę, ale przetrzymał to wszystko, miał żelazny organizm. W tym czasie żona szukała go po więzieniach, wszędzie zanosiła paczki, ale odpowiadano jej niezmiennie: takowo niet. Nie miała nawet pewności, czy jej mąż jest jeszcze w mieście, ale wtedy wydarzyło się cos zadziwiającego. Aby utrzymać się we Lwowie znalazła pracę w szwalni, gdzie z wyszabrowanych materiałów szyto konfekcję: czapki, nauszniki, rękawice. Któregoś dnia wracając do domu, czy też wlokąc się noga za nogą, po kilkunastu godzinach ślęczenia przy maszynie, zobaczyła kolejkę i wiedziona jakimś impulsem stanęła na jej końcu, jak się okazało po cukier. Z torbą cukru pod pachą, przyłączyła się potem do innej kolejki, tym razem po kiełbasę, mimo że na coś takiego jak wędliny nie bardzo mogła sobie pozwolić. Wracając z tymi zdobyczami do domu była mocno sobą zdziwiona. Wkrótce do drzwi zapukała nieznajoma kobieta, ubrana w habit zakonny i podała jej skrawek papieru, który okazał się grypsem od męża: „Kochana, myślę tylko o Tobie. Prześlij cukier i kiełbasę. Twój kochający Władek”. Wybiegła za zakonnicą, chcąc ją wypytać, skąd ten list znalazł się w jej ręku, ale tamta jakby zapadła się pod ziemię. Mimo zimna, w cienkiej sukience Andersowa dobiegła aż do rogu ulicy: było ciemno i pusto. Gdyby nie ten dowód, świstek papieru, na którym mąż nakreślił kilka słów, mogłaby sądzić, że jej się to wszystko przywidziało. Ale przecież były jeszcze niezrozumiałe w jej sytuacji zakupy: kilogram cukru i pęto kiełbasy! Więc znowu wędrówka po więzieniach i znajome: takowo niet. A jednak Władysław był gdzieś w tym mieście, bezbłędnie rozpoznała jego charakter pisma. Zrozumiała, że musi działać, nie wolno jej załamywać rąk. W swojej desperacji dotarła do prokuratora wojskowego, urzędującego w Hotelu Francuskim. – Jestem żoną generała Andersa – zaczęła ostro – wiem, że go więzicie, ale wszędzie odsyłają moje paczki. Mam chyba prawo wiedzieć, gdzie przebywa mój mąż! Prokurator, mocno zaskoczony jej wtargnięciem, sięgnął jednak po akta, chwilę je studiując. – Jest taki u nas – odrzekł – czeka go sąd. – Będziecie go sądzić za to, że jest Polakiem? Chwilę mierzyli się wzrokiem, Rena opowiadała potem, że była tak wściekła, iż przestała się bać. Tylko jedno ją wtedy obchodziło: gdzie jest Władysław. – Będzie sądzony za przestępstwa przeciw władzy sowieckiej. Ale jak chcecie mu pomóc, weźcie adwokata – cedził słowa Rosjanin –. Prywatnie, obcym adwokat z urzędu nie przysługuje. Obcym– pomyślała – kto tu jest obcy w tym mieście! Zdawała sobie sprawę, że cały „ten sąd”, jak się wyraził prokurator, będzie jedną komedią, ale gdyby znalazł się odpowiedni prawnik, być może coś by to dało. Przyszedł jej na myśl mecenas Landau, który przed wojną bronił za darmo komunistów, w związku z tym teraz mógł czuć się bezpiecznie. Poczekalnia była pełna ludzi, przekazała więc przez kogoś swoją wizytówkę. Adwokat natychmiast poprosił ją do gabinetu. – Czy pan mecenas podejmie się obrony mojego męża? – spytała. – Jak mógłbym odmówić obrony takiego człowieka, jak generał Anders – odparł. – Ale ja nie będę mogła panu zapłacić. Machnął tylko ręką. s. 106-108: – Co mam jej powiedzieć? – spytała Anna ojca. – Czekała na ciebie przez całą wojnę, żyła tylko tym, że się w końcu spotkacie. Ona umrze! Proszę cię, odpraw tę dziewczynę, dopóki nie jest za późno. – Nie mogę – odrzekł. – Dlaczego? Wojenne romanse się zwykle kończą i niewierni mężowie wracają do swoich rodzin. – Nie mogę – powtórzył z taką rozpaczą, że dotarło do niej wreszcie, iż ta sprawa jest poważniejsza, niż sądziła. Mimo to, miała nadzieję, że jego spotkanie z matką coś zmieni, że odezwie się w nim dawne uczucie. Ale on nawet nie chciał się z nią spotkać i to wydało jej się najbardziej nie fair. Na nią chciał zwalić ten obowiązek, tak jakby bał się spojrzeć swojej żonie w oczy. – To ja mam ją zranić! – krzyczała Anna.– Mam zabić własną matkę, dlatego że ty jesteś tchórzem! I wtedy zobaczyła, że ojciec płacze. W tym czasie Ancona oglądała wiele ludzkich dramatów, 2. Korpus miał zostać rozwiązany, jego żołnierzy czekała niejasna przyszłość, albo powrót do Polski, która nie była już ojczyzną wszystkich Polaków, albo gorzki emigrancki chleb. Ogonek ludzi czekał na audiencję u Andersa, był stale zajęty, musiał załatwiać tysiące spraw, a w ich cieniu rozgrywał się jego osobisty dramat. – Musimy o niego walczyć – powiedziała Anna matce. Ale Renata Bogdańska też nie chciała poddać się bez walki, jej atutem była przede wszystkim niezwykła uroda i młodość. Młodość, która bywa egoistyczna, która nie liczy się z nikim i z niczym, jeśli w grę wchodzą uczucia. I Renata postanowiła wykorzystać wszystkie swoje atuty. Jej też nie było łatwo, bo najbliżsi współpracownicy Andersa, jego adiutanci, starsi rangą oficerowie opowiedzieli się po stronie „ starej generałowej”. Lubomirski jej wprost powiedział, że jak ma odrobinę honoru, powinna spakować się i wyjechać. Ale nie wyjechała, nie mogła. Dochodziło do gorszących scen: kiedy Anders wreszcie szedł na spotkanie ze swoją żoną, Renata starała się go powstrzymać. Była tak zdesperowana, iż wybiegła za nim boso, w koszuli nocnej, i na oczach całego Korpusu rzuciła mu się pod nogi. Anders podniósł ją i kazał adiutantowi odprowadzić z powrotem. Sam poszedł dalej. To spotkanie rodziców napełniło Annę nadzieją, że jednak nie wszystko stracone. Matka przytuliła się do ojca, stali tak zwarci ze sobą bardzo długo. I jemu znowu po policzkach popłynęły łzy. Chyba w tym jednym momencie był bardzo bliski, aby poświęcić tamto młode ciało, tamtą miłość dla kobiety, z którą tyle go łączyło. Wszyscy czekali na jego słowa w napięciu, ale wtedy otworzyły się drzwi i wszedł adiutant ojca, Jan Romanowski ( imiennik męża Anny, zresztą jego kuzyn) . Zasalutował i podał generałowi jakiś papier. On przebiegł pismo wzrokiem, podarł je na kawałki, a potem zaraz wyszedł. Później Anna dowiedziała się, iż to Renata Bogdańska prosiła o oddelegowanie jej do Anglii, jeszcze tego samego dnia, z popołudniowym transportem. Ponieważ nikt nie chciał jej raportu dostarczyć Generałowi w chwili, kiedy przebywał ze swoją rodziną, zdecydowała się zanieść go sama. W połowie drogi dogonił ją wierny adiutant ojca... I to już był koniec, Anders odwiedzał rodzinę, ale zawsze ktoś mu towarzyszył, najczęściej któryś z adiutantów, jakby bał się zostać z nimi sam na sam, szczególnie ze swoją córką, bo mówiła mu rzeczy bardzo przykre. Przychodził jak do znajomych na herbatę, rozprawiał o polityce, o planach Stalina wobec Polski, o ewakuacji wojska. Nic osobistego. To bardzo bolało, szczególnie matkę Anny, ale ona też czuła się zraniona tą jego obojętnością. Przecież nawet z matką rywalizowała o uczucia ojca, a teraz weszła pomiędzy nich obca kobieta, w dodatku jej rówieśnica. Odczuwała to jako zdradę. Jeszcze liczyła, że ojciec się opamięta, że za nimi zatęskni. Jednak te nadzieje zniweczył jego wyjazd na Capri. Powiedział iż, wyjeżdża służbowo, ale wygadał się jego adiutant Lubomirski . – Czy ona z wami jedzie?– spytała. – Noo...tak – padła odpowiedź. – W takim razie proszę przekazać mojemu ojcu, że ja też wyjeżdżam i raczej długo się nie zobaczymy. – Pani Hanno, proszę tego nie robić, proszę nie działać pod wpływem emocji, to się wszystko jakoś ułoży... – Jak to się może ułożyć, panie poruczniku, ojciec będzie miał dwie kobiety, jak muzułmanin?

Podziel się opinią

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d4ggwa2
d4ggwa2
d4ggwa2
d4ggwa2