Trwa ładowanie...
d3httiz
d3httiz

23 000

książka
Oceń jako pierwszy:
23 000
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Wydawnictwo
Seria
d3httiz
23 000
Materiały prasowe
23 000

Powieść 23 000 stanowi ostatnią część trylogii Władimira Sorokina, rozpoczętej kontrowersyjnym Lodem. Po Bro, obejmującym czasy poprzedzające akcję części pierwszej, autor wraca do swojej zasadniczej opowieści. Bracia i siostry, uśpieni od wieków w ludzkich ciałach, wkrótce się odnajdą, by we wspólnym kręgu każdy mógł odzyskać swą pierwotną postać świetlistego bytu. Kosmiczny błąd zostanie tym samym naprawiony, a ziemia – to podporządkowane potrzebom ciała piekło – zwróci się ku światłości i wieczności. Na drodze do sukcesu wybrańcom stoją jedynie ludzie – a właściwie puste skorupy ludzkie – którzy przetrwali uderzenie lodowym młotem i zaczynają się organizować przeciw bractwu. Bracia zastawiają na nich pułapkę – zwabiają do chińskiego miasta i w specjalnym obozie każą z pozostałości meteorytu tunguskiego wyrabiać młoty. Wśród więźniów znajdują się główni bohaterowie powieści, Olga i Björn. Sorokin po raz kolejny sięga po mesjanistyczne i nietzscheańskie wątki, by zakończyć swą wizjonerską opowieść o dziejach świata. W mistrzowski sposób tworzy język napromieniowanego mutanta, imituje wywód mordercy rodem z filmu noir, wplata w swoją historię fascynację światem maszyn, kojarzącą się natychmiast z literaturą lat 20. Oprócz niewątpliwych smaczków stylistycznych, Sorokin nasycił powieść szybką, niemal sensacyjną akcją, rozgrywaną w różnych rejonach świata – Rosji, Chinach, Izraelu, Szwajcarii oraz Stanach Zjednoczonych. Sorokin szydzi z historii europejskich totalitaryzmów, łącząc je z wizjami rodem z science fiction. Mordercy wydają się posłańcami miłości, a zbrodnicze systemy – drogą do świetlistej utopii. Gazeta Wyborcza Sorokin stał się postacią kultową we współczesnej literaturze rosyjskiej. Szczególnie cenią go młodzi. Jego powieści, pełne śmierci, przemocy i seksu, budzą niepokój. The New York Review of Books

23 000
Numer ISBN

978-83-7414-354-7

Wymiary

125x195

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

336

Język

polski

Fragment

Z czyjego łona lód wychodzi? A szron niebieski kto rozmnożył? Księga Hioba, 38. 29 Mięso się kłębi Pomarańcza wciąż leżała pod kredensem. Chłopiec położył się na podłodze, wsunął rękę pod mebel i wyciągnął się w stronę pomarańczy. Ale nie dosięgał jej. Palcami wymacał kurz i podeschniętą pestkę z wiśni. – Kotipies! – gniewnie wymamrotał chłopiec w kierunku ciemności pod kredensem. Odrzucił pestkę i pogroził pomarańczy pięścią. Uniósł się na kolankach. Chwilę klęczał, dłubiąc w nosie. Wstał, rozejrzał się. Na blacie kredensu między cukiernicą, butelką keczupu i puszką kawy rozpuszczalnej leżała zapomniana przez mamę różowo-srebrna puderniczka. Chłopiec wziął ją, poobracał w rękach, otworzył. Z okrągłego lustereczka spojrzał na niego jasnowłosy chłopiec z dużymi, nieco wyłupiastymi jasnoniebieskimi oczami, wielkimi odstającymi uszami, malutkim spłaszczonym nosem i małą, zawsze mokrą i pytająco otwartą buzią imbecyla. – Witam, witam, Mickeyu Rourke – rzekł chłopiec, zamknął puderniczkę i odłożył ją. Wysunął szufladę z kredensu. W szufladzie leżały sztućce. Chłopiec wziął łyżkę, położył się na podłodze i spróbował łyżką sięgnąć po pomarańczę. Nie udało się. – Ja cię, Czeczeńcu jeden, przyskrzynię! – ryknął chłopiec w stronę zakurzonego linoleum i zastukał łyżką pod kredensem. – Come on! Come on! Come on! Nieosiągalna pomarańcza leżała w półmroku. Chłopiec usiadł. Popatrzył na łyżkę. Stuknął nią w kredens. Wstał i lekko zaczepił głową o wysuniętą szufladę. – M-m-m! Kotipies... – Z niezadowoleniem rozmasował głowę, rzucił łyżkę do szuflady. Wziął nóż stołowy. Obrócił go w rękach. Porównał z łyżką. – Taki sam kotipies. Wrzucił nóż do szuflady. Wsunął szufladę. Podszedł do kuchenki elektrycznej. Nad nią na ścianie wisiały: durszlak, dwuzębny widelec, łyżka cedzakowa, chochla, wałek do ciasta. Chłopiec zatrzymał wzrok na wałku: – O! Stanął na palcach, wyciągnął rękę po wałek. I z trudem dotknął palcami jego chropowatej drewnianej końcówki. Wałek się zakołysał. Chłopiec spojrzał na niego. Potem podsunął krzesło do kuchenki, wszedł na nie. Wyprostował się. Chwycił ręką wałek. Ale do jego rączki z dziurką i sznureczkiem wciąż było daleko. – Ech, kotipies... – Nie wypuszczając wałka, chło piec podniósł lewą bosą stopę i postawił ją na palniku. Poszarpał wałek. Ale krótka sznurkowa pętelka nie chciała się ześliznąć z drewnianego zaczepu. Sapiąc, chłopiec zaczął podciągać prawą nogę. To było niewygodne. Chwycił za wałek mocniej, pomagając prawej nodze: – Up grade, grubasie... Odbił się nogą od krzesła, gwałtowniej stanął na płycie, zachwiał się, balansując, i obiema rękami chwycił za wałek. Sznurkowa pętelka się naciągnęła. I zeskoczyła z haczyka. Chłopiec pierdnął. I z wałkiem w rękach zaczął upadać na wznak. – Hopla... – Czyjeś silne ręce z lekkością go pochwyciły. I od razu postawiły na krześle. Chłopiec odwrócił głowę. Stał za nim nieznajomy mężczyzna. – Misza, Misza... – Tamten z wyrzutem pokręcił głową. – No, jak tak można? Mężczyzna był wysoki, miał szerokie ramiona i opaloną dobrotliwą twarz. Jego szmaragdowoniebieskie oczy patrzyły przyjaźnie. Silnymi rękoma ostrożnie podtrzymywał chłopca. Jego ręce przyjemnie pachniały. – Co, postanowiłeś zostać kaskaderem? – zapytał i uśmiechnął się szeroko, odsłaniając mocne białe zęby. – Nie-e... – odburknął zaniepokojony chłopiec, ściskając w rękach wałek. Mężczyzna zdjął go z krzesła i postawił na podłodze. Przykucnął obok. Jego uśmiechnięta twarz znalazła się naprzeciw twarzy chłopca. Na policzku mężczyzna miał niewielką szramę. Krótko ostrzyżone na jeża rudawe włosy sterczały. – Jak chcesz wydostać spod kredensu pomarańczę, to lepiej będzie to zrobić nie wałkiem, tylko mopem. Wiesz dlaczego? – Nie-e. – Chłopiec patrzył na nieznajomego spode łba swoimi wielkimi, przezroczystymi, niebieskimi oczyma. – Bo wałkiem twoja babcia wałkuje ciasto na drożdżowe bułeczki. A mopem mama przeciera podłogę. A przecież lubisz bułeczki z nadzieniem jajecznym? – Aha. I pulpety lubię. – No więc, niech wałek służy do wałkowania bułeczek. Mężczyzna wyjął wałek z rąk chłopca i odwiesił go na miejsce. – A twoją pomarańczę zaraz wydostaniemy. Nieznajomy pewnym krokiem wyszedł z kuchni, otworzył drzwi do toalety, wziął mopa i wrócił z nim do chłopca. Nachylił się do samej podłogi i z łatwością wyturlał pomarańczę spod kredensu. Opłukał ją pod kranem, wytarł ręcznikiem kuchennym i podał chłopcu. – Jedz, Misza. I ubieraj się. Mama na ciebie czeka. – A gdzie ona jest? – zapytał chłopiec. – U cioci Wiery. Na Piatnickiej. Pamiętasz ciocię Wierę? Tę, która ci dała dinozaura? – Tak. – Tego dinozaura to ja kupiłem. W Świecie Dziecka. – A pan... to kto? – Jestem mężem cioci Wiery. Michaił. – Mężczyzna wyciągnął wielką dłoń. – Miło mi poznać mojego imiennika! Chłopiec podał mu rękę. Silne opalone palce ostrożnie oplotły się wokół dłoni chłopca. Na dworze zaszczekały psy. Mężczyzna podszedł do okna, spojrzał za firankę. Chłopiec zaczął obierać pomarańczę. – Sam się ubierasz czy mama ci pomaga? – zapytał mężczyzna, patrząc przez okno. – Sam. – Świetnie. – Mężczyzna zasunął firankę. – Jak miałem sześć lat, też już sam się ubierałem. I umiałem jeździć na rowerze. A ty masz rower? – Yhy. Na daczy, u babci. Ale Tolik wykrzywił przednie koło. Pluje. – Chłopiec dłubał w pomarańczy. – Tolik? – zapytał mężczyzna. – Rower. A Tolik nie pluje. Włazi przez płot do Mochnacza. I wszystko im kradnie. Mężczyzna wziął wdech i wydech. – Wiesz co, Misza, chodź, ja ci obiorę pomarańczę. A ty się w tym czasie ubieraj. – A co, pojedziemy na daczę do cioci Wiery? – Właśnie tak. – Mężczyzna zabrał chłopcu pomarańczę. – Lepiej nie traćmy już czasu. Trzeba się wykąpać. Skwar przecież taki... Zresztą nie mam ochoty stać w korkach. No już, już, Miszka! Chłopiec pobiegł do sypialni. W przedpokoju koło drzwi wejściowych stała wielka niebieska walizka. – A to pana walizka? – krzyknął chłopiec. – Moja – odpowiedział mężczyzna. – A co tam jest? – Nic! – zaśmiał się mężczyzna. – Ubieraj się, kaskaderze! Chłopiec wszedł do sypialni. Zdjął z oparcia krzesła szorty i zaczął je wkładać. Ale zobaczył leżącego na poduszce i częściowo przykrytego kołdrą pluszowego dinozaura. Obok dinozaura leżała bryłka lodu. Od topniejącego lodu na poduszce rozpływała się plama. – Ach ty, grubasie jeden! – Plącząc się w szortach, chłopiec podbiegł do łóżka i zrzucił lód na podłogę. – Zsikałeś się! Up grade, up grade! Chłopiec wciągnął szorty, włożył koszulkę i sandały. Potem podniósł bryłkę lodu i pobiegł z nią do kuchni. – Lód się zsikał! W kuchni mężczyzna siedział na krześle i z uśmiechem patrzył na wbiegającego chłopca. Obok na stole leżała nieobrana pomarańcza. Chłopiec wrzucił lód do zlewu. Mężczyzna wstał z krzesła. – Ubrałeś się? Świetnie. Wyjął telefon komórkowy, wybrał numer: – Tak. Schował komórkę w kieszeni. – Misza, czas na nas. – A pomarańcza? – Chłopiec zadarł głowę i spojrzał na nią. – Potem. Wszystko potem... – Mężczyzna wyjął z kieszeni niewielki spray z gazem, dokładnie zakrył sobie dłonią nos i prysnął sprayem na chłopca. Chłopiec potrząsnął głową, zmrużył oczy. Odwrócił się, zakrywając twarz rękami. Zachrypiał. I wybiegł z kuchni. W korytarzu nogi się pod nim ugięły i zaczął się osuwać. Na ręce wchodzącego do mieszkania drugiego mężczyzny. Który pochwycił chłopca i od razu zaniósł do sypialni. Z kuchni, nadal jeszcze zatykając nos, wybiegł mężczyzna, który przyszedł wcześniej. Obaj pochylili się nad chłopcem. Pierwszy mężczyzna był wyższy. Bracia Światłości nazywali go Dor. Drugiego, o bujnej blond czuprynie, z małą jasną bródką, zwali Jasto. Obaj mieli silne, opalone i muskularne ręce. Te ręce zaczęły teraz zwinnie pracować: wydostały małą strzykawkę z brązowawą cieczą, zrobiły chłopcu szybki zastrzyk w ramię, rozebrały go do naga, założyły mu pampersa. Dor przyniósł niebieską walizkę, otworzył. W walizce leżał koc z wielbłądziej wełny. Mężczyźni ostrożnie zawinęli chłopca w koc, zostawiając odsłoniętą tylko twarz. Niebieskie, przezroczyste po bokach nieruchome oko patrzyło na nich w zamyśleniu. – Śpi – mruknął Jasto. – Ci dwaj są na dole? – wyszeptał Dor. – Tak. – Winda? – Wciąż nie działa. – No to ty niesiesz. – Ja. Pochwycili bezwolne, pobladłe ręce chłopca i na minutę zamarli, zamykając oczy. Następnie ocknęli się, zamknęli walizkę. Jasto bez wysiłku podniósł ją i doniósł do drzwi. Postawił. Uchylił drzwi, obaj zamarli, wsłuchali się. Na klatce schodowej panowała cisza. Dor i Jasto spojrzeli sobie w szmaragdowoniebieskie i szarawoszafirowe oczy. I gwałtownie się objęli, w jakimś dzikim szale, z wielką siłą przylgnęli do siebie klatkami piersiowymi. Z ich ust wyrwały się słabe, głuche dźwięki, silne ręce się zacisnęły, napięły, zamarły. Głowy im zadrżały. Serca przemówiły. – Dor... – wychrypiał Jasto. – Jasto... – Dor wypuścił powietrze z płuc. Obaj jęknęli i gwałtownie się odepchnęli, odsunęli. Natychmiast doszli do siebie. Uspokoili się. Nabrali powietrza do płuc. I płynnie je wypuścili. Dor wyszedł za drzwi. I zaczął schodzić po schodach: winda nie działała. Jasto chwilę poczekał, po czym z walizką ruszył za nim. Dor ostrożnie zbiegał w dół po schodkach, lekko niosąc swoje silne, wysportowane ciało. Między parterem a pierwszym piętrem tego piętnastopiętrowego bloku z wielkiej płyty od czasu do czasu nocował bezdomny Walera Sopleuch. Ostatnią noc spędził na klatce schodowej ze swoją przyjaciółką Zulfiją. Przed chwilą go obudziła, żądając piwa. Klęcząc i ochryple klnąc, Sopleuch szperał po brudnych kieszeniach, wydłubując drobniaki, jakie mu zostały z poprzedniego dnia. Słysząc, że ktoś schodzi z góry, podniósł głowę i zaintonował z przyzwyczajenia: – Rodacy, dajcie byłemu nurkowi na ugaszenie pragnienia! Schodząc do nich po schodach, Dor wsunął rękę do kieszeni. Bezdomni dostrzegli go. – Człowieku, nie bądź łachem, ja przecież też... – zaczął mówić Sopleuch, ale nie dokończył zdania. Dor zdecydowanie i z potworną siłą uderzył go w głowę kastetem. Rozległ się słaby trzask pękającej czaszki. Zulfija cofnęła się, otwierając bezzębne usta. Dor doskoczył do niej i grzmotnął ją w nos. Z całą siłą stuknęła głową w wymazaną graffiti ścianę. Sopleuch bezdźwięcznie padł na podłogę. Dor przeszedł nad nim, owinął kastet chusteczką do nosa, schował do kieszeni, ruszył w dół. Jasto schodził wolniej, ostrożnie niosąc walizkę. Przechodząc między leżącymi na posadzce bezdomnymi i zezując na drgające i przesiąkające moczem nogi Zulfii, instynktownie uniósł walizkę wyżej, zszedł na parter, minął windę z tablicą ogłoszeniową i wyszedł na podwórze, zahaczając lewą ręką za stalowy zadzior na futrynie drzwi wejściowych. Na dworze było gorąco i słonecznie. Przed klatką schodową stało zakurzone żiguli. Za kierownicą siedział łysawy niebieskooki blondyn w szarej koszulce i patrzył na trzy zaniepokojone bezpańskie psy, ujadające na niego. Jak tylko psy zobaczyły Jasto, zaczęły ujadać jeszcze zacieklej i odbiegły nieco od samochodu. Jasto położył walizkę na tylnym siedzeniu i usadowił się koło kierowcy. Żiguli ruszyło, wyjechało z podwórza. – To już? – zapytał kierowca. – Już – odpowiedział Jasto. – Psy... – wymamrotał kierowca. – Wyczuwają nas, co? – Jasto uśmiechnął się nerwowo. – Nie wiedziałem o tym wcześniej. – Masz młode serce, Moho. – Jasto zbliżył do ust zadrapaną rękę i wyssał kapiącą kroplę krwi. Żiguli wjechało na ulicę Ostrowitianowa. I od razu ruszył za nim masywny ciemnogranatowy jeep lincoln navigator. Za kierownicą siedział chudy Ire, obok niego – Dor. – Dokąd? – zapytał Ire. – Sami zdecydują. – Dor, całkowicie wyczerpany, skrył w dłoniach swoją męską twarz. Żiguli skręciło na ulicę Profsojuzną, przejechało jeszcze kawałek i stanęło. Lincoln zatrzymał się obok. Dor wyskoczył, otworzył tylne drzwi. Jasto wysiadł z żiguli i podał mu walizkę. Dor położył walizkę na tylnym siedzeniu, usiadł obok, Jasto od zewnątrz zatrzasnął drzwi jeepa. Lincoln navigator od razu ruszył, gwałtownie wyjechał zza żiguli. W ślad za nim ruszył czarny mercedes S 500 z przyciemnionymi szybami i z niebieskimi numerami milicyjnymi. W środku siedzieli Obu, Tryw i Merog w mundurach oficerów milicji. Obu przyłożył do ucha komórkę. – To ja. – Idę – odpowiedział przez swoją komórkę Ire, przepuszczając mercedesa naprzód. Dor otworzył solidny zamek niebieskiej walizki, uniósł wieko. Chłopiec spał w kocu. Jego twarz lekko się zaróżowiła. Dor wziął rękę chłopca. Była zimna i bezwolna. Pochylił się nad chłopcem, przyłożył jego dłoń do swojej piersi i na chwilę zamknął oczy. Nieoczekiwanie na prawym pasie zderzyły się dwa samochody i jeden z nich zahaczył o jeepa. Lincolnem wstrząsnęło, wpadł w wir. Dor objął rękami walizkę, przytrzymując ją na siedzeniu. – A-a-a! – Ire zaczął wrzeszczeć, upuszczając komórkę, ale panując nad kierownicą. – Nie zatrzymuj się! – Dor spojrzał do tyłu. – Kim oni są? – Mięso, mięso... – uspokoił go Dor, patrząc na zatrzymujące się samochody. – Zwykły wypadek. Lincoln mknął naprzód. Uszkodzony tylny błotnik sterczał. Na światłach zatrzymali się obok mercedesa. Dor otworzył drzwi i przekazał walizkę Merog, który ułożył ją obok siebie na tylnym siedzeniu. Mercedes ruszył gwałtownie z miejsca na czerwonym świetle. Merog otworzył walizkę, spojrzał na śpiącego chłopca. Zamknął swoje kasztanowo-niebieskie oczy. Jego twarz natychmiast jakby skamieniała. Skręcili na moskiewską obwodnicę MKAD. Nieoczekiwanie mercedesem szarpnęło. I słabo zastukała przebita opona. Obu zaczął wykręcać na prawo i stanął na poboczu. Mercedes przechylił się na prawy bok. Siedzący w samochodzie w napięciu spojrzeli po sobie. Merog zamknął walizkę, wyjął z torby sportowej pistolet z tłumikiem. Tryw wyciągnął spod siedzenia karabin maszynowy krótkolufowy, odbezpieczył. Obu wyjrzał przez okno. – Oba koła z prawej. To nie przypadek. – Są dwa zapasowe? – zapytał Merog. – Są, chwała Światłości – odparł Obu i zabrał Tryw automat. – Zmieniaj opony. I od razu połączył się z Dor. – Stoimy. Złapaliśmy dwie gumy. To nie przypadek. Potrzebni są bracia. – Idę – odpowiedział Dor. – Nie! To niebezpieczne. Sterczy ci zderzak. – To nic strasznego. – Przyciągniesz mięso. – Wierzę sercu, Obu. Idę do was. – Dor, potrzebujemy braci! Mięso się kłębi. Znam to. – Wzywam Osłonę. – To niebezpieczne! Mięso ich czuje. Potrzebujemy po prostu braci! – Wzywam ich. Tryw wyszedł, zaczął zmieniać pierwszą oponę. Jeep z odstającym zderzakiem minął ich i zatrzymał się dziesięć metrów dalej. Obu opuścił przyciemnianą szybę. Do mercedesa podjechała biała toyota patrolu drogówki z migającym kogutem. Wysiadł z niej tęgi podporucznik z nabrzmiałą, niezadowoloną twarzą, niezapalonym papierosem w pulchnej dłoni, zasalutował. – Cześć i czołem! Dalej kręcąc podnośnik, Tryw podniósł głowę. – Cze. – Oba naraz? No nieźle! Jak to mówią, i koń się potknie, i merc zawiedzie. Pomóc? – Pomóż, jeśli się nie śpieszysz – odpowiedział Merog zamiast Tryw, opuszczając przyciemnianą szybę i trzymając w pogotowiu pistolet. – Bo ja żem wczoraj rękę oparzył, a porucznik Warennikow (kiwnął na Obu) nabawił się przepukliny lewego jądra po wysiłku seksualnym! Obu, Merog i Tryw roześmiali się. – I takie rzeczy się zdarzają w naszej ciężkiej robocie... – Podporucznik uśmiechnął się i ziewnął nerwowo, poklepał się po kieszeniach. – Zaraz, panowie, pomożemy. Pomóc swoim – to rzecz święta... Kurde, gdzie ja ją... jak zawsze w samochodzie... Odwrócił się. – Alosza, podrzuć ognia! Drzwi toyoty się otworzyły i z samochodu wyskoczył sierżant drogówki z kałasznikowem. W ręce podporucznika szczęknął otwierający się wąski nóż. – Masz! – Poczerwieniały ze zdenerwowania podporucznik w mgnieniu oka wycelował w szyję, ale ostrze utkwiło w ramieniu uchylającego się przed ciosem Tryw; w tym momencie celna kula, którą wystrzelił Merog przez okno mercedesa, przeszyła głowę tęgiego podporucznika. Sierżant otworzył ogień. Kule drasnęły Tryw, rykoszetem odbijając się od opancerzonego mercedesa. Dor otworzył drzwi bagażnika jeepa i wystrzelił długą serię w toyotę. Rozprysnęła się przednia szyba, przeszyty kulami podporucznik padł. Ze skręcającego srebrnego jeepa wysunął się kałasznikow z załadowanym granatnikiem podlufowym. Granatnik wystrzelił w niebieskiego jeepa. Wybuch rozniósł samochód, odrzucając odbiegającego Dor. Obu opuścił szybę w tylnych drzwiach i wystrzelił długą serię w jeepa. Jeep wbił się w dostawczą gazelę, z jego rozpryskujących się okien ktoś zaczął strzelać. Kilka samochodów na lewym pasie autostrady zderzyło się, jeden zapłonął. Obu, Merog z okien mercedesa i podnoszący się z drogi Dor otworzyli ogień w kierunku jeepa. Rozpędzona cysterna na mleko zaczęła hamować, wymijając płonące samochody, ale zabłąkana kula trafiła kierowcę w gardło. Cysterna skręciła w prawo i wbiła się w czarnego mercedesa. Żółta cysterna z niebieskim napisem „Mleko” zaczęła się zgniatać i przełamała się na pół. Mleko chlusnęło do wnętrza mercedesa przez otwarte okna. Krztusząc się mlekiem, Obu i Merog zaczęli wyciągać z samochodu walizkę z chłopcem. Obu był ranny w szyję i stopniowo tracił siły. Mleko momentalnie wypełniło samochód, Merog wymacał klamkę tylnych drzwi, otworzył je i razem z walizką wypłynął na drogę. Obu zakrztusił się mlekiem i został w maszynie. Mleko chlustało na asfalt z otwartych tylnych drzwi mercedesa. Merog złapał walizkę, usiadł, rozejrzał się. Ruch na obwodnicy ustał. Dwa samochody i wysadzony w powietrze lincoln navigator płonęły. W srebrnym jeepie nikt nie dawał znaku życia. Od palącego się lincolna do Merog szedł, zataczając się, Dor. Wybuch mocno go okaleczył. Swoje ostatnie kroki na ziemi stawiał, ściskając w prawej ręce karabin maszynowy, a lewą podtrzymując swoje wnętrzności, gotowe wylecieć z rozerwanego brzucha. Okrwawiona i osmalona twarz była nie do poznania. – Zbierz Krąg Mocy – wychrypiał Dor i runął na ziemię. Jego krew zmieszała się z mlekiem. Merog drgnął całym ciałem, zazgrzytał zębami, złapał automat, który wypadł z okrwawionej ręki Dor, podniósł walizkę, przeskoczył przez barierkę i rozbryzgując krople mleka, rzucił się do przydrożnego rowu, a z niego po trawie, przez chaszcze – ku majaczącym nieopodal blokom peryferyjnego blokowiska – Tiopłyj Stan. Ze stojących samochodów wysunęli się ośmieleni ludzie. – O, o, to on! – Ludzie, łapcie go! – A ty gdzie, kutafonie jeden, stój! – Co za koszmar! – Nikita, dzwoń na milicję! – No jak, on sam jest psem! Wilkołak, kurwa! – Łap padalca! – Przecież tutaj zaraz jest posterunek drogówki – o rzut beretem! – Słyszeli strzelaninę, na pewno już jadą! Wielu ludzi dzwoniło z komórek. Merog pobiegł przez krzaki, minął garaże i wyskoczył na ulicę generała Tiuleniewa. W takie niedzielne przedpołudnie ulica była pustawa, od czasu do czasu przejeżdżały nią pojedyncze samochody. Przechodniów też było niewielu. I właściwie nie szli, tylko stali, wsłuchani w to, co się dzieje na obwodnicy. Merog stanął za małym srebrzystym blaszanym garażem – „muszlą” , postawił walizkę na ziemi, wytarł mokrą od mleka twarz i rozejrzał się. Pod klatką schodową bloku rozmawiały w ożywieniu trzy kobiety, próbując przez drzewa i krzaki przyjrzeć się temu, co dzieje się na obwodnicy. Grupa dzieciaków wyskoczyła z drugiej klatki schodowej i pobiegła w tamtą stronę. A stamtąd dobiegł głuchy wybuch – najwyraźniej eksplodował bak płonącego samochodu. Przejeżdżający obok zielony daewoo nexia zatrzymał się. Chudy, ponury i przygarbiony kierowca z papierosem w ustach wysiadł, stanął na palcach i popatrzył w stronę obwodnicy. – Co tam się, kurwa, dzieje? – głośno rzucił pytanie w przestrzeń. – Terroryści – odpowiedział Merog, wyglądając zza blaszanego garażu i skierował na mężczyznę automat. – Stój, nie ruszaj się. Mężczyzna ponuro spojrzał na Merog. I na jego ociekające mlekiem milicyjne pagony. Merog podniósł lewą ręką walizkę, podszedł do samochodu. – Otwieraj tylne drzwi. Kiedy szedł, mleko głośno chlupotało w jego butach. Mężczyzna ponuro i w napięciu patrzył na mokrego od stóp do głów i okapującego mlekiem Merog. – Liczę do jednego. – Krótka lufa utknęła w chudym brzuchu mężczyzny. Mężczyzna ocknął się. I otworzył tylne drzwi. – Siadaj za kierownicą. Tylko powoli. Lufa wbiła się w chude plecy. Mężczyzna zaczął się wsuwać za kierownicę. Od strony obwodnicy MKAD dały się słyszeć syreny milicyjnych wozów. Merog położył walizkę na tylnym fotelu, poczekał, aż mężczyzna ulokuje się, i sam siadł z tyłu, obok walizki. – Ruszaj! – Merog wsunął lufę automatu między przednie siedzenia. Mężczyzna chwycił za dźwignię skrzyni biegów. Z lufy skapnęła kropla mleka. Spadła na kościstą pięść kierowcy. Którą wrzucił jedynkę. Samochód ruszył. – Szybciej – rozkazał Merog. Przygarbiony kierowca dodał gazu. Merog wyjął z jego ust zapalonego papierosa i wyrzucił przez okno. Samochód dojechał do rozwidlenia dróg. – Na prawo – polecił Merog. Nexia skręciła w ulicę Tiopłyj Stan. Merog uchylił walizkę: chłopiec cały czas spał w kocu. Merog zamknął walizkę, wsunął rękę do lewej mokrej kieszeni spodni. Kieszeń była pusta – telefon komórkowy został w samochodzie. – Daj mi swoją komórkę – nakazał kierowcy. Mężczyzna wyjął telefon z kieszeni na piersi bezrękawnika i nie odwracając się, podał do tyłu. Merog wziął, zaczął wybierać numer. – Tam tego... nie doładowałem go – powiedział kierowca. Merog rzucił komórkę pod swoje nogi. Dojechali do kolejnego skrzyżowania. – Na prawo – rozkazał Merog. Pojechali ulicą profesora Winogradowa. Na niebie dał się słyszeć warkot helikoptera. Merog otworzył swoje okno, wysunął głowę, spojrzał do góry: helikopter leciał całkiem niewysoko. Puch z topoli przyczepił się do rzęs niebiesko-piwnego oka Merog. Otarł puch ręką, rozejrzał się wokół. Ulica się urwała. To była ślepa uliczka. Na lewo po drodze stały bloki, po prawej stronie zieleniał park. – Na lewo. Pod blok – nakazał Merog. Przygarbiony skręcił. – Zaparkuj. Nexia podjechała pod blok i stanęła obok innych samochodów. – Zgaś silnik. Przygarbiony zgasił silnik. Merog zaczął zamykać swoje okno. – Zamknij okno. Mężczyzna wykonał polecenie. – Teraz się rozbieraj. – Co? – Koszula, dżinsy. Tylko błyskiem, jasne? Mężczyzna zdjął koszulę. Pod nią było chude, blade ciało z wytatuowaną na ramieniu kotwicą. Merog zabrał koszulę. Wiercąc się na siedzeniu, mężczyzna zdjął szorty. Merog wziął je. Mężczyzna spojrzał z ukosa do tyłu. Na jego skroni i nosie wystąpił pot. – Patrz przed siebie. Przygarbiony popatrzył przed siebie na zastawione samochodami i blaszanymi garażami podwórze. Merog mocno uderzył go pięścią w kark. Głowa z rzadkimi, byle jak podstrzyżonymi włosami poleciała do przodu, szczęknęły zęby mężczyzny. Padł głową na siedzenie obok. Merog zdjął z siebie mokrą koszu lę i spodnie, włożył koszulę przygarbionego. Była mała i mocno obcisnęła muskularny tors Merog. Szorty też były przyciasne. Merog znalazł przycisk do otwierania bagażnika, nacisnął go. Wyszedł, pogrzebał w bagażniku, wyjął dużą plastikową reklamówkę. W samochodzie schował do reklamówki automat. Wziął walizkę do jednej ręki, reklamówkę z automatem do drugiej i powoli ruszył w kierunku bloków. Nieoczekiwanie w tył głowy z dużą siłą uderzył go przelatujący gołąb. Merog aż kucnął. Gołąb upadł na asfalt i zaczął się tłuc, rozwiewając skrzydłami kłęby puchu z topoli. Merog obejrzał się na gołębia i przyśpieszył kroku. Minął dwa wysokie bloki i skierował się do klatki schodowej trzeciego, nacisnął pierwszy lepszy guzik domofonu. – Kto tam? – zapytał czyjś głos. – Pani mnie wpuści, roznoszę ulotki – odpowiedział Merog. Żelazne drzwi zapiszczały, wszedł i ruszył do góry po schodach. Minął dwa piętra, zatrzymał się. Postawił walizkę. Spojrzał przez uchylone okno klatki schodowej: na placu wokół bloku było spokojnie. Z oddali dochodziło wycie syren i warkot helikoptera. Merog zamknął oczy i przycisnął czoło do niedawno umytej szyby. Otworzył usta. W skupieniu zastygł, przestał oddychać. Jego serce przemówiło. U góry dało się słyszeć szuranie nogami. Merog otworzył oczy. Stuknęło wieko zsypu. I kobiecy głos coś wymamrotał z niezadowoleniem. Brzdęknęły butelki. Merog nabrał powietrza do płuc. Chwycił walizkę i szybko pobiegł po schodach na górę. Między trzecim i czwartym piętrem korpulentna kobieta w różowym szlafroku męczyła się z uszkodzonym wiekiem zsypu. – No, co za świnie, no... – mamrotała, zamykając i otwierając pokrywę. Lufa automatu utknęła w jej boku. – Aj! – pisnęła i odwróciła się ze złością. – Stój, nie ruszaj się. Kobieta otworzyła usta, ale widząc automat, nie odezwała się. I od razu bardzo pobladła. Jej pełne, nieumalowane usta zbielały. – Czego... – Cofnęła się. – Kto jest w domu? – Mama... i... tego... córka. – Wracaj do domu. – Pieniędzy nie... tylko półtora tysiąca... – Nie potrzebuję twoich pieniędzy. – Popchnął ją. – A czego... czego pan chce? – cofała się. – Schować się na godzinę. Będziesz grzeczna – nie ruszę nikogo. Zaczniesz się drzeć – rozwalę wszystkich. Kobieta skierowała się do niedomkniętych drzwi. Weszła do dwupokojowego mieszkania. Głośno grał telewizor. W kuchni ktoś smażył kurczaka. Merog postawił walizkę w przedpokoju, zatrzasnął drzwi. Kobieta poszła do dużego pokoju. Wyłączyła telewizor. Coś powiedziała szeptem. Merog zajrzał do pokoju: kobieta stała, przytulając do siebie dziesięcioletnią dziewczynkę. – Wszystkie do łazienki! – rozkazał Merog. – Posiedzicie tam, póki nie wyjdę. Kobieta i dziewczynka wycofały się z pokoju. Dziewczynka z ciekawością patrzyła na Merog. – Powiem tylko mamie... słabo słyszy... – wymamrotała kobieta. – Mów. Byle szybko. Kobieta z dziewczynką poszły do kuchni. Merog za nimi. W kuchni pulchna i niewysoka staruszka smażyła na patelni filety z kurczaka. Kobieta podeszła i wyłączyła kuchenkę elektryczną. – O co ci chodzi? – głośno zdziwiła się staruszka. – Mamo, tu jest facet z bronią! – wykrzyczała jej kobieta do ucha. Stara się odwróciła. Merog stał w drzwiach z automatem uzi w ręku. Stara wlepiła w niego wzrok. – Posiedzimy w łazience, póki on sobie nie pójdzie! – znów krzyknęła kobieta starej do ucha. Staruszka trzymała w krótkich rękach widelec i przybrudzoną ścierkę, i patrzyła na Merog. On otworzył drzwi do łazienki na oścież, zapalił światło. – No już! – Mamo, chodźmy szybko! – zawołała kobieta, popychając starą. Z widelca skapnęła kropla tłuszczu z kurczaka. Stara, wytrzeszczając oczy na obcego i nie wypuszczając z rąk widelca i ścierki, weszła do łazienki. Za nią matka i córka. – A pan może z Czeczenii? – zapytała dziewczynka. – Nie – odpowiedział Merog. – Gdzie narzędzia? – Jakie? – zdziwiła się kobieta. – Ślusarskie. – Ale my... to nie... tutaj, w szafie wnękowej coś zostało. Merog zamknął za nimi drzwi, poszperał w szafie wnękowej, znalazł młotek i kilka gwoździ. Położył automat na zadeptanym parkiecie, szybko zabił gwoździami drzwi do łazienki. Dziewczynka się rozpłakała. Matka zaczęła ją uspokajać. Potem sama zaczęła płakać. – A ten co? Czego chce? Co oni – podkładają bomby? – głośno pytała stara. Merog wziął walizkę, przeniósł ją do dużego pokoju. Strącił ze stołu wazon z bukietem rumianków, kupkę czasopism kobiecych i ciśnieniomierz. Postawił na stole walizkę. Otworzył. Chłopiec spał w kocu w pozycji embrionalnej. Merog ostrożnie odwrócił go na plecy. Nie zwracając uwagi na twarz śpiącego, uważnie obejrzał jego pierś. Koniuszki palców przesunął po jego obojczyku i dotknął klatki piersiowej. Palce Merog zamarły. I zadrżały. Nagle cały drgnął, odsunął się od chłopca. Upadł na kolana. Wymiotował na dywan. Szybko wytarł usta, wziął głęboki wdech i wypuścił powietrze z płuc. Wstał. Znalazł telefon, podniósł słuchawkę, wybrał numer. – Jestem sam. – On jest z tobą? – zapytał głos. – Tak. Profesora Winogradowa. Na samym końcu. – Czekaj. Merog odłożył słuchawkę. Westchnął z ulgą, podszedł do okna, wyjrzał. Na podwórzu pod blokiem i na ulicy wciąż było cicho i spokojnie. Słońce przypiekało, puch z topoli unosił się w powietrzu, pojedynczy przechodnie szli nieśpiesznie. Przejechał volkswagen i dwaj rowerzyści. Merog ziewnął nerwowo, wytarł mokre włosy zasłonką. Wrócił do walizki. Znów zbliżył się do chłopca, ale zazgrzytał zębami, zajęczał, odsunął się, uderzył pięścią w oparcie krzesła. Oparcie trzasnęło i rozpadło się. Rozcierając rękę, Merog poszedł do kuchni. W łazience kobiety cicho pochlipywały i popiskiwały. Merog z obrzydzeniem rzucił spojrzenie na patelnię ze smażonym kurczakiem, wziął z rozkładanego stołu pomidora i jabłko. Patrząc przez okno, zaczął na przemian odgryzać kęsy i jeść. Ulicą Winogradowa powoli przejechał szeroki sześciokołowy ciągnik do holowania. Na jego platformie stała koparka gąsienicowa w kolorze pomarańczowym, z ogromnym czerpakiem. Ciągnik przemieszczał się z wielkim trudem, omal nie zahaczając o zaparkowane samochody. W parku leśnym dał się słyszeć narastający ryk silników Diesla. Dwa potężne buldożery, łamiąc młode drzewa i kalecząc stare, wypełzły z masywu leśnego na ulicę i pojechały naprzeciw ciągnika. Za nimi, potwornie buksując, łamiąc z trzaskiem krzaki, zaczął wyjeżdżać dźwig z teleskopowym wysięgnikiem. Merog nagle przestał przeżuwać. Cisnął w kąt niedojedzony pomidor i jabłko. Przez podwórze do klatki schodowej sunęły tyłem dwie betoniarki. Ich bębny były uruchomione, obracały się. Jeszcze jedna betoniarka wyjechała zza rogu sąsiedniego bloku, zaczęła skręcać na ulicę i stanęła przed nadciągającym buldożerem. Kierowca buldożera wysunął się z kabiny i coś krzyknął do kierowcy betoniarki. Ten wyłączył silnik, wychylił się, zeskoczył na ziemię, zapalił papierosa i z uśmieszkiem spojrzał na buldożer. Z buldożera też wysiadł kierowca, podszedł. – Skąd jesteś? – Z szóstego – odpowiedział uśmiechnięty chłopak. – No? – Kierowca buldożera zmrużył pytająco oczy. – I coś się tu wepchał? Jak ja teraz wejdę w zakręt? – Ziomuś, coś się tak podjarał? Tam ich jeszcze jedzie od chuja! – A my gdzie? – Chochriakow wszystko powie. Chodź, zapalimy. – A co mnie Chochriakow... ja mam jeszcze trzy razy obrócić! – Rozdrażniony kierowca betoniarki podrapał się. – Szefo wie lepiej! – Drugi ziewnął z uśmiechem. – Mądrale, kurwa... – westchnął kierowca i wziął papierosa. Zza rogu sąsiedniego bloku na podwórze wjechała ciężarówka. W skrzyni siedzieli z łopatami robotni cy w żółtych kombinezonach. Ciężarówka się zatrzymała. – No już chłopaki, raz, raz! – rozległ czyjś głos. Robotnicy zeskoczyli ze skrzyni i od razu zaczęli zaciekle kopać łopatami ziemię na podwórzu. Dwie kobiety z dziecięcymi wózkami zdumione wbiły w nich wzrok. Z kabiny ciężarówki wysiadł gruby kurdupel z piłą mechaniczną, przebierając krótkimi nogami, uruchomił ją, podbiegł do drzewa i wpił się ryczącą zębatą klingą w pień. Posypały się wióry. – O tak, kurna... – wymamrotał kurdupel i krzyknął z wytężeniem: – Bobrow, Jegorycz, nadrąbujcie! Dwóch robotników z siekierami podbiegło do pozostałych drzew i umiejętnie zaczęli dziabać pnie. – Oni je rąbią! – przeraziła się kobieta z wózkiem. – Ej, co wy tam robicie? – krzyknęła jej koleżanka. Nie zwracając na nic uwagi, robotnicy pracowali dalej. Na pierwszym piętrze otworzyło się okno i ukazała się staruszka. Za nią wychylił się przeżuwający coś, nagi do pasa mężczyzna: – A oni co tu robią? – Mówiłam, że te nasze gadziny wywojują garaż! – z przekonaniem wytrajkotała staruszka. Na podwórze wjechały dwie przykryte plandekami furgonetki. Ze skrzyń bez pośpiechu wyszli Tadżycy z łomami. Popluli na ręce i pogadując między sobą leniwie, wzięli się do łomów i zaczęli łupać asfalt. Z lasu na ulicę wyjechały dwie kruszarki drogowe i ich stalowe końcówki wpiły się w asfalt. Mieszkańcy bloku już wyglądali przez otwarte okna. Podpiłowana lipa zakołysała się i runęła, wierzchołkiem niszcząc huśtawkę na placu zabaw. Oburzeni mieszkańcy bloku podnieśli krzyk. Kurdupel z ryczącą piłą podbiegł do starej topoli i zaczął zaciekle ją piłować. Pomarańczowa koparka popełzła z lawety, zahaczając o przepełnione kontenery na śmieci. Te się wywróciły, śmieci wysypały się na ulicę. Do betoniarek podjechał nosaty i wyjątkowo niezadowolony staruszek w starym bmw, rozkazał: – Spuszczajcie tam, gdzie stoicie! Kierowcy, przeklinając, poszli do kabin. Teleskopowy wysięgnik dźwigu zaczął się rozsuwać. Między dwoma blaszanymi garażami, obdrapując je, tyłem przecisnęła się gazela z długą skrzynią. Na skrzyni stał stalowy kosz z dziesięcioma Azerbejdżanami w czerwonych kaskach i kombinezonach roboczych. Dźwig złapał skrzynię i zaczął ją szybko podnosić. Skrzynia się rozkołysała, Azerbejdżanie pokrzykiwali na operatora dźwigu. Beton popłynął z obracających się bębnów na plac przed blokiem. Pełznąca koparka zahaczyła o dwa samochody, zawyły alarmy. Stara topola zakołysała się, głośno zatrzeszczała i zaczęła powoli padać, zaczepiając gałęziami przewody, drzewa, balkony. Jej wierzchołek mocno uderzył o zaszklony balkon mieszkania, w którym znalazł się Merog. Ramy trzasnęły, posypały się szyby. Z otwartych okien słychać było krzyki. Patrząc na całe zajście wokół bloku, Merog zbladł. Rzucił się do walizki, zamknął ją, złapał, podbiegł do drzwi wyjściowych, otworzył i od razu zatrzasnął: schodami biegli w dół oburzeni ludzie. Ktoś zadzwonił do drzwi. Merog zamarł. Potem ktoś zastukał. I kobiecy głos wybełkotał w zdenerwowaniu: – Pani Nino, rozwalili pani balkon! Pani Nino! Znów dzwonek do drzwi. Merog na palcach, z walizką w ręce, przeszedł do kuchni i ostrożnie wyjrzał przez okno. Na dole przy grzechocie kruszarek asfaltu rozrastało się zbiegowisko sąsiadów. Wymyślali sobie nawzajem z kierowcami sprzętu, niektórzy próbowali wedrzeć się im do kabin; wylewający się z bębnów beton sunął pod blok, deptały po nim ludzkie nogi; Tadżycy walili łomami, kopacze kopali, kurdupel piłował kolejną topolę, zaciekle coś pokrzykując. Merog przyjrzał się: twarz kurdupla poczerwieniała, głowa mu się trzęsła, na usta wystąpiła piana. Kobieta w niebieskim szlafroku w srebrne smoki podbiegła do niego, wczepiła się obiema rękami w rudawe, sterczące włosy i odciągnęła go od topoli. Kurdupel zaparł się, sprzeciwiał, piła w jego rękach zaryczała. Szarpnął się całym ciałem, wziął zamach i gwałtownie chlasnął kobietę piłą po twarzy. Ta krzyknęła, chwyciła się za twarz i osunęła na ziemię. Tłum jęknął. Kurdupel, mamrocząc i wtulając głowę w ramiona, z dzikim przerażeniem spojrzał na kobietę. Zaszlochał. Mężczyźni z tłumu z krzykiem rzucili się do niego. I nagle ten sam nosaty i wyjątkowo niezadowolony staruszek, który przyjechał w zapylonym bmw, włożył palce do ust i zagwizdał nieoczekiwanie tak głośno, że ten gwizd zagłuszył ryk maszyn i krzyki tłumu. Tłum drgnął i na chwilę zmartwiał. Nawet mężczyźni, którzy rzucili się do kurdupla, stanęli. Jak na komendę maszyny przestały łupać asfalt. Wszyscy wlepili spojrzenia w staruszka. On wyraźnie nie docenił swojej mocy: wyjątkowo mocny gwizd okazał się destrukcyjny dla jego chudego ciała. Z dużego nosa staruszka bryznęła krew, oczy uciekły mu w głąb, podniósł do góry chudą rękę, ścisnął kościstą pięść, zachrypiał, zachwiał się i padł na wznak. I od razu kopacze i Tadżycy z zajadłymi okrzykami rzucili się na mieszkańców bloku. Łomy i łopaty zamigotały nad tłumem, dały się słyszeć krzyki pokaleczonych. Czerpak koparki zburzył balkon na pierwszym piętrze i z rozpędu wbił się w okno, zanurzył się w mieszkanie, zaczerpnął ze zgrzytem i chrzęstem, wycofał się i wysypał szczątki domowych wnętrzności na trawnik przed blokiem. Kruszarki drogowe podpełzły pod blok, przystawiły stalowe końcówki do ścian i zaczęły kruszyć je z łoskotem. Z sąsiedniego podwórza przytoczył się czerwony samochód straży pożarnej, z pożarniczej armaty uderzył w okna mieszkań strumień wody. Strażacy w kaskach zręcznie rozwijali węże pożarnicze. Tadżycy i kopacze usunęli i rozpędzili zbiegowisko, i z okrwawionymi łomami i łopatami wdarli się na klatkę schodową. Jednocześnie Azerbejdżanie piłami mechanicznymi rozpruwali dach. Merog drgnął całym ciałem, oblizał wyschnięte wargi. Do drzwi ktoś zadzwonił i załomotał w nie pięściami. – Nino! Ninoczko! Nino! Niech nas pani uratuje! – piszczał kobiecy głos. Merog złapał automat, otworzył drzwi. Za drzwiami cisnęły się trzy kobiety. Wyjąc i zawodząc, zaczęły się wpychać do drzwi. Merog wystrzelił w nie serię z tak bliskiej odległości, że aż strzępy ciała poleciały na klatkę schodową. Kobiety padły na podłogę. Merog złapał lewą ręką walizkę i przebiegł po ich dogorywających ciałach, rzucił się na górę. Z góry po schodach biegli sąsiedzi. Niektórzy mieli w rękach siekiery i noże. Merog zaczął do nich strzelać, wchodząc wyżej, oczyszczał sobie drogę. Blok ogarnęły łoskot, zgrzytanie i krzyki. Ściany drżały. Merog przebiegł parę pięter i zobaczył kilku Azerbejdżan z pistoletami, którzy wdarli się do bloku przez dach. Otworzyli do niego ogień. Uchylając się, wystrzelił ostatnią długą serię. Azerbejdżanie z krzykiem i jękami padli, ale za nimi nadciągali następni. Rozległy się kolejne wystrzały, kula trafiła Merog w szyję. Cisnął więc pusty automat, zatkał ranę i z walizką rzucił się schodami w dół. Jeszcze jedna kula utkwiła mu w boku. Biegł, pojękując. Azerbejdżanie nie odpuszczali. Dolne piętra mocno dygotały, pęknięcia wiły się po ścianach jak żmije, woda puszczona przez strażaków uderzała w okna, pozostali wciąż jeszcze przy życiu mieszkańcy piszczeli. Merog spojrzał w dół – tłum Tadżyków z łomami w rękach wchodził z pierwszego piętra. – Kaned ! – krzyknęli na jego widok. Merog objął rękami walizkę, rzucił się w pierwsze napotkane otwarte drzwi i zamarł: przed nim pojawił się czerpak koparki, wygarniający wszystko z mieszkania. Merog przycisnął walizkę do piersi. Czerpak ze zgrzytem się przysuwał. Zmiażdżył kredens z naczyniami, trzeszczały regały na książki, pękała skóra kanapy, niezbyt gwałtownie wybuchł telewizor. Potężne kły czerpaka zbliżały się. Merog zaczął się cofać, rzucił się z powrotem na klatkę schodową. Ale spoceni Tadżycy byli tuż obok. Uderzyli go łomem w głowę. Merog upadł, wypuścił swój bagaż. Dziesięcioro smagłych rąk wczepiło się w niebieską walizkę. Merog resztkami sił walczył z tymi rękami. Nie zwracając na niego uwagi, Tadżycy otworzyli walizkę, wytrząsnęli z niej chłopca na podłogę. Merog odpychał ich, odpychał, odpychał okrwawionymi rękami. – That’s him, fucking bastard! – rozległ się kobiecy głos i poprzez lepkich od brudu Tadżyków wyciągnęła się, wyciągnęła, wyciągnęła piękna dłoń z malutkim pozłacanym browningiem, przyłożyła lufę do bladoróżowej bezbronnej piersi śpiącego chłopca, nacisnęła spust. – Nie-e-e-e-e-e-e!!! – dziko krzyknął Merog, szarpnął się i wpił zębami w czyjąś śmierdzącą nogę w zdeptanym trampku. – Sag ! – zaryczał ktoś nad nim i ostry koniec łomu z chrzęstem wszedł w skroń Merog. Merog otworzył oczy. Mercedes dalej jechał obwodnicą MKAD. Chłopiec wciąż spał obok niego w otwartej walizce. Merog ciężko westchnął i jęknął, wstrząsnął się, pochylił i przytulił głowę do ciała chłopca. – Co ci jest? – Tryw obejrzał się z przedniego siedzenia. – Widzę: twoje serce jest niespokojne. – Tracę granicę między światami – odparł Merog. – Mięsne sny nadpełzają. – To naturalne, bracie Merog. Mięsne sny nadpełzają, kiedy mięso się kłębi. – Mięso naciska na wszystkie światy – dorzucił Obu, wyjeżdżając na lewy pas. – Twoje serce, Merog, jest młode. Połóż siebie na Lód. I mięsne sny ustąpią. Nieoczekiwanie mercedes się zakołysał. I delikatnie zastukała przebita opona. Obu zaczął wykręcać na prawo i stanął na poboczu. Siedzący w samochodzie z napięciem spojrzeli po sobie. Merog zamknął walizkę, wyjął z torby sportowej pistolet z tłumikiem. Tryw wyciągnął spod siedzenia automat krótkolufowy, odbezpieczył go. Obu wyjrzał przez okno. – Oba koła z prawej. To nie przypadek. – Są dwa zapasowe? – zapytał Merog. – Chwała Światłości, są – odpowiedział Obu i zabrał Tryw automat. – Zmieniaj opony. I od razu połączył się z Dor. – Stoimy. Złapaliśmy dwie gumy. To mi nie wygląda na przypadek. Potrzebni są bracia. – Idę – odpowiedział Dor. – Nie! To niebezpieczne. Sterczy ci zderzak. – To nic strasznego. – Przyciągniesz mięso. – Obu, wierzę sercu. Idę do was. – Dor, potrzebujemy braci! Mięso się kłębi. Znam to. – Wzywam Osłonę. – To niebezpieczne! Mięso ich czuje. Potrzebujemy po prostu braci! – Wzywam ich. Tryw wyszedł, zaczął zmieniać przednie koło. Jeep z odstającym zderzakiem minął ich i zatrzymał się dziesięć metrów dalej. Obu opuścił przyciemnianą szybę. Do mercedesa podjechała biała toyota patrolu drogówki z migającym kogutem na dachu. Wysiadł z niej tęgi podporucznik z nabrzmiałą, niezadowoloną twarzą, niezapalonym papierosem w pulchnej dłoni, zasalutował. – Cześć i czołem! Dalej kręcąc podnośnik, Tryw podniósł głowę. – Cze. – Oba naraz? No, nieźle! Jak to mówią, i koń się potknie, i merc zawiedzie. Pomóc? – Damy sobie radę własnymi siłami, podporuczniku – Merog odpowiedział zamiast Tryw, opuszczając ciemną szybę w mercedesie i trzymając w pogotowiu pistolet. – Tych sił teraz mamy tyle, że srać nimi można! Obu, Merog i Tryw się roześmiali. – A to prawda... – Podporucznik uśmiechnął się i ziewnął nerwowo, poklepał się po kieszeniach. – Kurde, gdzie ja ją... jak zawsze, w samochodzie... Odwrócił się, żeby krzyknąć do partnera, ale Merog wysunął przez okno rękę z zapalniczką, pstryknął. – Trzymaj, ziomie. – Aha... – podporucznik pochylił się, odpalił. – Dziękuję. No dobra, trzymajcie się. – Na razie. Podporucznik, zaciągając się papierosem, wsiadł do toyoty i odjechał. Merog przymknął oczy i westchnął z ulgą. – Trzeba położyć siebie na Lód. – Lód to nasz stół ofiarny. On daje równowagę. A Światłość daje siłę. – Światłość daje siłę – powtórzył Merog i znów przymknął oczy. Tryw zmienił koła. Mercedes pojechał dalej. Merog znów otworzył walizkę i ostrożnie ujął rękę śpiącego chłopca. – Mięso jest silne. Tyle że jego siły mają swoje granice. – Mięso jest niebezpieczne, bracie Merog. Ale ono nie ma stołu ofiarnego – rzekł Obu. – Mięso jest tylko chciwe i kłębi się – dodał Tryw, przecierając dłonie wilgotną serwetką. – Bo wyczuwa, że jego kres jest bliski – dodał Merog, troskliwie ściskając bezwolne, chłodne palce chłopca. Mercedes skręcił na Szosę Kijowską w stronę lotniska Wnukowo. Mały Krąg Nadziei Serce moje czuje obecność braci. I opuszczam swój sen. Który stale śnię przez ostatnie lata. Sen, pomagający mi spać na planecie Ziemia. Mój promienisty sen. Sen, który jest zawsze ze mną. W końcu jesteśmy razem, wszyscy, wszyscy, wszyscy co do jednego, zbliżamy się do Miejsca, jest ono już bardzo blisko, widzę je, wypływa z mgły, nieuchronne, tak upragnione i nieuniknione, że boję się stracić świadomość w ostatniej chwili i trzymam się, trzymam, trzymam braci i sióstr, obejmuję rękami ich ręce, jestem w ich ciżbie, przyciskam się do nich, dotykam ich ciał, które już niedługo rozpłyną się w Światłości, rozpłyną się razem ze mną, rozpłyną się na zawsze, wpatruję się w twarze, w bliskie mi twarze, otaczające mnie przez te wszystkie dziesięciolecia, pomagające zmierzać do naszego celu, słyszę bicie ich serc, ostatnie uderzenia tych mięsnych silników, skrywających Światłość, właściwą nam, Światłość, którą wkrótce staniemy się wszyscy, Światłość Pierwotna, która nie pozwoli nam zginąć na strasznej planecie Ziemi, Światłość, która jest całkiem, całkiem, całkiem blisko. Ręka brata Moho dotyka mojej twarzy. Rozpoznaję i przypominam sobie. I budzę ciało. Otwieram oczy. Brat Moho i siostra Tbo stoją u wezgłowia mojego łoża. Są wzruszeni. A ja od razu pojmuję – dlaczego. Nie muszą wypowiadać ubogich ziemskich słów: ich serca promienieją radością. Słucham ich serc. I rozumiem, j a k a to radość. Moje serce kołacze w oczekiwaniu. ?Jest o wiele starsze i silniejsze niż serca braci. Ale nie straciło umiejętności n i e w i n n e g o k o ł a t a n i a w o c z e k i w a n i u. Moje serce drży. Zupełnie jak wtedy, w Alpach, dokąd trafiłam jako dziewczynka. Moja pierś krwawiła. Lodowy młot nią wstrząsnął. I obudził młodzieńcze serce. A staruszek Bro dotknął mojego serca. Tak, że zamigotało słodkim ocze kiwaniem Światłości. Poruszam palcami. Podnoszę swoje chude ręce. Wyciągam je do braci. Moje ręce drżą. Moho i Tbo pochylają się i ujmują moje dłonie. Kładą je sobie na piersi. Moje serce wita ich serca. Moho i Tbo zdejmują pled z ciała mego. Z górskiego ziela, przedłużającego życie ciała, został utkany. Stare me ciało spotyka się z powietrzem Ziemi. Gorzkie owo powietrze i wyniszczające. Wchodzą bracia Mef i Por, którzy co rano mnie pielęgnują. Ich ciała są młode i muskularne. Bije od nich siła i spokój. Potężne ręce braci podchwytują ciało moje. Wycieńczone ziemskim żywotem. Wynędzniałe wiedzą przyswojoną przez serce. Zmizerowane cierpieniami z powodu nieobecności Daru Poszukiwania. Daru, którymi posiadali tylko Bro i Fer. Daru, pozwalającego odnaleźć wszystkich naraz. Daru, który w końcu nie otworzył się przede mną jedną w ciągu tych sześćdziesięciu lat. Którego tak dotkliwie pragnęłam całe swoje prawdziwe życie. O który nieprzerwanie błagało serce. Za którym wył mózg. Od którego burzyła się krew. O którym chrzęściły kości. Ręce braci niosą mnie do obszernej kamiennej sali. Niebieska wanna-muszla czeka na mnie. Bracia ostrożnie kładą bezsilne ciało moje do ciepłej wanny. Napełnia się ona świeżym mlekiem prosto od krowy. Mleko bulgocze i pieni się. Pochłania moje ciało. W sali rozbrzmiewają głosy braci. Każdy z nich coś mówił cicho. I każdego z nich pamięta serce moje. Dziesiątki, setki głosów splotło się w niewidzialny rój pod marmurową kopułą. One zawsze są ze mną. Słucham ich. Głosy dźwięczą. Od tej muzyki rozpoczyna się mój każdy poranek. Zamykam oczy. I zawisam w przestrzeni. I widzę sercem wszystkich naszych. W tejże sekundzie jest ich 21 368. Wraz ze mną – 21 369. W świecie maszyn z mięsa przebywają pozostali 1631. Ich głosów nie słychać w chórze . Nie widzę ich serc. Oni wciąż czekają na przebudzenie. Czekają na spotkanie z lodowym młotem. Oczekują na nas. Świeże mleko szybko oddało mi swoje ciepło i teraz wyparowuje z wanny-muszli. Mef i Por podnoszą mnie. Owijają prześcieradłem, utkanym z wyborowego lnu. Sadzają na dwóch niebieskich kamieniach. Palce braci pomagają słabemu ciału memu wyzbyć się przetworzonego pokarmu Ziemi. Następnie obmywają mnie pod lodowatym strumieniem górskiej wody. Krystaliczny strumień pobudza. Kryje pamięć o spokojnych lodach górskich. I zaczynam żyć. Mef i Por przenoszą mnie do garderoby. Siadam na ciepłym marmurze. Wybieram sukienkę na dzisiaj. W różnych odcieniach są suknie moje: od bladobłękitnej do ciemnogranatowej. Ale wszystkie mają ten sam krój. W i e m sercem, że dziś jest szczególny dzień. Wybieram jedwabną sukienkę w kolorze najczystszego błękitu. Siostra Wihe turkusowym grzebieniem rozczesuje moje przerzedzone i całkowicie siwe włosy. Siostry Niuz i P nacierają moje ciało olejem sezamowym. Opierając się na rękach sióstr, wstaję. A sukienka obleka moje ciało. Siostry biorą mnie pod ręce. Prowadzą do niewielkiego okrągłego pokoju, który z purpurowego kamienia górskiego został wyciosany. Tutaj kapie woda i stoi czasza z herbatą z ziół rosnących w tajdze. Dodają one sił staremu ciału mojemu. Rankiem w tym pokoju przebywam dwadzieścia trzy minuty. Kosztując herbatę małymi łyczkami, folguję sercu. I skupiam umysł. Strefa purpurowa zmuszała mnie do wspominania bezlitosnego świata Ziemi. Wspominam język maszyn z mięsa, ich obyczaje i pragnienia. Ożywa we mnie ich ponury świat. Sposobi mnie do dalszej walki. Po strefie purpurowej przystępuję do naszych spraw. Ale dziś jest szczególny dzień. I czeka mnie szczególna sprawa. Świat maszyn z mięsa nie interesuje mnie. Idę do Sali Uczt. Obszerna, biała. Okna otwarte. Z brzegu dociera szum przypływu. Nieopodal tłucze się ocean, przez nas wszak stworzony. Jego szum przypomina o Wielkim Błędzie. Pośrodku Sali Uczt stoi wielki okrągły stół z kamienia bzowego. Średni Krąg mieści się przy stole. 230 braci i sióstr. Sadowię się przy stole. Leżą tu owoce i warzywa. Co rano przy stole zasiadają wszyscy bracia i siostry, mieszkający ze mną w Domu na Wyspie. Dziś też tutaj są. W i d z ę ich serca. Ga, Noro, Rat, Moho, Tbo, Mef, Por, Wihe, Niuz, P, Sze, Forum, Das, Rucz, Bi, O, Wu, Sam, On, Ut, Ze i Jugom siedzą ze mną. Ale nie po to, żeby rozpocząć posiłek, jak zwykle. Chcą mi coś ważnego zakomunikować. Wiedzą to, czego z lubością domyśla się moje serce. O czym w udręce majaczyłam przez ostatnie lata. Co nabrzmiewało przeczuciami. Co uderzało w serce niczym fala światła. I czego tak wszyscy pragnęliśmy. W Sali Uczt przyjęliśmy rozmawiać tylko ziemskim językiem. Ażeby serca nasze były spokojne w czasie spożywania posiłku. Ale tego poranka nie pamiętamy o jedzeniu. Brat Ga, mój główny pomocnik w Domu, burzy ciszę: – Hram, on jest już z braćmi. – Widzę t o – odpowiadam, powstrzymując serce. – Mięso się kłębi. – Siostra Sze zadrżała. – Mięso sprzeciwia się Bractwu. – Widzę t o. – Mięso stwarza trudności. – Forum patrzy mi prosto w twarz. – Widzę t o – odpowiadam, walcząc z rozbłyskami serca. – Bractwo walczy o niego – mówi Brat Wu. – Jest w drodze do nas. – W i d z ę t o. – Osłona chroni go. – Widzę t o. P o j m u j ę. – Jeśli Światłość rozsunie mięso, dziś pod wieczór on będzie tutaj – oznajmia siostra Ze. Nie ma sił, by się powstrzymać. Rozbłyska sercem. – Wiem! – mówię, rozpalając się w odpowiedzi. Silne serce moje rozbłyska. Narusza ono surowy porządek Domu. Zaczynamy m ó w i ć sercami. Zbyt długo czekaliśmy. I tyle razy oczekiwanie się nie ziszczało. Ale i tym razem serca mieszkańców Domu tylko w to wierzą. A ja – wiem! Bo chciałam! Strasznie chciałam wiedzieć, że tym razem wszystko się ziści, wszystko stanie na swoim miejs cu, wszystko się ułoży, wszystko się zejdzie, pokryje, stopi w jedno: uchyli się mięsna zasłona, zyskamy pozostałych i zagubionych, zamknie się Wielki Krąg. I zajaśnieją serca. I rozpadną się włókna mięśni. I trzasną kości. I rozproszy się mózg. I rozerwie się łańcuch cierpień. I Światłość rozsieje po Wszechświecie pył atomowy. Serce nie pojmowało nic innego uprzednio. Serce nie pojmie nic innego teraz. Serce mówi o tym, co najważniejsze. Zamieramy przy okrągłym stole. Serca nasze pałają. Tajemne słowa promienieją. Opływają Światłością Pierwotną. W domu jest nas teraz dokładnie 23. Mały Krąg. Najmniejszy. Jest Średni (230) i Duży (2300), tworzone przez Bractwo mgnieniami losu. To Kręgi Wsparcia. I Decyzji. Ale dziś, w dzień oczekiwania, powstaje Mały Krąg. To Krąg Nadziei. Albowiem osiem razy czekaliśmy. Osiem razy mieliśmy nadzieję. Osiem razy wierzyliśmy. I nadziei nie było sądzone się ziścić. Straszny świat Ziemi osiem razy pozbawiał nas Najważniejszej Nadziei. Dziś mamy nadzieję po raz dziewiąty. W Małym Kręgu Nadziei. Tworząc go, w i e m y, że w tych minutach Bractwo zbudowało jeszcze sześć Małych Kręgów. Są daleko stąd. Dzieli nas ocean. W różnych krajach połączyło się sześć Małych Kręgów. Bracia czują nas. Ich serca płoną nadzieją. Widzę sercem wszystkie te Kręgi. Każdy z nich. Mówię z nimi. Nasz Krąg rozmawia z nimi. Czterdzieści osiem ziemskich minut. Serca nasze uspokajają się. Ręce rozluźniają uścisk. Otwieram usta i pełną piersią wdycham gorzkie powietrze oceanu. Powietrze naszego Wielkiego Błędu. Który wymaga naprawy. Bracia i siostry patrzą na mnie. Ich serca się wsłuchują. – Musimy być gotowi – szepczę. Serca rozumieją. Serca trzech Na jedenastym kilometrze Szosy Kijowskiej mercedesa, za którego kierownicą siedział Obu, zaczęły wyprzedzać czarny geländewagen z włączonym niebieskim migaczem i jadący za nim jeep ochrony. Obu, Tryw i Merog krzyknęli radośnie. – To Uf! – jęknął i rozbłysnął Merog. – Chwała Światłości! Osłona jest z nami! – Światłość jest z nami! – wypowiedzieli Tryw i Obu. – Światłość jest z nami! – radośnie powtórzył Obu, kierując mercedesa po śladach jeepa. Orszak powstały z trzech czarnych samochodów pędził dalej. Skierowali się na Wnukowo, następnie skręcili na lotnisko, minęli główny terminal i podjechali do terminalu prywatnych samolotów. Geländewagen zatrzymał się, ktoś uchylił jego tylne drzwi. I od razu Merog wysiadł z mercedesa z niebieską walizką w rękach, ostrożnie przekazał ją do geländewagena. Łapczywie przejęły walizkę dwie pary rąk. Jednej pary rąk nie mógł rozpoznać – zdecydowane, białe, ze złocistymi włoskami na szerokich nadgarstkach i niewielkimi różowymi paznokciami. – Uf! – westchnął Merog i jego serce rozbłysło zachwytem. Ale walizka znikła we wnętrzu geländewagena, drzwi z przyciemnianymi szybami zamknęły się, samochód podjechał do szlabanu terminalu. Odprowadzając go uszczęśliwionym spojrzeniem, Merog przyłożył ręce do piersi. Jego wargi zadrżały, nogi się ugięły. Upadł na kolana. – Uf... Obu i Tryw wyskoczyli z mercedesa, podbiegli, zaczęli podnosić Merog. Podszedł milicjant, przechadzający się koło terminalu. – Co się stało? Obu i Tryw podnieśli Merog na nogi. – Serce – wyjaśnił milicjantowi Obu. – Uf... – wyrzekł Merog i z jękiem nabrał do płuc powietrza. Obu i Tryw poprowadzili zataczającego się Merog do samochodu. – Roboty od cholery, no i go złapało... – Obu boleśnie wykrzywił usta, mijając wgapiającego się milicjanta. – No... to tego, sprowadzę dyżurnego lekarza, co? – Milicjant wyjął z kieszeni krótkofalówkę. – Dzięki, stary, my wszystko mamy – odparł Tryw. Usadowili Merog w mercedesie, Obu uruchomił samochód i zaczął odjeżdżać. Po krótkim sprawdzeniu dokumentów geländewagen minął szlaban i wyjechał na płytę lotniska. Za nim podążał jeep ochrony. Samochody podjechały do niewielkiego odrzutowca i zatrzymały się. Ochroniarze wysiedli, obstąpili geländewagen. Z niego wysiedli Uf i Bork. Uf niósł teczkę, Bork walizkę. Jeden z ochroniarzy wyciągnął rękę do walizki, ale Bork pokręcił głową. – Nie trzeba, ja sam. Uf uścisnął dłoń szefa ochrony, ten życzył szczęśliwej drogi. Luk wejściowy samolotu otworzył się. Opuszczono trap. Piękna niebieskooka stewardesa w niebieskim uniformie i niebieskich rękawiczkach stanęła w luku i posłała im ciepły uśmiech. Uf pierwszy wszedł po schodkach, uścisnął dłoń stewardesie, wszedł do salonu, rzucił teczkę na fotel. Bork w ślad za nim wniósł walizkę, postawił w salonie. Z kabiny wyszło dwóch pilotów, przywitali się z Uf, zameldowali o gotowości do lotu. Piloci nie byli braćmi Światłości. Uf zamienił z nimi kilka banalnych zdań i ci znikli w kabinie. Stewardesa, siostra No, zamknęła drzwi salonu. Bork i Uf położyli walizkę na stole, otworzyli. Chłopiec spał. Bork mocno pobladł, drgnął, rozbłysnął. Jego usta zadrżały, osunął się na kolana przed

d3httiz

Podziel się opinią

Share
d3httiz
d3httiz

d3httiz
d3httiz
d3httiz