
Do tej pory Mariusz Sieniewicz uznawany był głównie jako twórca prozy zaangażowanej politycznie i społecznie. Jego głośna druga powieść, Czwarte niebo, stała się pretekstem do jednej z najważniejszych dyskusji krytycznoliterackich ostatnich lat, a więc sporu o zaangażowanie literatury (dodam przy okazji, że tych dyskusji zbyt wiele w ostatnich latach nie było...). Także zbiór opowiadań Żydówek nie obsługujemy stał się obiektem zainteresowania i bohaterem kolejnych esejów krytyków skupionych wokół „Krytyki Politycznej”. Miasto Szklanych Słoni jest w dorobku Sieniewicza pewną nowością, bo większą wagę niż do problemów współczesnej Polski i świata przywiązuje autor do mocy wyobraźni. A jednak, choć jest to powieść programowo nierealistyczna, jeśli tylko będziemy chcieli przeczytamy ją także jako utwór zaangażowany.
Głównym bohaterem powieści jest Jan Kwiecisty, z zawodu okulista, choć dość specyficzny, bo posługujący się mało konwencjonalnymi metodami. Operacje Kwiecistego to coś na kształt magicznych rytuałów odbywających się przy udziale tajemniczej Tęczowej Wieloródki i prowadzących nie tyle do fizycznego wyleczenia narządu wzroku, co raczej do „przejrzenia na oczy”. Nasz okulista jest zarazem jednym z pacjentów szpitala, w którym przyszło mu uprawiać swoje magiczne sztuczki i którego mieszkańców, zwyczaje i historie opisuje w będącym nieodzownym elementem terapii dzienniku. Pacjenci umieszczeni są w budynku dawnego szpitala weterynaryjnego, gdyż w Mieście Szklanych Słoni – jak w wielu innych miejscowościach – miejsce takie jak to „nie pasuje do opowieści”, więc „z każdym rokiem […] jest przenoszone coraz dalej od centrum”.
Oprócz tego jednak tytułowe miasto jest wyjątkowe i zdecydowanie wyróżnia się na tle innych, tych z innego, dalekiego świata. Znajduje się tutaj na przykład huta szkła artystycznego, dzięki której miasto jest największym w kraju producentem szklanych słoni i wytwarza „więcej emblematów szczęścia niż całe Chiny”. Jest dworzec kolejowy i rezydujące w jego pobliżu diablisko, dwugwiazdkowy hotel Hilton z legendą niegdysiejszego pobytu w nim samego Gomułki, kościół, w którym raz w tygodniu odprawiane są dość ekscentryczne nieszpory (karty przed ołtarzem, kolejne opróżniane butelki wina, wolna miłość itd.), są też Arystokraci, którzy w innych miastach (nazywanych, nie wiedzieć dlaczego, normalnymi) znani są lepiej jako nędzni pijaczkowie czy pospolici żule. Jednak w Mieście Szklanych Słoni wszystko jest inaczej i nie tak jak wszędzie, gdyż mamy do czynienia z miastem niepoprawnych marzycieli („Ofiarowując szczęście odległemu światu pod postacią szklanych słoni, zmyślamy siebie, innych i miasto według własnych pomysłów”) zaabsorbowanych bardziej wytworami własnej wyobraźni niż szarą, nudną rzeczywistością. Tutaj wszystko jest możliwe, kolejne opowieści nakładają się na siebie, a światy przedstawione tasują jak karty w talii. Tak, tak, Mariusz Sieniewicz proponuje nam tym razem jazdę bez trzymanki po fantasmagorycznym mieście i szpitalu niekoniecznie psychiatrycznym, ale na pewno szalonym (w pozytywnym tego słowa znaczeniu).
NPB("005");
Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!

