Trwa ładowanie...
d2agst1

"Wulgaryzmy oznaczają koniec dialogu. Dalej jest już przemoc fizyczna"

”Jeb..”, ”skurw…”, ”pierd…” – coraz więcej takich słów pada pod adresem rządzących Polską ze strony protestujących na ulicach. – Dialog z władzą się skończył, stoimy na skraju przemocy fizycznej – mówi WP językoznawca Tomasz Piekot.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Furgonetka na ulicach Gdańska
Furgonetka na ulicach Gdańska (EASTNEWS)
d2agst1

Można odnieść wrażenie, że kwestia wulgarnego języka obecnych protestów przeciw decyzji Trybunału Konstytucyjnego przesłoniła meritum sprawy, czyli zaostrzenie ustawy aborcyjnej w Polsce.

Komentatorzy i politycy prawicy krytykują zachowanie protestujących (zbiorowiska w czasie pandemii) oraz wulgarny język, którego używają.

Beata Mazurek z PiS podsumowuje protestujące: - To elyta z rynsztoka. Nienawiść odziera ludzi z człowieczeństwa.

d2agst1

Wiceszef Kancelarii Prezydenta RP Paweł Mucha apeluje: - Powinniśmy móc z sobą rozmawiać językiem innym niż wulgaryzmy i niesamowita agresja, która pojawia się w toku tych protestów.

Dziennikarze liberalnych mediów też są w kropce, Piotr Jacoń z TVN24 język protestów nazwał ”niegrzecznym”. W TVN24 co chwilę padają prośby od reporterów TVN24 do demonstrantów, by ci nie przeklinali na wizji. – Czy można bez tych wulgaryzmów? – proszą.

Co jednak zrobić, gdy w tle słychać wyraźne ”***** PiS” i inne wulgaryzmy, a na transparentach pojawia się słynne ”Wypier…”?

Podobny problem mają media drukowane czy portale. Część z nich, relacjonując protesty, kropkuje wulgaryzmy i przekleństwa. Inne, jak np. ”Wysokie Obcasy” w przypadku felietonu Pauliny Młynarskiej, publikują w całości nawet słowa kur… czy skur…

d2agst1

Z drugiej strony prawica też się specjalnie nie szczypie. Rafał Ziemkiewicz napisał, że ”wśród manifestujących dominuje typ agresywnej, wulgarnej kur…”.

Co robić? Jak mają się zachowywać dziennikarze i redaktorzy? A jak protestujący? Czy powinni wziąć sobie do serca uwagi Sławomira Nitrasa z PO, który napisał: ”Martwię się, że radykalizm, bluzgi na antenie tv czy na ulicy nie służą sprawie”.

O kwestię używania przez protestujących wulgarnego języka zapytałem lingwistę dr. hab. Tomasza Piekota z Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego.

Sebastian Łupak: Czy gniew, wściekłość bądź bezsilność protestujących może być usprawiedliwieniem dla ich wulgarnego języka?

d2agst1

Dr hab. Tomasz Piekot: Ponieważ mówimy tu o wulgaryzacji języka publicznego, a nie jednej konkretnej osoby, musimy spojrzeć na problem z perspektywy długiego trwania. Nic w języku publicznym nie dzieje się bowiem nagle. Wulgaryzacja języka publicznego trwa w Polsce od 1989 r. – w języku polityków, dziennikarzy, celebrytów internetowych. Teraz następuje dewulgaryzacja słów nieprzyzwoitych.

Czyli?

Wulgaryzmy stają się powszechnym sygnałem wyrażania opinii i uczuć, także pozytywnych, w życiu publicznym. W tym kontekście nie powinno nas dziwić to, że "wulgaryzmy wyszły na ulicę". Ulica to zresztą ich naturalny kontekst funkcjonowania. Gorzej, jeśli pojawiają się w mediach czy w parlamencie. Może nas tylko martwić skala i intensywność ich użycia. Ale, muszę to powiedzieć, nie powinniśmy wulgaryzmów jednoznacznie potępiać.

Dlaczego?

d2agst1

Po pierwsze wulgaryzmy zastąpiły przemoc fizyczną, są więc dowodem naszego kulturowego awansu. Jeśli ktoś nas wyzywa, to mamy szansę przetrwać - dawniej próbowałby nas skrzywdził fizycznie. Poza tym przeklinanie w bólu lub przy bardzo negatywnych emocjach może być terapeutyczne.

A to ”wypier…ć!”, które teraz słyszymy na ulicach, jaką ma funkcję?

Moim zdaniem to nie jest sygnał bezsilności protestujących. To raczej symptom radykalności ich postawy. W tym słowie widać skrajne emocje, porównywalne z fizycznym bólem, ale przede wszystkim - stanie na krawędzi. Za tą krawędzią jest przemoc fizyczna.

  EASTNEWS
(EASTNEWS)

Czyli grzeczna rozmowa się skończyła. Co dalej?

d2agst1

Powinniśmy to czytać jako koniec komunikacyjnej współpracy. To nie jest zaproszenie do rozmów. To jest jednoznaczny koniec dialogu z władzą. Ale chyba właśnie za akt zerwanie konsensusu z lat 90. protestujący uznali brak debaty na temat nowej ustawy o przerywaniu ciąży i unieważnienie wypracowanych kiedyś przepisów prawa.

Tymczasem na ulicy mamy zdesperowany tłum z jednej strony, a z drugiej policję z pałkami i gazem pieprzowym…

Dynamika sporu i wiedza o ewolucji języka podpowiada najgorszy scenariusz. Stoimy na skraju przemocy fizycznej, tej pierwotnej i brutalnej, która nas wyniszczy rodzinnie, społecznie, kulturowo i światopoglądowo. Chyba, że ktoś weźmie na siebie próbę mediacji.

Ktoś tych ludzi doprowadził do stanu wrzenia. Czy pouczanie ich: przestańcie przeklinać, coś tu da?

d2agst1

Intuicja mi mówi, by osób w skrajnych emocjach jednak nie pouczać.

Jak w tej sytuacji powinny się zachowywać media? Wykropkowywać przekleństwa, wypikiwać je, jeśli dajemy np. relację na żywo? Czy my dziennikarze mamy robić za pensjonarki, które udają święcie oburzone słowem na k…?

W teorii - publiczne używanie wulgaryzmów to, zdaje się, wykroczenie z art. 141 k.w. Media powinny zatem słowa nieprzyzwoite cenzurować. Moim zdaniem - jeśli nie jest to natarczywe i świadomie prowokacyjne - wulgaryzmy mogłyby pozostać niecenzurowane na zasadzie cytatu, jak w filmach fabularnych. Ostatecznie jednak rozstrzyga to sąd.

Jak znaleźć złoty środek? Przecież mnie dane słowo może w ogóle nie razić, a kogoś innego bardzo?

Wulgarność dzisiejszych protestów to nie kwestia indywidualna. Duża grupa zdecydowała się na tak radykalne środki - moim zdaniem - w funkcji językowego odwetu i radykalnego sygnału zerwania dialogu z władzą i jej zwolennikami. Jesteśmy na skraju rękoczynów, ale, jak mówiłem, eskalacja emocji negatywnych trwa od wielu lat.

Czy możemy pod względem kultury osobistej i językowej zrównać obecne protesty z protestami np. prawicy w Białymstoku. Teraz słyszymy: ”jeb.. PiS” czy ”jeb… kler”, a tam wcześniej: ”pedały wypier…!”. Czy z tego wynika, że obie strony są równe sobie?

Nie powinniśmy tych sytuacji zrównywać. Inaczej musimy interpretować sytuację, w której obywatele wyzywają władzę, a inaczej obelgi kierowane przez obywateli pod adresem innych.

Publiczne słowne atakowanie dowolnej osoby, grupy społecznej czy środowiska, obojętnie: mniejszości seksualnej czy większości religijnej, zasługuje na potępienie.

Co do językowej agresji wobec władzy - jedno jest jednak pewne. Wulgaryzmy na transparentach każda władza powinna czytać: "Już nie jesteście naszą władzą!".

Dr hab. Tomasz Piekot, Uniwersytet Wrocławski Archiwum prywatne
Dr hab. Tomasz Piekot, Uniwersytet Wrocławski (Archiwum prywatne)

dr hab. Tomasz Piekot - językoznawca z Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, bada relację języka i kultury, dyskurs publiczny oraz komunikację urzędową.

d2agst1

Podziel się opinią

Share
d2agst1
d2agst1