WP

Testament Adamowicza: wstyd mi, że Polska nie przyjęła uchodźców

Ostatnia, wydana tuż przed zabójstwem, książka prezydenta Pawła Adamowicza, "Gdańsk jako wspólnota", uważana jest za polityczny testament. Adamowicz pisał w niej m.in: "Wstyd mi za rząd mojego kraju, który uporczywie odmawia przyjęcia uchodźców".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Paweł Adamowicz w Gdańsku z Czeczenką Khedi Aliewą
Paweł Adamowicz w Gdańsku z Czeczenką Khedi Aliewą (gdansk.pl)
WP

Poniżej drukujemy trzy fragmenty ostatniej książki Pawła Adamowicza. Pierwszy dotyczy jego wizyty w Watykanie, u papieża Franciszka. Prezydent Gdańska został zaproszony do Stolicy Apostolskiej na konferencję "Uchodźcy - nasi bracia i siostry" w 2016 roku.

W drugim fragmencie Adamowicz odnosi się do nazwania Gdańska i Sopotu przez dziennikarza Sylwestra Latkowskiego mianem aferalnej "małej Sycylii".

Wreszcie w trzecim wyimku z książki Adamowicz pisze o używanej wobec niego przez ONR, MW i TVP mowie nienawiści.

WP

WIZYTA W WATYKANIE

Rankiem 9 grudnia 2016 roku razem z córką Antoniną, przez Bramę Świętej Anny przekroczyliśmy granicę włosko-watykańską. Po podwójnej kontroli dokumentów, lekko błądząc, dotarliśmy do położonej na niewielkim wzniesieniu pięknej szesnastowiecznej budowli - Casina Pio IV, siedziby Pontificia Academia Scientiarum (Papieskiej Akademii Nauk). Tę willę w stylu manierystycznym zbudował Pirro Ligorio jako letnią rezydencję papieża Piusa IV. Pełna zdobień, antycznych posągów, fontann, fresków i obrazów, stoi pośród Ogrodów Watykańskich. Niestety jest niedostępna dla turystów.

Przyjechałem, podobnie jak siedemdziesięciu trzech innych europejskich burmistrzów, na zaproszenie papieża Franciszka, wystosowane przez kanclerza Akademii, Marcela Sánchez Sorondo. Temat dwudniowej konferencji był prosty i jasny: "Uchodźcy - nasi bracia i siostry".

Papież Franciszek od początku największego od drugiej wojny światowej kryzysu humanitarnego w Europie często wyrażał dobitnie i bezpośrednio swoją solidarność z uciekinierami z Syrii i z innych dotkniętych wojnami krajów. Prosił i apelował do europejskiej opinii publicznej, rządów, biskupów i parafii o udzielenie schronienia i pomocy uchodźcom.

WP

ZOBACZ TEŻ: Sebastian Łupak: "W obronie Magdaleny Adamowicz. Niech mówi o mężu jak najczęściej" (OPINIA)

Teraz zaprosił przede wszystkim przedstawicieli miast już goszczących uchodźców. Zjechali się burmistrzowie miast od Lizbony, Madrytu, Barcelony, poprzez Rzym, Palermo, Parmę, Zurych i Genewę, Drezno, Kolonię, Berlin, Brukselę, Manchester, Glasgow, po Kopenhagę, Rygę, Warszawę i Gdańsk. Przez dwa dni każdy z nich opowiadał o swoich doświadczeniach z przyjęciem uchodźców. Padały liczby, statystyki pokazujące ogrom wykonanej pracy. Jak przystało na doświadczonych gospodarzy, prezydenci miast precyzyjnie podawali informacje o poniesionych kosztach gościny uchodźców i wydatkach planowanych na następny rok.

W ich opowieściach jednak dominowały emocje. Ludzie opowiadali o ludziach, o ich losie i cierpieniu. Burmistrzowie byli dumni z ofiarności i zaangażowania swoich miast, opowiadali o inicjatywach wolontariackich w dzielnicach, parafiach i szkołach. Nie pomijali też bardziej gorzkich doświadczeń - mówili o lękach części swoich obywateli, o pojawiającym się zmęczeniu. Żaden ze zgromadzonych na konferencji mówców nie ukrywał problemów i trosk związanych z niesieniem pomocy uchodźcom. Wszyscy zwracali uwagę na konieczność ciągłego kontaktu z mieszkańcami, informowania o działaniach, o potrzebie budowania społecznego zrozumienia i empatii wobec przybyszów.

Dzielili się swoim doświadczeniem, przytaczali przykłady dobrych praktyk w integrowaniu nowych mieszkańców ze wspólnotą miejską. Opowiadali, że to głównie sport stał się naturalnym sposobem spotkania młodych uchodźców z miejscową młodzieżą. Wspólna zabawa, gra w piłkę, zawody pływackie zbliżają i przełamują stereotypy.

WP

Umierali z medalikami w dłoniach

Szczególnie mocno utkwiła mi w pamięci przejmująca opowieść odważnej pani burmistrz sześciotysięcznego miasteczka, słynnej już wtedy Lampedusy. Pani Giusiu Nicolini (później wyróżniona przez "Tygodnik Powszechny" Medalem Świętego Jerzego w prosty, emocjonalny sposób opowiadała o ludzkich tragediach wydarzających się na Morzu Śródziemnym. Wszystkimi wstrząsnęło wspomnienie o przyjęciu w Lampedusie trzystu sześćdziesięciu sześciu trumien z ciałami uchodźców, którzy zginęli u wybrzeży wyspy. W tych trumnach były też ciała dzieci. Ciała matki i dziecka, które dopiero się urodziło, związane nieodciętą jeszcze pępowiną. Większość ofiar trzymała w dłoni krzyżyk albo medalik…

ZOBACZ TEŻ: Czy Aleksandra Dulkiewicz wyjdzie z cienia Pawła Adamowicza? [OPINIA]

Jak w swoje znakomitej książce "Wielki przypływ” pisał Jarosław Mikołajewski:

WP

"Lampedusa nie jest podobna do innych śródziemnomorskich wysepek - jej centrum przypomina bardziej zaniedbane przedmieście Bejrutu i próżno szukać w nim uroczych zakątków. Bogactwem Lampedusy jest człowieczeństwo jej mieszkańców".

Burmistrz Nicolini mężnie stanęła wobec kryzysu humanitarnego, nie schowała się za specami PR, nie ograniczyła się do pustych, gładkich telewizyjnych orędzi. Wyszła do mieszkańców, cierpliwie tłumaczyła, że wszyscy lampedusjanie i wszyscy uchodźcy trafiający na wyspę dzielą się przez chwilę tą samą ziemią, a rolą burmistrza jest reprezentowanie i ochrona zarówno jednych, jak i drugich. Apelowała o europejską solidarność w kwestii uchodźców:

"Nikt z nas nie powinien bezczynnie czekać, aż rządy europejskie przekonają się w końcu, że prowadzona przez nie polityka zamkniętych granic prowadzi do śmierci, bólu i desperacji. Nie możemy czekać, aż rządzący zrozumieją, że podsycanie strachu - tylko po to, aby wyglądać na silnych w oczach swych współobywateli - nie rozwiązuje problemu bezpieczeństwa".

38 mln katolików kontra 6 tys. uchodźców

WP

Słuchając tych opowieści, popadałem w coraz głębszy smutek. Zadawałem sobie pytanie: co ja tu robię? Co ja, przybysz znad Morza Bałtyckiego, z Gdańska, co mogę, co powinienem powiedzieć? Ze ścian auli, w której trwała konferencja, patrzyły na nas rzeźbione twarze papieży, w tym "papieża z dalekiego kraju", Jana Pawła II. Mój wstyd rósł z każdą mijającą godziną. Tym bardziej, że moje wystąpienie zaplanowane zostało pod koniec konferencji, drugiego dnia.

Przyjechałem z kraju świętego Jana Pawła II, jestem przedstawicielem "narodu pielgrzymów", emigrantów. Z Polski, w której 87 proc. populacji identyfikuje się z katolicyzmem, a 45 proc. deklaruje, że co tydzień chodzi do kościoła5. I to właśnie rząd tego ponad trzydziestosiedmiomilionowego, katolickiego kraju odmówił wywiązania się ze zobowiązań wobec wspólnoty europejskiej i przyjęcia 6182 (!) uchodźców (sześć tysięcy sto osiemdziesiąt dwie osoby to dokładnie 0,0176 proc. populacji naszego kraju) w ramach programu relokacji z obozów w Grecji i we Włoszech, podczas gdy same Niemcy w latach 2015-2016 przygarnęły z marszu osiemset tysięcy, a potem jeszcze prawie trzydzieści tysięcy w ramach relokacji. Swoje zobowiązania wypełnili też nasi sąsiedzi, Litwa i Estonia (co prawda tylko częściowo - w 40 proc.).

Rząd PiS w ramach mechanizmu relokacji nie przyjął ani jednego uchodźcy. A już wyjątkowo oburzające jest to, że nie przyjął ani jednego syryjskiego dziecka. Po sześciu latach wojny ponad dwa miliony syryjskich dzieci stało się uchodźcami. Przypomnę, że zgodnie z unijnym prawem Polska mogła co trzy miesiące dokładnie określić preferowane cechy uchodźców, którymi zechce się zaopiekować. Poszczególne państwa UE różnie definiowały przyjmowane grupy. Bułgaria na przykład odmówiła przyjęcia obywateli Erytrei. Swoje oczekiwania przedstawiły też Słowacja (wyłącznie kobiety i dzieci), Litwa, Francja i Niemcy.

Polska nie skorzystała z tego prawa i w ciągu trzech lat nie przyjęła nikogo.

Poruszony do głębi opisem zaangażowania mieszkańców miast Europy Zachodniej i osobistym świadectwem koleżanek i kolegów burmistrzów, złamałem ustaloną konwencję i wstałem, by do nich mówić (wystąpienia były wygłaszane na siedząco).

Powiedziałem, że wstyd mi za rząd mojego kraju, który uporczywie odmawia przyjęcia uchodźców. Opowiedziałem o przygotowanym w Gdańsku programie integracji imigrantów. Wyraziłem nadzieję, że w czasie zbliżających się świąt Bożego Narodzenia Polki i Polacy dostrzegą w nowo narodzonym Człowieku-Bogu uchodźcę, a w Świętej Rodzinie - rodzinę uchodźców.

gdansk.pl/ Adamowicz zawsze wspierał Janinę Ochojską z PAH
Podziel się

GDAŃSK TO "MAŁA SYCYLIA"?

"Ja nazywam Trójmiasto małą Sycylią. Szef CBŚ powiedział nam, że tutaj powinny nadlecieć F-16, zbombardować to miasto - w cudzysłowie, układy i tak dalej - wyczyścić do zera, i dać wszystkich ludzi nowych".

Słowa złe, niemądre, wręcz przerażające. Wypowiedziane jakby na zamówienie polityków spod znaku populizmu. A przy tym świadczące o kompletnym niezrozumieniu fenomenu, jaki w skali Polski stanowi od ćwierćwiecza funkcjonowanie pomorskiego modelu przywództwa politycznego, opartego na współpracy i wzajemnym zaufaniu.

Cytat o myśliwcu F-16 pochodzi z wypowiedzi dziennikarskiego łowcy sensacji [Sylwestra Latkowskiego - red.], który te i inne "mądrości" przedstawił na forum komisji sejmowej, badającej okoliczności afery Amber Gold. Członkowie komisji słuchali bredni o "małej Sycylii" z zapartym tchem, nikt nie zdobył się na to, by tego świadka (skazanego zresztą kiedyś przez sąd za udział w gangsterskich porachunkach) przywołać do porządku: "Panie, co pan wygaduje?! Myśliwce? Zrzucanie bomb? Jak pan w ogóle śmie mówić takie rzeczy, nawet jeśli to jest tylko marnej jakości metafora?! I proszę nas nie karmić sensacyjnymi plotkami o tym, że na Pomorzu rządzi mafia, albo niech pan przedstawi dowody, jeśli takie są".

Żaden z posłów nie stał się w tamtej chwili głosem rozsądku, członkowie komisji bowiem - podobnie jak wspomniany łowca sensacji - żyją w świecie pseudopolityki, dla której główną sceną jest Warszawa, a w szczególności Sejm. Normą stała się tam zła wola, gotowość do wypowiedzenia przed kamerami wszelkiej podłości - tylko po to, by poniżyć przeciwnika politycznego w oczach opinii publicznej. Czasem się zastanawiam, czy ci ludzie w ogóle rozumieją, po co znaleźli się w parlamencie i czym powinni się tam zajmować. Bo przecież nie wdeptywaniem w ziemię tych, którzy myślą inaczej - a jest to największa pasja uczestników pseudopolityki.

Gdańsk i - szerzej - Pomorze bardzo pozytywnie różnią się pod tym względem od stolicy. I jeśli gdzieś w kraju jest "Sycylia", to akurat nie w Trójmieście, ale w świecie polityków krajowych, którzy przejmują instytucje państwowe jak własne, by obsadzić je przyjaciółmi i członkami rodzin. Usta mają pełne frazesów o ojczyźnie i patriotyzmie, ale per saldo na końcu zawsze chodzi im o to, żeby z publicznych pieniędzy wyrwać jak najwięcej dla siebie.

Nowe pokolenie esbeków

Sukcesy Gdańska, Gdyni, Sopotu, innych miast i całego Pomorza były możliwe dzięki ciągłości i rozwojowi gdańsko-pomorskiego przywództwa, zrodzonego jeszcze w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Kumulacja dobrych doświadczeń i przepracowanie porażek, połączone z ciągłością tego samego, choć zróżnicowanego środowiska politycznego, jest fenomenem Gdańska i Pomorza ostatnich niespełna trzydziestu lat.

Zmieniały się szyldy i przynależności partyjne, ale ciągłość przywództwa politycznego, połączona z przyciąganiem nowych talentów, przyczyniła się do rozwoju Gdańska i Pomorza. Komuś, kto ogląda to z zewnątrz i po prostu nie rozumie, może się wydawać, że naszym regionem rządzi "mafia". No, bo jak to? Nie skaczą sobie do gardeł, nie poniżają się nawzajem? Współpracują? To chyba musi znaczyć, że są połączeni siecią wzajemnych zależności, układów i układzików.

Był czas, gdy marzenie dziennikarskiego sensata, zeznającego przed komisją śledczą do sprawy Amber Gold, do pewnego stopnia się spełniło. Nad Sopot nadleciał "myśliwiec" i zrzucił "bombę". Prezydent Sopotu Jacek Karnowski znalazł się w areszcie, wylano na niego wiadra pomyj, zszargano dobre imię na oczach całej Polski. Była to brudna robota wykonana przez nowe pokolenie "esbeków", na polityczne zamówienie. Jacek Karnowski przetrwał te ciężkie chwile, został oczyszczony ze wszystkich oszczerstw prawomocnym wyrokiem. Cena bólu i nerwów, jaką zapłacił, jest znana tylko jemu.

Myślę jednak, że w tym strasznym doświadczeniu prezydenta Sopotu są co najmniej dwa jasne punkty. Po pierwsze, sopoccy wyborcy, którzy nie dali się zwieść prokuratorsko-medialnej nagonce i obronili swojego prezydenta poprzez głosowanie, czym w imponujący sposób zdali egzamin z obywatelskiej dojrzałości. Po drugie, pomorscy samorządowcy i przyjaciele z lat politycznej młodości. Zaufanie i podziw dla wykonanej na rzecz Sopotu pracy sprawiły, że mało kto w naszym środowisku odwrócił się plecami do Jacka Karnowskiego. Niestety PO nie ujęła się za Jackiem Karnowskim. Ale prezydent Sopotu przez cały ten trudny czas mógł liczyć na naszą pomorską solidarność.

Jako osoba, która przeżywała to wszystko z bliska, myślę, że dobrze zdaliśmy swój egzamin - z ludzkiej przyzwoitości. To wszystko zasady znane od pokoleń: podzielony, rozrywany wewnętrznymi konfliktami dom w końcu upada. A zgoda buduje. Mam wrażenie, że my na Pomorzu rozumiemy to lepiej niż niektórzy nasi rodacy.

gdansk.pl/ Z Marcinem Gortatem, który w Gdańsku otworzył swoją szkołę sportową
Podziel się

MOWA NIENAWIŚCI

Trzeba przeciwstawić się mowie nienawiści. Nie można obojętnie przyglądać się wzbierającej fali islamofobii. Doświadczyłem wielokrotnych ataków ze strony kontrolowanej przez PiS telewizji. Złożyłem - jako prezydent Gdańska - pozew o naruszenie dóbr osobistych przeciw zarządowi TVP. Podobny pozew złożyłem, gdy Młodzież Wszechpolska wystawiła mi "akt zgonu", kiedy wraz z jedenastoma prezydentami największych polskich miast (wyłamał się prezydent Katowic, Marcin Krupa) ogłosiliśmy deklarację otwarcia na nowych mieszkańców – migrantów. Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania. Czekam na rozpatrzenie przez sąd zażalenia na działanie prokuratury.

(...)

Po raz pierwszy od 1968 roku (komunistycznej nagonki na Polaków pochodzenia żydowskiego) jesteśmy świadkami zaplanowanej, organizowanej przez rząd PiS, systematycznej, skierowanej przeciwko uchodźcom, antyimigranckiej nagonki. Niemal codziennie kontrolowane przez Kaczyńskiego media publiczne, zwłaszcza kierowana przez Jacka Kurskiego "narodowa" TVP, prowadzą politykę wzbudzania lęku, strachu przed uchodźcami, przed muzułmanami. Politycy PiS budują w swoich wypowiedziach przekonanie, że każdy uchodźca jest potencjalnym terrorystą. Także media społecznościowe, reprezentujące tak zwaną prawicę narodową i katolicką, aktywnie pobudzają nieprzychylne nastroje wobec uchodźców.

PiS ma w swych nagonkach sojuszników - partię Kukiz i pomniejsze ugrupowania nacjonalistycznej prawicy, jak Obóz Narodowo-Radykalny (ONR) czy Młodzież Wszechpolska. Jak to możliwe, że w społeczeństwie deklarującym wiarę w Boga, społeczeństwie o wysokim poziomie praktyk religijnych, w kraju świętego Jana Pawła II aż 49 proc. deklaruje poczucie zagrożenia wobec przyjmowania uchodźców?

A portale internetowe i doniesienia telewizji pokazują narastającą falę antysemityzmu i rasizmu? Pozostawiam te pytania bez odpowiedzi. Niemal codziennie mierzę się z mową nienawiści na Facebooku; staram się tłumaczyć obrzucającym mnie grubymi słowami korespondentom, dlaczego Gdańsk przygotował i pracuje nadal nad modelem integracji imigrantów, dlaczego powołaliśmy gdańską radę do spraw imigrantów. Wciąż bronię się przed populistycznymi kłamliwymi oskarżeniami o "import muzułmańskiego terroryzmu do Gdańska". A przecież prawie wszyscy dzisiejsi mieszkańcy miasta, poza mieszkającymi tu od zawsze Kaszubami, są "uchodźcami". Co się stało, że nie potrafią otworzyć się na innego?

Paweł Adamowicz, Gdańsk jako wspólnota, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2018

Całość do pobrania TUTAJ

Śródtytuły pochodzą od redakcji WP

Polub WP Książki
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP