Trwa ładowanie...
Mińsk, Białoruś, 24.03.2020 r., nauczycielki Jekaterina Metelska i Anastazja Studencowa podczas zdalnej lekcji w prywatnej szkole
Mińsk, Białoruś, 24.03.2020 r., nauczycielki Jekaterina Metelska i Anastazja Studencowa podczas zdalnej lekcji w prywatnej szkole (Getty Images, Fot: Natalia Fedosenko/TASS)

Szkoło, weź się wyluzuj

W Polsce kilkanaście tysięcy dzieci nie chodzi do szkoły. W ogóle. Uczą się w domach albo w tzw. kooperatywach edukacyjnych. To system edukacji domowej. Uczeń nie musi chodzić na zajęcia w szkole, ale musi raz w roku zdać egzamin klasyfikacyjny z każdego przedmiotu. Za jego edukację w całości odpowiadają rodzice. Porozmawialiśmy z nimi.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Anna Marszałek
Mama czwórki dzieci, z czego troje uczy się w systemie Edukacji Domowej: dwóch bliźniaków w trzeciej klasie szkoły podstawowej, trzecie jest w zerówce, zaś najmłodsze z dzieci ma półtora roku.

Agnieszka Pleti
Mama piątki dzieci, ósmy rok w Edukacji Domowej – jedno dziecko w siódmej klasie, drugie w czwartej, trzecie w pierwszej, pozostałe dzieci mają pięć i dwa lata. Redaktor naczelna magazynu "Kreda".

Anna i Agnieszka prowadzą podcast "Więcej niż edukacja", na łamach którego przeprowadzają wywiady z rodzicami będącymi w Edukacji Domowej oraz nauczycielami, pasjonatami edukacji w ogóle. Redagują wspólnie magazyn Kreda, który wspiera i inspiruje rodziców oraz nauczycieli do dobrej edukacji. Są siostrami, mieszkają na wsi, gdzie przeprowadziły się z dużego miasta, jak mówią: "z potrzeby bycia bliżej natury i połączenia edukacji z przyrodą".

Agnieszka Kosiak
Mama czterech córek, trener biznesu, informatyk, rekruter, edukator domowy, od pięciu lat w edukacji domowej


Anna Marszałek:

dli8zdi

- Kiedy dowiedziałam się że zapadła decyzja o zamknięciu szkół, pomyślałam sobie, że oto cała Polska przechodzi na system edukacji domowej. Takie skojarzenie mi się nasunęło. Jednak po kilku dniach okazało się, że to, co się dzieje, nie ma wiele wspólnego z edukacją domową. Nie wiem, jak nazwać to, co się teraz dzieje... Mówi się, że to edukacja zdalna.

Dzieci są zasypywane ogromną ilością zadań, piszą do nas rodzice z różnych części Polski, dzieją się kuriozalne historie. Dziecko w czwartej klasie podstawówki dostaje 40 stron podręcznika do przerobienia albo prace pisemną z wuefu, albo dziecko w pierwszej klasie podstawówki od dziewiątej do trzynastej ma zajęcia online i przez cztery godziny bez przerwy powinno siedzieć przed komputerem. Oczywiście to sytuacja nowa też dla nauczycieli, dyrektorów. Myślę, że trzeba wspólnie wypracować jakieś zupełnie nowe rozwiązanie. ED tak nie wygląda. Edukacja domowa to nie izolacja i nie ma w niej takiej presji. Jest w niej dużo miejsca i przestrzeni na pracę w grupie, spotkania z innymi, jest czas na odkrywanie pasji, wspólne czytanie, edukację związaną z życiem.

Agnieszka Kosiak:

- Lubię metaforę, którą usłyszałam od Marcina Stiburskiego, założyciela grupy Szkoła Minimalna: Edukacja jest jak żeglowanie. Różne systemy edukacji, to różna liczba checkpointów podczas regat. Dla niektórych będzie to matura, dla innych codzienna kartkówka. Dzieci w szkole mają te kontrole co chwilę, muszą płynąć ściśle wyznaczoną trasą i co chwile się meldować, że cały czas są na odpowiednim, wyznaczonym kursie. Niewiele przestrzeni pozostaje na refleksję, po co i dokąd się płynie w tym rejsie. A my możemy pływać i odwiedzać różne wyspy.

Agnieszka Kosiak z najmłodszą córką Izą
Źródło: Archiwum prywatne

Część pierwsza: Do rodziców

Agnieszka Kosiak:

- Rodzicom powiedziałabym, że to oni są najważniejszym ogniwem w łańcuchu edukacyjnym. Rodzic powinien wspierać dziecko, a zarazem dbać o własne siły.

dli8zdi

A konkretniej?

- Po pierwsze zrobiłabym naradę rodzinną. Aby ustalić kontrakt – kto co wnosi i czego potrzebuje. Co dzieci są w stanie zrobić same, a w czym jest potrzebna pomoc rodzica, kto za co odpowiada i po co się to w ogóle robi. Chodzi o to, żeby rozmawiać. Nie cisnąć na wyniki, na odrabianie prac domowych, ale kłaść akcent na odpowiedź: po co to w ogóle robimy, i co możemy odpuścić w tej sytuacji, a czego na pewno nie chcemy odpuszczać – na przykład relacji rodzinnych, miłości i zwyczajnego lubienia się. Bo na uczenie się w domu nakłada się też przebywanie w jednej przestrzeni. To jest trudne dla wielu osób. Trzeba się nauczyć jak funkcjonować, jak zachować rytm dnia, ustalić dostęp do lodówki czy komputera albo wyciszonego miejsca do pracy i nauki.

Moje córki, które przed naszą rozmową zapytałam o to, jak sobie zorganizować naukę w domu, twierdzą że ważna jest higiena snu. Wiele osób z ich klas, kiedy teraz nie muszą się zrywać tak wcześnie, ma tendencję do późnego chodzenia spać. Potrzebny jest też sport – karimatka, zestaw ćwiczeń, pompki, taniec. Posiłki o stałych porach. Ubieranie się – żeby nie chodzić po domu w piżamie. Oddzielanie czasu nauki od czasu odpoczynku. To jest taka lista reguł, które trzeba wypracować. My jesteśmy pięć lat w edukacji domowej, a ja od jedenastu lat pracuję w domu, zdalnie, więc u mnie dziewczyny są przyzwyczajone, że jak mam słuchawki na uszach, to zanim zaczną ze mną rozmawiać, pytają na migi, czy ja coś nagrywam lub prowadzę szkolenie. To jest kwestia wyrobienia pewnych nawyków. Trzeba też przyjąć, że na początku może być sporo stresu, bo to się od razu nie dzieje.

Czyli trzeba zacząć od najprostszych kwestii, organizacyjnych?

- Tak. Kontrakt, reguły, ale też od ustalenia tego, co dla kogo jest ważne, bo być może są kwestie zapalne, a to dlatego, że każdemu zwykle chodzi o coś innego.

Mogę ci powiedzieć, jakie ja patenty stosuję. Na przykład trzy kolory emocji. Zielony - jak jest spokojnie, żółty jak nerwowo, a czerwony to jak już wszystkim odbija. Uczymy się, jak je rozróżniać oraz - co najtrudniejsze - jak z żółtego przechodzić na kolor zielony. Zarządzanie emocjami w domu jest bardzo ważne. One przecież błyskawicznie się przenoszą na pozostałych domowników. Jak wiemy w jakiej sytuacji komuś „odpala”, to możemy mu pomóc się uspokoić. Szczególnie, że w większości rodzin trzeba teraz na nowo odkryć sposoby na wyregulowanie emocji, bo wiele rzeczy robi się inaczej niż wcześniej. Nie można wyjść pobiegać, iść na relaksujące zakupy, spotkać się z przyjaciółmi.

dli8zdi

Drugi patent, który stosujemy od kilku dni - obecnie młodsza córka codziennie zdobywa kwiatki. Za każde wykonane zadanie rysujemy jej na kartce kwiatek. Za każde 10 kwiatków dostaje kolejną wskazówkę do zdobycia skarbu.

- Za co te kwiatki?

Zrobiliśmy naradę, co jest ważne dla niej i dla nas. Powstała lista zadań z kilku obszarów. Na przykład za grę na wiolonczeli, za ćwiczenia fizyczne, za quizy matematyczne, za nauczenie się dialogu po angielsku, za pomoc siostrze w upieczeniu ciasta. Pomaga jej to w zachowaniu regularności, obserwacji siebie, śledzeniu swoich postępów, mądrego wybierania aktywności. Jest okazją do rozmowy o tym, co lubi, co chce rozwijać. Codziennie mi mówi, co robiła, i w ten sposób zdobywa kwiatki, a potem wskazówki do znalezienia skarbu, które szyfruję jej na przykład alfabetem Morse’a. Zarazem staram się, aby nie przysłoniło to motywacji wewnętrznej do poznawania świata. To takie wspieranie w formie zabawy.

Trzecia ważna reguła – zaangażowanie dzieci w obowiązki domowe. Nazwałam to systemem robót publicznych. Jest nas sześcioro, więc większość bałaganu robi u nas oczywiście "tajemniczy siódmy domownik" i trzeba wspólnie po nim sprzątać. Mamy listę rzeczy do zrobienia i każdy wybiera sobie, co chce zrobić. Zmywarka, suszarka, pralka, zapakować, rozpakować. Mycie garów, wyrzucanie śmieci. Jest tego naprawdę dużo, jak przez cały czas sześć osób przebywa w mieszkaniu. Każdy zobowiązany jest codziennie zrobić dla domu kilka rzeczy. Może wybrać co, ale jak nie zdąży, to bierze to, co pozostało. Teraz, po latach praktyki, dziewczyny szybko rozdzielają między siebie zadania i to sprawnie działa. Nauczyło je też współpracy. Sprawdza nam się lepiej niż dyżury. Choć pójście najstarszych córek do liceum nieco to wywróciło. Dzieci "szkolne" są o wiele bardziej zajęte i zmęczone po całym dniu poza domem.

Anna Marszałek, Agnieszka Pleti
Źródło: Archiwum prywatne

Agnieszka Pleti:

- Jeżeli dziecko nie wstaje o siódmej rano, to bardzo dobrze, bo w końcu ma możliwość wyspania się. Badania z dziedziny neurodydaktyki, neurobiologii wskazują, że nastolatki mają potrzebę snu porównywalną do noworodków – a to jest ignorowane w systemie szkolnym. U zdecydowanej większości nastolatków mózg nie jest w stanie pracować od godziny siódmej, "budzi się" dopiero o dziewiątej lub dziesiątej. Niedostateczna ilość snu to jeden z powodów wzrastającej ostatnio liczby depresji, a nawet samobójstw u dzieci i młodzieży. Więc jeśli teraz nastolatki śpią dłużej, to dobrze. Pozwoliłabym na to, tym bardziej że w sytuacji stresowej, w jakiej wszyscy się znajdujemy, sen jest bardzo potrzebny.

dli8zdi

W końcu jednak trzeba wstać, bo zaczynają się lekcje online.

- Kontrowersyjną sprawą jest teraz prowadzenie zajęć na tej zasadzie, że spływają maile z zadaniami od różnych nauczycieli, i że trzeba tego samego dnia te zadania odsyłać, spędzać przed ekranem komputera wiele godzin dziennie. Nie tędy droga.

A którędy?

- Teraz jest czas na budowanie relacji. Zamiast „trzepać” kolejne zadania z matematyki, lepiej jest zrobić drugie śniadanie i porozmawiać przy stole z rodzicami lub rodzeństwem.

To co ma zrobić rodzic, którego dziecko ma od dziewiątej do trzynastej siedziało przed komputerem i online brało udział w lekcjach?

- Specjaliści od neurodydaktyki zwracają uwagę, że robienie zadań online – za pomocą komputera, klikanie myszką, to sprowadzanie aktywności fizycznej tylko do ruchu ręki i ruchu gałki ocznej. Znacząco zmniejsza efektywność nauki, ponieważ zostawia za każdym razem ten sam ślad w mózgu. Przy pracy innej niż przy komputerze, przez zmysły możemy doświadczać różnych struktur, zapachów, dźwięków, poza tym rozmawiamy, przechodzimy z jednego miejsca w drugie, cały czas ciało jest aktywne. W tych warunkach wytwarza się więcej połączeń neuronowych w mózgu i nauka jest bez porównania bardziej efektywna.

Co to znaczy dla nas teraz, kiedy dzieci muszą siedzieć przed komputerem?

- Dzieci powinny mieć teraz znacznie więcej wolności i przestrzeni na to by doświadczyć zachwytu, czasu by poczytać książki. Uważam też że teraz powinno się dzieciom ograniczać dostęp do nowych technologii. Nie mówię, żeby zakazywać zupełnie, ale uważam że kiedy dzieci są zamknięte w domach i jedynym towarzyszem będzie komputer, smartfon czy telewizor, i przed ekranem będą spędzać dużo czasu - najpierw na zajęciach szkolnych, ucząc się, a potem grając w gry, i będą to robić na dodatek w samotności, to będzie to miało bardzo negatywny wpływ na ich mózgi.

Wszystko pięknie, ale tymczasem jest lekcja online, a po drugiej stronie światłowodu czeka już pani nauczycielka.

- Jeśli moje dziecko teraz miałoby się uczyć zdalnie i dostawałoby stosy zadań do robienia online, a wyraźnie byłoby to dla niego zbyt obciążające, to być może podjęłabym decyzję, że ma tych zadań nie robić, ale podkreślam – przy założeniu, że uzyskanego w ten sposób czasu nie wykorzysta na siedzenie przed telewizorem, w smartfonie, czy w komputerze. Wzięłabym na siebie ryzyko, że nie zda do następnej klasy. Ale w zamian miałoby przygotowany inny rodzaj przestrzeni - kartki, ołówki, kredki, żeby rysować, długopis, pióro żeby pisać swoje przemyślenia, miałoby książki do czytania czy oglądania, przestrzeń do rozmowy z rodzicami czy rodzeństwem. Zaprosiłabym do kuchni, do wspólnego gotowania, dałabym maszynę do szycia… Jeśli zaś wykorzystujemy do czegoś komputer, to najlepiej do budowania relacji, spotkań z przyjaciółmi, nauczycielami, których teraz brakuje.

dli8zdi

Nie robiłoby w komputerze tych prac domowych, które zadaje nauczyciel? To taki rodzicielski bunt?

- Nie nazwałabym tego buntem, ale rodzicielską odpowiedzialnością. Pamiętajmy, że to rodzic jest pierwszym wychowawcą i nauczycielem dziecka. Szkoła zawsze powinna pełnić rolę pomocnika dla rodziny i wspomagać w procesie edukacji i wychowania.

Część druga: Do nauczycieli

Anna Marszałek:

- Nauczyciele też znaleźli się w zupełnie nowej sytuacji, nie są przygotowani do edukacji zdalnej. Nikt nie jest do niej przygotowany. Dodam także, że w niektórych szkołach udaje się obecnie edukację prowadzić przyzwoicie, w przyjazny sposób. Są rodzice, którzy sobie chwalą wysyłane przez nauczycieli zadania i ich dzieci dobrze sobie radzą w takim systemie nauki zdalnej. Tego typu głosy są w mniejszości, ale są, i trzeba to podkreślić.

Zdaję sobie sprawę, że nad nauczycielami jest dyrektor, nad nim kuratorium, a nad kuratorium jeszcze ministerstwo, i jest to skomplikowana sytuacja oraz struktura. Ale mimo wszystko nie składałabym broni jeszcze przed wejściem na pole bitwy, ponieważ to rodzice i nauczyciele są na pierwszej linii frontu, czyli w kontakcie z dziećmi. Moim zdaniem nauczyciele mają ogromny wpływ na to, co się obecnie dzieje, chociażby poprzez dobór sposobu komunikacji z dziećmi.

Tradycyjny system edukacji, zmuszony do realizacji edukacji zdalnej, stanął przed szansą, jednak od nas zależy jak to wykorzystamy, wszyscy w tym łańcuchu edukacyjnym – nauczyciele, dyrektorzy, kuratorzy i ministerstwo. Cała sytuacja ujawnia braki i niedoskonałości. Ten system, w którym dzieci się uczą to jest system pruski z początku dziewiętnastego wieku i wymaga zmiany, dziś wiedza jest na wyciągnięcie ręki. Współczesna edukacja nie powinna polegać na zapamiętywaniu i kontroli, ale na innych kompetencjach. Mam na myśli w szczególności „cztery K” – to komunikacja, kreatywność, kooperacja i krytyczne myślenie. To są kompetencje przyszłości, one są dzisiaj potrzebne dzieciom.

Czyli obecna sytuacja może stanowić jakiś krok całego systemu w stronę "cztery K"?

- Tak, może tak być. To od nas zależy, czy i jak to wykorzystamy.

Ale jest to postulat kierowany raczej do ministra niż nauczycieli.

- To jest postulat skierowany do wszystkich. Rewolucja w edukacji może dokonać się oddolnie, i w dużej mierze już się to dzieje. Bo są już nauczyciele i rodzice, którzy uczą inaczej. Nie oddawajmy naszej wolności w ręce „góry”, i władzy, bądźmy sprawczy i róbmy co w naszej mocy.

Anna Marszałek i Agnieszka Pleti
Źródło: Archiwum prywatne

Agnieszka Pleti:

- Po pierwsze: żeby mógł zaistnieć rozwój, potrzebny jest kryzys, bez kryzysu nie ma rozwoju. Po drugie: ten rozwój będzie mógł się zadziać, zmiana będzie mogła nastąpić, jeśli w każdym miejscu łańcucha edukacyjnego znajdzie się ktoś, kto zada sobie pytanie: co ja mogę zmienić, i postara się coś zmienić, a nie będzie ubezwłasnowolniać się mówiąc że „jak tak muszę bo tak mi kazano”. Polskie prawo edukacyjne daje pewną wolność, możemy ją wykorzystywać lub nie. W naszym kraju można ograniczyć wystawianie ocen, do dwóch: śródrocznej i końcoworocznej. Niektóre szkoły z tego prawa korzystają, inne nie.

Jeśli nawet dyrekcja zadecydowała, że nauczyciel musi wystawić oceny cząstkowe, to ostatecznie on sam zdecyduje za co wystawi oceny. Nie mam wątpliwości, że jest w stanie zrezygnować z robienia bezsensownych kartkówek i sprawdzianów online, a wystawiać oceny na przykład za projekty, które będą miały jakiś sens.

Agnieszka Kosiak:

- Nauczyciele są pogubieni. Naprawdę ich podziwiam, że muszą w takim tempie przestawić się na nieznany wcześniej styl pracy. To rewolucja technologiczna. Powinni skupić się teraz na towarzyszeniu dzieciom. Zamiast zobowiązywać ich do tworzenia i rozsyłania materiałów, zadań, ćwiczeń, lepiej dać im przestrzeń na towarzyszenie dzieciom. Bez presji rozliczania.

Ale uczyć muszą. Prowadzić lekcje, przekazywać wiedzę.

- Teraz nie jest potrzebny transmiter wiedzy, bo w internecie to wszystko jest. Teraz jest potrzebny ktoś w rodzaju doradcy, który podpowie, jak tę wiedzę odnaleźć w sieci, jak ją wykorzystać, zaimplementować, jak oddzielić treści wartościowe od tych pozbawionych wartości. Do tego są teraz potrzebni nauczyciele. Podoba mi się zdanie, że koronawirus zastał polską edukację analogową, a zostawi cyfrową. Fajne jest też to, że nauczyciele mogą teraz uczyć się od swoich uczniów, którzy często lepiej się poruszają w przestrzeni technologicznej.

Ciężko przyjąć do wiadomości, że nauczyciel ma nie być od nauczania – tak, jak to rozumieliśmy do teraz.

- Ależ on ma być od nauczania. Jednak nie od napełniania głowy ucznia wiedzą, ale uczenia rozumienia świata. Dostrzegania zjawisk, wiązania faktów, doceniania piękna, wybierania istotnych informacji, pozytywnego motywowania. Nie wiem, czy to jest systemowo możliwe do zrealizowania. Mamy w Polsce już wiele takich inicjatyw. Jednak wiele spraw rozbija się o finanse i zmiany u podstaw - kształcenia na uniwersytetach, doboru osób do zawodu, weryfikacji umiejętności. Nie wiadomo, jak do tego podejść. Pojawia się tu także kwestia finansowania. Czytam obawy nauczycieli, że rodzic powie: "Co ten nauczyciel zrobił – wysłał filmik, podesłał linka, pogadał, i za co mu teraz będziemy płacić?".

Gorzej, jak to samo powie minister.

- Może to absurdalny zarzut, ale nauczyciele się boją, że tego rodzaju zarzuty się pojawią. Dlatego bardzo dużo pracują, starają się łatać dziury w systemie, robić to, czego nie przygotowało ministerstwo i jeszcze wypełniają tabelki, żeby było na piśmie, ile zrobili.

Część trzecia. Do ministra

Agnieszka Kosiak:

- Kierujący edukacją systemową, mogliby się od nas, edukatorów domowych, wiele nauczyć. Tylko… Nie wiem czy jest to możliwe. Chodzi o to, co my nazywamy w edukacji domowej "odszkolnieniem". W moim przypadku minęło parę miesięcy, zanim się "odszkolniłam". W głowach mamy tyle szkoły... Dzisiaj wszyscy - dyrektorzy, nauczyciele, rodzice i same dzieci mają w głowach system szkolny. Ciężko jest to nagle tak to zostawić.

- Szkoła ma wyraźną tendencję do kontrolowania ucznia w sposób ciągły, nieustanny. To znaczy, że w określonym czasie szkoła chce mieć pewność, że uczeń się uczy, codziennie od poniedziałku do piątku, od godziny dziewiątej do piętnastej.

- Myślę, że w tym momencie dotykamy konfliktu dwóch aspektów. Pierwszy jest taki, że szkoła zaplanowana jest jako "przechowalnia" ucznia - gdy chodzi on do szkoły, a teraz, gdy ma uczyć się zdalnie - jako "zajmowalnia czasu". Szkoła ma pilnować ucznia, gdy rodzice nie mogą tego robić. Ta tendencja jest teraz przenoszona do nauczania zdalnego. Uczeń ma w określonym czasie być online, musi wykonywać polecenia nauczyciela. Czyli szkoła nadal, mimo że dzieci są w domach, pozostaje instytucją, która stawia sobie za cel pilnowanie, żeby dzieci się nudziły, nie grały na komputerze, żeby w danym czasie robiły "coś mądrego".

Tu się pojawia aspekt zaufania do ucznia. Żeby miał robić "coś mądrego", to trzeba mu coś "zadać", i wtedy będzie to robił, żeby nie robił innych "niemądrych" rzeczy. I jeszcze będziemy go kontrolować, czy w tym czasie robił to, co my chcemy, żeby robił. Dotychczas to funkcjonowało w murach szkoły, a teraz ma to funkcjonować w domu.

A drugi aspekt?

- To jest to, co kojarzymy jeszcze z kultury antycznej, jako zdobywanie mądrości poprzez rozmowę, doświadczanie, to sytuacja, w której jest mentor, który pełni rolę przewodnika w poszukiwaniu wiedzy. I szkoła chce obydwie te funkcje pełnić równocześnie, co nie zawsze da się pogodzić, bo to inne cele i metody.

Chcesz powiedzieć, że szkoła powinna teraz postawić na drugi aspekt, ten - nazwijmy to "antyczny", i przestać rozliczać z czasu, z zadawanych zadań, które w danym dniu trzeba koniecznie zrobić? Zaniechać stawiania ocen?

- Zdolni, pracowici uczniowie pewnie nie będą potrzebowali tego rozliczania, a ci mniej zdolni, którzy dodatkowo nie będą chcieli wykonywać tych zadań, i tak tego nie będą robić. Więc według mnie to rozliczanie nie jest potrzebne. Uważam, że oceny w szkole w obecnej postaci komplikują proces zdobywania wiedzy.

Jak to? Są potrzebne do tego, żeby uczeń czuł presję, że ma się nauczyć, bo jakby nie było ocen, to by zbijał bąki.

- To odpowiedz mi na pytanie – jeśli uczeń dostał tróję – to znaczy że się nauczył, czy nie? Salman Khan (założyciel Khan Academy) opowiadał kiedyś, że gdyby wprowadzić oceny na egzaminie na prawo jazdy, i dostałbyś troję, to czy to znaczy, że nie umiesz skręcać w lewo czy hamować? Powinieneś się tak długo uczyć, aż się nauczysz – tyle ile ci będzie potrzebne. A kiedy się nauczysz, to idziesz dalej. Zawsze też możesz zostać kierowcą rajdowym, jeśli chcesz, nikt ci tego nie broni. Tymczasem masz tróję – i co ta informacja wnosi? Że masz ułomną wiedzę, a braki dadzą się odczuć za jakiś czas.

To jak sprawdzić, czy uczeń się nauczył?

- Dzisiaj jest tyle narzędzi, które można wykorzystać. Na przykład stolice Europy – są quizy, uczeń klika i rozpoznaje, niech klika tak długo aż wyklika sto procent. Po co oceny? Jak wyklika wszystko, to znaczy że się nauczył. Nie trzeba robić kartkówki z tego i wstawiać oceny do dziennika. I te narzędzia, te metody mogłyby właśnie teraz, podczas nauki zdalnej, być stosowane, zamiast kartkówek, stawiania ocen. A zaoszczędzony czas można poświęcić na uczenie jak się uczyć, rozmawianie, wyjaśnianie, poszerzanie zainteresowań. Rozumiem, że dla wielu osób to rewolucyjna zmiana. Uderzająca w sens szkoły, w którym motywowanie oparte jest na porównywaniu uczniów, zamiast porównywaniu postępów indywidualnych. Nasza zabawa w zdobywanie kwiatków przez najmłodszą córkę jest też swego rodzaju ocenianiem, jednak dopasowanym do jej obecnych zainteresowań, w obszarach które są dla niej ważne. Bo najważniejsze jest zmierzenie się z pytaniem: kto ma decydować, co powinno się umieć. Czy każdy powinien znać klasyfikację stawonogów? Jaka wiedza o motylach jest niezbędna w dorosłym życiu? Ile powinniśmy dowiedzieć się w szkole, aby rozumieć świat i móc się go potem dalej uczyć? Ale to już bardzo złożony temat zahaczający o wiele aspektów - na kilka godzin rozmawiania. Na razie mamy dotychczasową szkołę w "cyfrowej sukience". Choć bardzo liczę, że obecna sytuacja przyspieszy zmiany w systemie edukacji.

Szkoła tradycyjna dzisiaj przegląda się w lustrze. I widzi samą siebie jako byt nieco anachroniczny i odstający od rzeczywistości. Zgodzisz się?

- Tak. W gruncie rzeczy to jest ciągle ta pruska szkoła, która miała służyć temu, żeby ludzie ze wsi nauczyli się funkcjonowania w fabrykach. Dorosłych ciężko było kształtować, więc postanowiono przygotowywać dzieci do pracy na rygor dzwonka. Potrzeby sprzed dwustu lat wymusiły rozwiązania, które do dzisiaj funkcjonują. Problem w tym, że te rozwiązania przestały być funkcjonalne. Kiedyś nauczyciel mógł stosować przemoc fizyczną. Dziś nie może. Później mógł stosować przemoc psychiczną. Dziś już nie może. W tym systemie, który ciągle przypomina ową pruską szkołę, nauczyciel zostaje dzisiaj bez narzędzi. Ze stertą obowiązkowych, czasami nudnych i nieprzydatnych, treści do przekazania. I wszystko się rozsypuje. Brakuje społecznego ustalenia na nowo, czemu ma służyć szkoła.

Agnieszka Pleti:

- Cały ten system kontroli zaczyna padać i nie ma sensu… Przyszedł czas na to, żebyśmy zaczęli rozmawiać ze sobą i nauczyli się pracować w pewnej wolności i zaufaniu. Bo jeśli dyrekcja budowałaby relacje w wolności i zaufaniu z nauczycielami, to nie byłoby wówczas potrzeby wysyłania tony tabelek do wypełniania i kontrolowania dzień w dzień, czy nauczyciel pracował, czy nie – a tak się dzieje, dzisiaj nauczyciele zajmują się wypełnianiem mnóstwa formularzy, które mają potwierdzać, że pracowali danego dnia.

Mamy obecnie – podczas zdalnego nauczania, system oparty na wzajemnym kontrolowaniu. To jest mnóstwo straconego czasu tylko dlatego, że ktoś podejrzewa drugiego człowieka o to, że jest nieuczciwy. Nie dajemy przestrzeni zaufania. To znaczy, że dyrektor, który zatrudnia kilkudziesięciu nauczycieli, żadnemu z nich nie może zaufać w momencie, gdy nie ma go pod ręką i nie może w każdym momencie wejść do klasy i sprawdzić, czy ten pracuje. W ten sposób bardzo wyraźnie ujawnia się kryzys systemu edukacji, kryzys na każdej płaszczyźnie. Brak zaufania i wolności nauczycieli i dyrektorów, i tak dalej… a na samym końcu są dzieci, które najbardziej w tym cierpią.

Cały ten strumień braku zaufania spada na ich głowę?

- Tak, dokładnie.

Agnieszka Kosiak:

- Rolą szkoły nie jest teraz dodawanie stresu w domach. Ludzie i tak będą mieli dość stresu, będą tracić firmy, zatrudnienie, wielu zachoruje, zostanie objętych przymusową kwarantanną.

Może więc teraz trzeba przyjąć do wiadomości, że jeśli dzieciaki w tym roku nie przerobią ostatniego rozdziału z podręcznika, to nasza cywilizacja nie upadnie.

- Nie może być tak, że rodzic, zamiast ratować swoją firmę, będzie się dokształcał z fizyki, żeby dziecku pomóc w rozwiązywaniu zadań przysłanych przez nauczyciela, które muszą być zrobione "na dziś".

Szkoła powinna się trochę wyluzować?

- Tak, jak najbardziej. Powinna nabrać do siebie pozytywnego dystansu, wyluzować się i zaufać uczniom i nauczycielom. Trzeba znaleźć czas, żeby uczniowie sami powiedzieli, jakie mają pomysły na to, co się obecnie dzieje, i okaże się, że wcale nie trzeba stale im zapewniać na siłę zajęcia. I teraz, i potem - warto postawić na zaufanie i relacje.

Agnieszka Pleti:

- Nie ma edukacji bez relacji. Jak powiedział Arystoteles: Edukacja umysłu bez edukacji serca nie jest w ogóle edukacją.

Anna Marszałek:

- Edukacja jest atmosferą. Może odbywać się w dobrej atmosferze, atmosferze zaufania. Potrzeba nam więcej przestrzeni na zachwyt światem, odkrywanie zainteresowań, podążanie za pasjami.

Agnieszka Pleti:

- Obecna izolacja pokazuje nam jak bardzo brakuje w tym wszystkim relacji.

Polub WP Książki
dli8zdi

Podziel się opinią

Share