WP

Smoleńsk, czyli tragedia, cynizm i kłótnia à la polonaise

"Wciąż mam nadzieję, że wszystko okaże się jakimś snem". Tak Konrad Piasecki pisał w dzień katastrofy smoleńskiej. Publikujemy fragment książki "Zamki na piasku. 20 obrazków z życia dziennikarza".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Konrad Piasecki w swojej ostatniej książce opisał kulisy pracy w mediach.
Konrad Piasecki w swojej ostatniej książce opisał kulisy pracy w mediach. (East News, Fot: Wojciech Strozyk/REPORTER)
WP

To będzie miły, dobrze zaplanowany weekend. Rodzinne śniadanie, potem wyjedziemy do znajomych pod Warszawę. Pomożemy im w małym przemeblowaniu, posiedzimy w ogrodzie, wieczorem napijemy się wina. Jeszcze polegujemy w łóżkach, przekomarzamy się z dziećmi, gdy po raz pierwszy odzywa się telefon. Jest w drugim pokoju, proszę córkę, by mi go przyniosła. Telefon dzwoni po raz wtóry. Jest 9.26. Na wyświetlaczu numer mojej wydawczyni. Odbieram…

"Rozbił się samolot prezydenta". Głos Olgi jest pełen napięcia i emocji, mimo to pytam z powątpiewaniem: "Żartujesz?". "Konrad… naprawdę… jeszcze nie ma potwierdzenia, ale coś się na pewno stało".

Odkładam telefon, biegnę włączyć telewizor. Jarek Kuźniar zasłania twarz dłonią, zbiera myśli, z niedowierzaniem patrzy w depeszę, a żółty pasek krzyczy: "Katastrofa rządowego samolotu Jak-40". Błyskawicznie przebiegające przez głowę myśli. Skoro to jak, to raczej nie prezydent, ale kto w takim razie? Dziennikarze? Kto od nas tam poleciał?

WP

Za chwilę Kuźniar mówi: "To tupolew, na pokładzie był prezydent z małżonką". Zaczynam się ubierać. Szukam czarnych spodni, białej koszuli, marynarki. Z telewizora słychać: "Na pokładzie byli wicemarszałkowie sejmu, szefowie NBP i IPN, wielu posłów i senatorów".

Zobacz też: 8. rocznica katastrofy smoleńskiej. Jaka jest prawda?

Brzmi to wszystko i strasznie, i nierealnie. To poczucie niedowierzania towarzyszyć mi będzie zresztą uparcie przez wiele następnych godzin. Wybiegam z domu, wsiadam w samochód, pędzę do radia. Po drodze dzwonię do rzecznika marszałka sejmu, bo to marszałkowi Konstytucja wyznacza rolę zastępcy prezydenta. Gdzie jest Komorowski? Podobno jedzie do Warszawy.

WP

Na Twardej, w warszawskiej siedzibie Radia RMF, jest już kilka osób. Ktoś płacze, nerwowe rozmowy… Upewniam się, że nasz kolega, który poleciał do Smoleńska, był w jaku. Już dzwonił, nic mu nie jest. Powoli do redakcji docierają następni. Ktoś jedzie pod Pałac Prezydencki, ktoś rusza do Sejmu, ja zaczynam szukać rozmówców.

Ramówka zostaje podporządkowana katastrofie. Nie ma muzyki, są wyłącznie informacje o katastrofie. O jedenastej z minutami po raz pierwszy wchodzę na antenę. Potem tych wejść będzie jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt. Mówię o tych, którzy zginęli, o tym, co się dzieje, co dalej, o zapisach Konstytucji i ustaw. Rozmawiam. Trochę w tym wszystkim przypadkowości, sporo nerwowości, mnóstwo emocji, myśli kłębiących się w głowie. Przypominam sobie ostatnie rozmowy z tymi, którzy zginęli.

PAP
Podziel się

Przed oczyma mam poprzedni wieczór. W charakteryzatorni TVN24 przed rozmową z Markiem Migalskim spotkałem Władysława Stasiaka. Żartowałem, że odkąd Migalski pojawił się w PiS‑ie, Stasiak stracił laur najwyższego polityka tego obozu. Stasiak – jak to on – mówił: "Panie dobrodzieju, to niemożliwe…". Więc dla pewności zmierzyłem ich. Okazało się, że rzeczywiście Stasiak jest wyższy o dwa centymetry. Producent pospieszał go i wyciągał z pokoiku. Nawet nie wiem, czy uścisnąłem mu dłoń na pożegnanie…

WP

Pojawiają się informacje o tym, że do Smoleńska leci premier. Adam Bielan pisze na Twitterze, że na miejsce katastrofy dotrze też Jarosław Kaczyński. Podobno nie chcą lecieć razem, nawet dziś są między nimi jakieś tarcia… Potem Bielan relacjonuje kolejne etapy podróży przez Białoruski Witebsk, do granicy rosyjskiej i na smoleńskie lotnisko.

Ja sam piszę na Twitterze: "Wciąż mam nadzieję, że wszystko okaże się jakimś snem. To punkt zwrotny polskiej polityki. Oby…".

Około 22.00, gdy docieram do domu, pojawia się wieść, że Jarosław Kaczyński rozpoznał zwłoki brata i bratowej. Następnego dnia informacja okaże się nie w pełni prawdziwa – na identyfikację ciała pani Marii trzeba będzie czekać jeszcze kilkadziesiąt godzin.

PAP
Podziel się
WP

Rodzina siedzi przed telewizorem. Długo rozmawiamy. Kładziemy się wszyscy spać po 24.00. Noc jest krótka. Sny to u mnie rzadkość, emocje z nimi związane – jeszcze większa, ale o świcie budzę się ze łzami w oczach. I ruszam robić kolejne wywiady. Bardzo ciężkie. Chyba dopiero teraz do wszystkich tak naprawdę dociera, co się stało. Witold Waszczykowski łamiącym się głosem wspomina prezydenta i jego żonę, pyta: "Boże, za co to? Za co, za co, czym przewiniliśmy, że taka kara nas spotkała?".

Minister sprawiedliwości ma przekrwione ze zmęczenia oczy. W nocy wrócił ze Smoleńska. Opisuje miejsce katastrofy, stan zwłok, błoto, w którym tonęło wszystko… Unika drastyczności, ale i tak zaczynam rozumieć, w jakim stanie są ofiary, jak długo może potrwać identyfikacja ciał.

Z Adamem Bielanem umawiam się przed Pałacem Prezydenckim. Jestem tam pierwszy raz od momentu katastrofy. Tłumy ludzi, znicze, kwiaty, wozy reporterskie, stanowiska dziennikarskie, w ciągu dwudziestu czterech godzin to miejsce bardzo się zmieniło. Rzecznik PiS‑u gubi się w tłumie.

Idzie w kierunku Uniwersytetu Warszawskiego, my stoimy pod pomnikiem Mickiewicza. Gdy wreszcie do nas dociera, nie jest w stanie powstrzymać płaczu. On, na co dzień chłodny, kalkulujący i rozkoszujący się politycznymi gierkami spin doktor, jest teraz zupełnie rozklejony. Mówi o tym, że Lech Kaczyński dzwonił na dwadzieścia minut przed katastrofą do brata. To stanie się za chwilę jedną z informacji dnia. Ujawnia też, że kilka dni wcześniej wspólnie z prezydentem wybrał motyw muzyczny kampanii wyborczej – miała nim być Pieśń o małym rycerzu.

WP

Poszukujemy gości na następny poranek. Dowiadujemy się, że w Warszawie jest już Jacek Sasin (później okazało się, że wrócił kilkanaście godzin wcześniej). Udaje się nam go znaleźć i umówić, będzie pierwszą osobą, która wystąpi publicznie, a która była, tuż po 9.00, na miejscu katastrofy.

Znajdujemy też Ewę Kopacz. Ona z kolei jest w Moskwie, pracuje przy identyfikacji ciał. Zgadza się wyjść do naszego wozu, który będzie stał przed Instytutem Ekspertyz Sądowych.

PAP
Podziel się

Myśląc nad umawianiem do rozmów na antenie kolejnych gości, odruchowo przeglądam listę nazwisk w kontaktach telefonu. I dopiero w tym momencie w pełni zdaję sobie sprawę, z iloma z nich już nigdy nie przeprowadzę wywiadu.

Przez kilka kwietniowych dni tuż po katastrofie miałem w sobie nadzieję, złudzenie, że 10 kwietnia będzie punktem zwrotnym w polskim życiu, nie tylko politycznym. Że tak gigantyczna tragedia musi spowodować jakieś przewartościowanie, zmianę postaw, wyciszyć głupie emocje i jałowe spory. Haniebnie się pomyliłem, czego pierwszym dowodem był spór o pochówek pary prezydenckiej na Wawelu.

Mówiąc szczerze, w pochówku tym nie widziałem niczego szczególnie kontrowersyjnego. Na Wawelu kładziono niegdyś, "z urzędu", królów. Dobrych i złych. Zasłużonych i takich, którzy okazali się krótkim epizodem polskich dziejów. Dlaczegóż by nie pochować tam wybranego w demokratycznych, powszechnych wyborach prezydenta? Polityka, który zaangażowaniem w działalność opozycyjną, podziemną i publiczną pozostawił po sobie zdecydowanie pozytywny bilans? Nie rozumiałem tego sporu wtedy ani nie rozumiem go teraz. Ale o tym, jak bardzo myliłem się w tych nadziejach na przełom społeczny, najdobitniej przekonałem się już w sierpniu 2010, gdy wróciwszy z krótkich wakacji, stanąłem w roli reportera na Krakowskim Przedmieściu w szczycie "wojny o krzyż".

To starcie dwóch Polsk – rozmodlonej, przejętej, wzburzonej, dzierżącej w rękach krzyże i wierzącej, że broniąc obecności krzyża, broni narodowej godności, z Polską rozchichotaną, wpadającą na drinka do pobliskich knajp, układającą krzyże z puszek po lechu, pokrzykującą „krzyż do kościoła” i znów znikającą w knajpie na szybką lufkę – było trochę z Krasińskiego, trochę z Gombrowicza, trochę z teatru absurdu. Ale przejęło mnie to wówczas mocno. Dowiodło, w jak głębokie podziały już w ciągu paru miesięcy po katastrofie zabrnęliśmy. Zwiastowało, jak bardzo dzielić będziemy się dalej.

Nie ma co owijać w bawełnę – spieprzyliśmy to. Wszyscy. Politycy, dyplomaci, wojskowi, specsłużby, dziennikarze… Wszystko to, co doprowadziło do katastrofy i co działo się po niej, kładzie się długim cieniem na polskim państwie i jego elitach. Wkładam między polityczne bajki teorie zamachowe, wybuchy, dobijanie rannych, trotyle, ładunki termobaryczne – od początku patrzyłem na nie wszystkie z głębokim niedowierzaniem – ale uważam, że w wielu punktach państwo polskie cholernie zawiodło.

PAP
Podziel się

Jak można było latami odkładać decyzje o zakupie porządnych samolotów? Jak można było pozwolić prezydentowi państwa (wcześniej zresztą i premierowi) na lądowanie na tak koszmarnie wyposażonym lotnisku? Jak można było nie zabezpieczyć tego lądowania przy pomocy kilku funkcjonariuszy obecnych w wieży kontrolnej (która okazała się zresztą parterowym baraczkiem)? Jak można było wsadzić do jednego samolotu tyle ważnych dla państwa i jego armii osób?

Jak można było w pierwszych godzinach po katastrofie nie wysłać na jej teren tylu oficerów służb, urzędników, dyplomatów, by zachować w miarę pełną kontrolę nad tym, co dzieje się ze szczątkami maszyny i ciałami ofiar? Jak można było uwierzyć w dobrą wolę Rosjan i zamiast wszcząć duże, międzynarodowe śledztwo, uznać, że wystarczą dwa niezależne od siebie – polskie i rosyjskie?

Tych wątpliwości, kilka miesięcy po 10 kwietnia, rodziło się we mnie coraz więcej. Ale nie będę udawał jedynego widzącego wśród ślepców. Sam też dałem się ponieść nastrojowi żałoby, smutku, opłakiwania tych, których zabrała katastrofa, miast od pierwszych godzin z chłodną głową zadawać kluczowe dziennikarskie pytania.

Pamiętam, że i ja, rozmawiając 11 i 12 kwietnia z ministrem sprawiedliwości czy prokuratorem generalnym, brałem za dobrą monetę ich przekonanie o tym, że sytuacja jest opanowana, śledztwo będzie szło jak po maśle, a współpraca polsko-rosyjska ułoży się modelowo, i raczej skupiałem się na kwestiach symbolicznych niż na twardym dociekaniu, czy nie zanadto zawierzamy w tym wszystkim Rosjanom.

Domyślny opis zdjęcia na stronę główną PAP
Podziel się

Rozmowy tuż po katastrofie, ale też te, które po kilku miesiącach czy latach przeprowadzałem z rodzinami ofiar lub tymi, którzy najszybciej dotarli na miejsce tragedii, zaliczam do najbardziej poruszających i zapadających w pamięć w mojej karierze zawodowej. Tuż przed pierwszą rocznicą katastrofy rozmawiałem z jednym z urzędników prezydenckich Marcinem Wierzchowskim, który 10 kwietnia czekał na Lecha Kaczyńskiego na smoleńskim lotnisku. Usłyszał podchodzący do lądowania samolot, ryk silników i… nagłą ciszę.

Wsiadł w samochód. Razem z ambasadorem Jerzym Bahrem ruszył na miejsce katastrofy:

– To trwało minutę, może dwie-trzy. Gdy dojechaliśmy do miejsca przy bocznym pasie, wysiadłem i zobaczyłem trzy czy cztery osoby, które wbiegły w las, i wtedy się zaniepokoiłem. Ale adrenalina działała, ja wbiegłem za nimi i kiedy zobaczyłem ogrom zniszczeń, wiedziałem już, że doszło do tragedii.

– Od razu pan sobie uświadomił, że to był ten samolot, którym lecieli prezydent i polska delegacja?

– Pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy, to: "Boże, to niemożliwe, że prezydent i wszystkie osoby na pokładzie zginęły. To nie ten samolot". Ale po kilkunastu sekundach, kiedy zobaczyłem, że na rozrzuconych po terenie szczątkach są biało-czerwone malowania, to wiedziałem już, że to polski samolot.

– Pojawiła się myśl o ratowaniu, o wyciąganiu kogoś z pobojowiska? Czy od razu pan sobie uświadomił, że o żadnej akcji ratunkowej mowy być nie może?

– Ogrom zniszczeń, które zastałem na miejscu, to było coś niesamowitego. To zabrzmi dość przykro, ale ja już wiedziałem, że nikt nie przeżył.

Prócz poruszenia i łez pamiętam wrażenie, które część z tych wywiadów wywoływała. Bardzo wiele osób miało pretensje o to, czego po katastrofie nie zrobiono, jakich zaniedbań się dopuszczono, o czym zapomniano. Przy czym żaden z moich rozmówców – i chyba było to autentyczne, ale też psychologicznie zrozumiałe – nie miał poczucia, że te winy, zaniedbania czy zapomnienia obciążają także jego konto. To "państwo", które zawiodło, zawsze było gdzieś indziej, ktoś inny je reprezentował, ktoś inny powinien wziąć na siebie w jego imieniu odpowiedzialność.

PAP
Podziel się

Symptomatyczna była dla mnie rozmowa z innym urzędnikiem prezydenta Jakubem Oparą, który kilkukrotnie w moim wywiadzie, ale i przy innych okazjach, narzekał na to, jak źle potraktowano ciało prezydenta:

– Największą pretensję mam tutaj do ambasady polskiej, która nie postarała się chociażby o jakiś symboliczny gest. Na przykład przykrycie zwłok pana prezydenta biało-czerwoną flagą. To było upokarzające – dwanaście godzin na błocie ciało pierwszego obywatela Rzeczpospolitej…

– A nie ma pan pretensji do siebie, urzędnika kancelarii prezydenta, który też mógł o to zadbać?

– Możliwe, ale to był bardzo trudny dla nas wszystkich czas…

– Myślę, że dla urzędników ambasady też to był bardzo trudny czas.

– Dobrze, może wina rozkłada się proporcjonalnie. To nie jest tak, że winna jest zawsze jedna osoba. Fakt, my też mogliśmy o tym pomyśleć.

Tych "niepomyśleń" przed katastrofą i po niej było mnóstwo. Za niektóre odpowiadają – przykro to pisać – także ci, którzy w katastrofie zginęli. Dlatego, gdy słyszę hagiograficzne wspomnienia ich zasług, ciśnie mi się na usta pytanie o to, dlaczego dopuścili do takich zaniedbań, choćby w pułku wożącym najważniejsze osoby w państwie. Ale… niech im ziemia lekką będzie. I niech dobra pamięć o nich wszystkich przestanie być przyćmiewana dyskusjami o zamachu i wiecznym powątpiewaniem w to, że taka tragedia może być wynikiem splotu fatalnych warunków i ludzkich błędów.

Rozumiem, że wielu, a przede wszystkim rodzinom ofiar, "zwykłość" tej katastrofy nie mieści się w głowach. Że szukają jakiegoś drugiego dna, a rozgoryczenie wynikające z bałaganu, zaniedbań, błędów przekładają na przekonanie, że śmierć ich bliskich jest skutkiem działania sił tyleż tajemniczych, co złowrogich. Wykorzystywani przez polityków, budujących na swoje potrzeby mit zamachu, znaleźli się w centralnym punkcie bitwy o Smoleńsk.

A zabliźnianiu się ich ran nie pomaga,absurdalny w mojej ocenie, wieloletni spór o pomnik ofiar katastrofy. Ja sam od początku nie miałem wątpliwości, że budowa takiego pomnika w centrum Warszawy jest czymś naturalnym i oczywistym. Że nie ma sensu wikłać go w dyskusję polityczną. Że upamiętnienie śmierci kluczowych dla kraju osób w stolicy tegoż kraju jest działaniem pozapolitycznym i ponadpolitycznym. Ale i w tej sprawie nikt z nikim dogadać się nie potrafił.

I skończyło się na budowie pomnika symbolu. Nie tylko pamięci o ofiarach, ale i symbolu polskiej swarliwości i niechęci do kompromisu, które nawet tragedię potrafią unurzać w politycznym błocie.

Materiały prasowe
Podziel się
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP