Trwa ładowanie...
21-07-2017 19:00

Są sprawy, od których nie uciekniesz

Jest spokojny kwietniowy dzień, gdy grupa chłopców znajduje w parkowym jarze ciało mężczyzny. Zwłoki są nagie od pasa w dół, twarz zmasakrowana, a w pośladki wbite kawałki szkła. Ofiarą okazuje się śląski biznesmen. Kilka dni później zostają odkryte kolejne zmasakrowane zwłoki. Czy te sprawy są ze sobą powiązane? Czy komisarz Walter, który został przeniesiony do Katowic z komendy stołecznej, ma do czynienia z ofiarami szaleńca, a może to tylko zbieg okoliczności?

Share
Są sprawy, od których nie ucieknieszŹródło:
d3u3yxc

Jest spokojny kwietniowy dzień, gdy grupa chłopców znajduje w parkowym jarze ciało mężczyzny. Zwłoki są nagie od pasa w dół, twarz zmasakrowana, a w pośladki wbite kawałki szkła. Ofiarą okazuje się śląski biznesmen. Kilka dni później zostają odkryte kolejne zmasakrowane zwłoki. Czy te sprawy są ze sobą powiązane? Czy komisarz Walter, który został przeniesiony do Katowic z komendy stołecznej, ma do czynienia z ofiarami szaleńca, a może to tylko zbieg okoliczności?

Drohiczyn, marzec 2015, następnego dnia rano

Obudził się piętnaście minut przed dzwonkiem budzika. Właściwie to nie był pewien, czy się obudził, czy tylko otworzył oczy. Miał wrażenie, że to, co już od kilku tygodni działo się z nim nocami, bardziej przypomina katatoniczne odrętwienie niż sen. Słyszał każdy szmer pod podłogą, monotonne tykanie zegara ściennego, słyszał wszystkie nocne istoty i ich szepty, których za dnia nie rejestrował. A jednak za każdym razem w końcu zaskakiwał go poranek, a w ciągu dnia nie dręczyło go zmęczenie z niewyspania. Gdyby nie był zadeklarowanym racjonalistą, przypuszczalnie zacząłby zgłębiać teorię eksterioryzacji, lecz prawda była taka, że nawet widząc siebie – stojącego obok swego śpiącego ciała – uznałby to za nic więcej jak zręczny, szarlatański trik.

d3u3yxc

Usiadł na brzegu łóżka i sięgnął po szklankę wody stojącą u wezgłowia. Zwyczaj trzymania wody w zasięgu ręki pozostał mu z dawnych czasów, gdy jej brak o brzasku zmuszał go do półświadomej eskapady do łazienki, co nie zawsze kończyło się bez ubytków w armaturze. Spojrzał na okno. Białe zasłony, haftowane w delikatne, niebieskie ludowe motywy, były odsłonięte. Na dworze było szaro, wschodzące słońce powoli, acz skutecznie zaczęło przeganiać mgły rozlewające się nad meandrami Buga. W Drohiczynie wstawał kolejny dzień.

Dopijał trzecią od rana kawę, gdy za oknem usłyszał chrzęst opon na żwirowym poboczu. Spojrzał na zegarek. Jedenasta. Rymarski był punktualny. Nie czekając na dzwonek, otworzył drzwi i stanął na ganku.
– Gdzieś ty się wyniósł, do diabła? Co to za zabita dechami dziura? – rzucił Rymarski, gdy wymienili powitalny uścisk dłoni.
– Całkiem ładna. Wiem, że chodzenie nie jest twoją pasją, ale po krótkim spacerku na pewno zmienisz zdanie.
Nie trzeba było znać preferencji naczelnika Rymarskiego – wystarczył jeden rzut oka na potężne, grubo ponadstukilowe ciało szefa stołecznej policji i było jasne, że piesze wędrówki nie są jego ulubioną formą spędzania czasu.
– Wiesz co, Roman? Wierzę ci na słowo, ale nie przyjechałem tu na zwiedzanie – odparł i lekko pchnął Waltera do domu.
– Ile lat się znamy? – zapytał, gdy już usiedli przy kuchennym stole.
– Sporo – rzucił Walter. – Z piętnaście?
– Dość, żebym nie uwierzył w tę ściemę, że ta cała ucieczka to panaceum na wszystkie twoje bolączki.
– Edek, czy ja mam w głowie jakąś dziurę, przez którą zaglądasz i widzisz, co w niej siedzi?
– Niepotrzebna mi żadna dziura. I nie muszę być pieprzonym psychoterapeutą, żeby cię rozgryźć.
– O co ci chodzi? – Walter wyglądał na szczerze zdezorientowanego.
– Romek, dostałeś w dupę od życia. Porządnie. Stary, kurwa, nie wiem, jak ja bym sobie z tym poradził na twoim miejscu. Może też zaszyłbym się gdzieś i zalewał codziennie pałę, żeby nie pamiętać.
– Nie piję – wszedł mu w słowo.
– Nie? A ta pusta flaszka? – Rymarski głową wskazał kosz na śmieci pod blatem kuchennym.
– Nie wypiłem jej. Wylałem do zlewu.
– Rozumiem. Kupiłeś ją, bo lubisz wylewać wódkę do zlewu.
– Edek, daruj sobie sarkazm. To nie tak.
– A jak? Ile jeszcze razy dasz radę? Ile butelek skończy w zlewie, zanim pękniesz? Roman, siedzisz w tej dziurze sam jak ten palec w dupie. Nie masz z kim pogadać ani czym się zająć. – W głosie Rymarskiego zabrzmiała troska.
– Skąd ta pewność?
– No, chyba że zostałeś jakimś lokalnym detektywem. Tutaj zaginie kura, tam komuś jabłka z sadu zapierdolą. Na pewno jest co robić! Alicja byłaby z ciebie dumna!
Dotychczas Walter siedział spokojnie. Wysłuchiwał tyrady Rymarskiego, paląc i popijając kawę. Tym razem nie wytrzymał. Wstał gwałtownie, przewracając krzesło.
– Edek, kurwa! Proszę cię, nie przeginaj! Mów, z czym przyjechałeś, albo zabieraj się z powrotem!
Jedno spojrzenie na kumpla wystarczyło Rymarskiemu, by nabrał pewności, że ten nie żartuje. Znał ten wyraz twarzy, te tańczące pod skórą mięśnie żuchwy i rozszerzone nozdrza. Roman Walter był gotowy do ataku.
Rymarski odczekał kilka chwil i przeszedł do meritum:
– Dobra, więc…
– A, i jeszcze jedno – gospodarz wszedł mu w słowo.
– Tej flaszki nie powinno tu być. Coś się wczoraj wydarzyło, ale to nie twój zasrany interes!
– Jeśli tak twierdzisz.
– Tak twierdzę.
Rymarski wziął kilka oddechów, walcząc z pokusą podjęcia rzuconej znienacka piłki. Zrezygnował jednak i postanowił przejść do rzeczy:
– Kilka dni temu zadzwonił do mnie kolega z Katowic. Naczelnik tamtejszej komendy wojewódzkiej. Jest wakat, który możesz zająć. Chcesz posłuchać?

Obejrzyj też: #dziejesiewkulturze


– No to, panie kolego, z marszu, jeśli mogę się tak wyrazić, trafił pan na krwawą jatkę – stwierdził, rzucił niedopałek na ziemię i odszedł.
Walter spojrzał na Szutkowskiego, a następnie przeniósł wzrok na niedopałek. Szutkowski wzruszył ramionami, po czym podniósł dymiącego peta.
– Adam – zawołał do stojącego opodal technika – weź to. Tylko nie pomieszaj z resztą, bo nam wyjdzie prokuratorskie DNA.
Technik bez słów odebrał niedopałek, zgniótł i włożył do foliowego woreczka, który wcisnął do jednej z licznych kieszeni drelichowych spodni.
Tymczasem Jarząbek, z założonymi na tyłku rękami, stał, wpatrując się w zwłoki. Martwy, czterdziestoparoletni mężczyzna leżał na brzuchu. Miał półprzymknięte oczy i otwarte usta. Jeden rzut oka wystarczył, aby stwierdzić, że denat nie był człowiekiem z nizin społecznych. Wszystko – od fryzury poprzez markowe ubranie aż do wysportowanej sylwetki – świadczyło o przynależności do co najmniej wyższej klasy średniej.
– I co pan o tym sądzi? – prokurator zwrócił się do Waltera, który stanął właśnie za jego plecami.
– Z całą pewnością nie było to morderstwo na tle rabunkowym. Ofiara nie została okradziona. W wewnętrznej kieszeni kurtki facet miał portfel, a w nim kilkaset złotych i zestaw kart kredytowych. Natomiast brakuje telefonu.
– Może nie miał.
– Wątpię.
– Czyli wiemy, kto to jest albo raczej był.
– Tak. Robert Dębski, lat czterdzieści siedem. Z dokumentów wynika, że mieszkał w… – Walter sięgnął po notes – …w Zbrosławicach.
– Dębski ze Zbrosławic?
Walter zauważył, że prokurator lekko się wzdrygnął i jakby na chwilę, acz zauważalnie, uszła z niego prokuratorska pewność siebie.
– Tak. Ze Zbrosławic. Znał go pan?
– A skąd, do cholery, miałbym go znać! – Jarząbek odzyskał rezon. – Zapytałem, bo to kawałek stąd, pod Tarnowskimi Górami. Wieś znana ze stadniny koni.
– Wiem. Zdążyłem to sprawdzić.
Obaj mężczyźni wyczuli, że między nimi zaczyna się jakaś gra. Niezamierzona, lecz namacalna. Stołeczny „superglina” pakuje się w królestwo śląskiego Giulianiego? – przemknęło przez myśl Walterowi.
– Co tu robił? – Jarząbek puścił mimo uszu zgryźliwość przybysza z Warszawy. – Nie wygląda mi na porannego biegacza, zwłaszcza w tym stroju.
– Zgadzam się z panem – przytaknął Walter. – Poza tym jedzie od niego wódą. Założyłbym raczej, że wracał z jakiejś imprezy.
– W okolicy jest kilka lokali działających do późnych godzin nocnych – zauważył Szutkowski.
– Zakładam, że znasz ich lokalizacje – rzucił Walter.
– Oczywiście. Każdy tutejszy je zna.
– Cyknij komórką zdjęcie ofiary z dowodu osobistego – polecił Walter. – Jak tu skończymy, to rozpytasz w tych knajpach, czy go tam kto nie widział. Jak się czegoś dowiesz, dzwoń.
– Wiemy coś o nim poza nazwiskiem i adresem zameldowania? – zapytał Jarząbek.
– Tyle, ile zdążyłem sprawdzić w sieci. Niewiele tego na razie. Jest… przepraszam, był – poprawił się Walter – właścicielem firmy budowlanej. Deweloperka, jak sądzę. Figuruje pod kilkoma pozycjami w KRS-ie. W serwisach społecznościowych go nie znalazłem, w każdym razie nie figuruje w nich pod swoim nazwiskiem. Niestety, zasięg jest kiepski i przeglądarka chodzi jak żółw, więc póki co tylko tyle.
– Tylko tyle i aż tyle – zauważył Jarząbek.
– Budowlanka to intratny biznes, ale bywa też kamieniem młyńskim u szyi, zwłaszcza dla podwykonawców. Warto będzie sprawdzić, czy Dębski nie nadepnął komuś na odcisk. – Komisarz ponownie odniósł wrażenie, że Jarząbek skrzywił się lekko.
– Wiemy mniej więcej, kiedy to się stało? – zapytał prokurator, nie podejmując rzuconego wątku.
– Mundurowi przyjechali około ósmej trzydzieści. Wtedy był jeszcze wiotki, więc możemy założyć, że między czwartą a szóstą rano.
– Jakieś przypuszczenia, jak zginął? – ciągnął Jarząbek.
Walter kucnął. Dłońmi, wciąż w lateksowych rękawiczkach, uniósł nieco głowę ofiary.
– Zmiażdżona potylica – stwierdził, upewniwszy się, że prokuratorskie oczy dostrzegły brunatnoszarą miazgę z tyłu głowy nieboszczyka. – No i ta miazga na pośladkach. Oczywiście z oficjalną wersją poczekamy, aż patolog zrobi swoje – dodał, wstając.
– Coś jeszcze poza tym, co już wiem? Walter zaczął się zastanawiać, czy jawnie obcesowy charakter tej wymiany zdań jest przejawem niechęci prokuratora do przybysza ze stolicy, który w dodatku wyciągnął stołek spod tyłka jego siostrzeńca, czy to tylko maniera, dość powszechnie spotykana w tej grupie zawodowej. Póki co postanowił ignorować nieuprzejmość rozmówcy.
– Nic ponad to, co już pan wie, prokuratorze.
Jarząbek podrapał się po karku i spojrzał na zegarek.
– Skata szlag trafił, to chociaż na obiad zdążę – powiedział, chyba bardziej do siebie. – Proszę zająć się tą sprawą i na bieżąco mnie informować. Wierzę, że będzie nam się dobrze współpracować. – Podał rękę Walterowi, a następnie Szutkowskiemu i oddalił się naprędce. Dwa kroki za nim podążył milczący przez całą rozmowę Tkaczyk.
– Skat? – Walter spojrzał pytająco na Szutkowskiego.
– To taka gra karciana. Bardzo popularna w tych stronach.
– Pierwsze słyszę. Nieważne. Daleko do tych Zbrosławic?
– Jakieś czterdzieści kilometrów, może trochę mniej. Podróż nie zajmie więcej niż godzinę – odparł Szutkowski.
– Jadę do jego domu. Może czegoś się dowiem. Jak tu skończą, sprawdź te knajpy. Dzwoń w razie czego – polecił Walter i udał się do swojego samochodu.
Prokurator Norbert Jarząbek, odchodząc z miejsca zbrodni, nawet nie spojrzał na podążającego za nim podwładnego. Bez słowa pożegnania wsiadł do samochodu. Wyjechał z parku i upewniwszy się, że nadgorliwy Tkaczyk nie podąża jego śladem, zatrzymał pojazd. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął telefon komórkowy i wybrał numer.
– Słucham – po kilku sygnałach odezwał się głos w słuchawce.
– Nadkomisarz Roman Walter. Przyjechał kilka dni temu. Chcę wiedzieć wszystko na jego temat: przebieg kariery, rodzina, kochanka, brudy, w których mógł się ubabrać, wszystko. Jasne?
– Jasne. Na kiedy?
– Na wczoraj.
Rozłączył się i wybrał kolejny numer. Tym razem jednak nie dzwonił, tylko wysłał wiadomość tekstową: ”Musimy się wstrzymać, pojawiły się komplikacje”. Po trzydziestu sekundach nadeszła odpowiedź: ”Za późno, ogary poszły w las”.

*Fragment książki ”Nie myśl, że znikną”, Marcin Grygier, Wydawnictwo Prószyński i S-ka

(img|746033|center)

Marcin Grygier (ur. 1969 r.) – absolwent Politechniki Śląskiej, z wykształcenia chemik, pracuje w branży związanej ze sprzętem medycznym. Ma żonę i dwóch dorosłych synów. W 2016 roku ukazał się jego debiut "Nie patrz w tamtą stronę", który został świetnie przyjęty przez czytelników.

d3u3yxc
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d3u3yxc
d3u3yxc