Rosjanie zdobyli dokładne plany Piłsudskiego. Mogli obrócić historyczną klęskę w zwycięstwo

Latem 1920 r. Piłsudski wbrew opiniom innych wojskowych postawił na swoim, decydując się na uderzenie ryzykowne, ale dające szansę na przełomowe zwycięstwo. Co by było, gdyby podjęto wtedy inne decyzje?
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Józef Piłsudski w okopach 1 pułku piechoty Legionów Polskich. Widoczni także: major Albin Fleszar i porucznik Bolesław Długoszowski-Wieniawa.
Józef Piłsudski w okopach 1 pułku piechoty Legionów Polskich. Widoczni także: major Albin Fleszar i porucznik Bolesław Długoszowski-Wieniawa. (NAC, Fot: .)
WP

Nigdy się nie dowiemy, jaka byłaby dziś Polska, gdyby jej losy potoczyły się inaczej. Możemy jednak, stosując metodę modelową, stworzyć alternatywne scenariusze historii ostatniego stulecia, obejmujące w spójny sposób problemy ekonomiczne, społeczne i polityczne. Paradoksalnie może to więcej powiedzieć o dzisiejszej Polsce niż analiza historii rzeczywistej.

Dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego Rebis publikujemy fragment książki Witolda M. Orłowskiego "Inna Polska? 1918-2018 Alternatywne scenariusze naszej historii".

Inna Polska: Republika Rad

WP

(…)
Po stronie rosyjskiej najważniejsze decyzje podejmował 27-letni Michaił Tuchaczewski, jeszcze dwa lata wcześniej zaledwie uzdolniony dowódca kompanii piechoty, przez bolszewików uznany za militarnego geniusza i błyskawicznie awansowany na dowódcę całego północnego odcinka frontu. Trudno było odmówić mu talentu i energii, ale z pewnością brakowało mu doświadczenia, a nadmiernie rozbudzona ambicja mogła prowadzić do nieroztropnych decyzji.

(…)

Michaił Tuchaczewski, lata 20./domena publiczna
Podziel się
WP

Kumulacja dramatu: cud nad Wisłą

Pod koniec lipca 1920 r. Tuchaczewski szykował się do zadania Polsce ostatecznego ciosu. Uznając, że nasze wojsko jest już pobite i zdemoralizowane, postanowił zaskoczyć świat błyskotliwym napoleońskim manewrem. Ponieważ jego oczywistym celem wydawało się zajęcie Warszawy, postawił swoim armiom zadanie odmienne i bardziej ambitne.

Nakazał im sforsowanie Wisły na północ od stolicy, odcięcie Polski od Gdańska, zagarnięcie ogromnych zapasów materiałów wojennych zgromadzonych w porcie i jak najszybsze dotarcie do granic Niemiec (w których, jak sądził, natychmiast wybuchnie na nowo komunistyczna rewolucja). Z czterech armii, którymi dowodził, tylko jedną skierował bezpośrednio do nieco pozorowanego uderzenia na polską stolicę. Trzy pozostałe, wzmocnione przez niszczycielski korpus kawalerii Gaja Chana, miały obejść Warszawę od północy i przeprawić się przez Wisłę między Płockiem a Toruniem.

Plan ten był pomysłowy i rzeczywiście mógł zaskoczyć stronę polską. Odcięcie od Gdańska zmusiłoby pozbawioną dostaw broni polską armię do dalszego odwrotu, a otoczona od zachodu Warszawa zapewne musiałaby skapitulować. Jednak plan był oparty na mylnej ocenie sytuacji, zakładającej, że wojsko polskie nie jest już zdolne do poważniejszej kontrofensywy i będzie tylko rozpaczliwie bronić stolicy. Co więcej, polski wywiad zdołał go poznać na czas dzięki złamaniu szyfrów używanych przez Armię Czerwoną w komunikacji radiowej. Efektem jego realizacji stało się więc to, że w momencie decydującego starcia ponad połowa wojsk Tuchaczewskiego, zamiast walczyć, maszerowała w kierunku Torunia, a kawalerzyści Gaja-Chana zaczynali dopiero przeprawę przez Wisłę.

WP

Odpowiedzią Piłsudskiego był plan kontrofensywy znad Wieprza. Bazował on na wykorzystaniu zmęczenia Rosjan, a także na tym, że wyraźnie rozeszły się kierunki ich natarcia na odcinkach frontu południowym i północnym. Na południu Armia Czerwona parła w stronę Lwowa i Węgier, popychana tam ambicjami Stalina. Na północy markowała uderzenie na Warszawę, ale w rzeczywistości szła jeszcze bardziej na północny zachód, w stronę Torunia, bo tam kazała iść ambicja Tuchaczewskiego. Między dwoma zgrupowaniami, w samym środku frontu, tworzyła się więc coraz większa luka broniona tylko przez jedną, do granic niemożliwości rozciągniętą dywizję. Luka ta aż zapraszała do natarcia, które w razie powodzenia wyprowadzałoby polskie wojska na tyły maszerujących w stronę Wisły armii Tuchaczewskiego i zagroziłoby im zagładą. Piłsudski, który nieraz stawiał wszystko na jedną kartę, nie mógł takiej okazji przepuścić. Zwłaszcza że po klęsce Wielkiego Planu potrzebował prawdziwego cudu, by odbudować i obronić swoją pozycję polityczną w kraju.

Polskie pozycje pod Miłosną, sierpień 1920/domena publiczna
Podziel się

Uważany za najwyższy autorytet wojskowy Weygand był przeciwny zamiarom Piłsudskiego. Uważał plan za ryzykancki i nieco amatorski, zarówno z powodów czysto militarnych, jak logistycznych (podobnie sądziło wielu polskich generałów). Ponieważ polskie dowództwo nie posiadało rezerw, niezbędne do przeprowadzenia kontrofensywy pięć polskich dywizji piechoty musiało opuścić linię frontu, w całkowitej tajemnicy wykonać trudny manewr oderwania się od nieprzyjaciela, szybko przemaszerować nad Wieprz, a następnie wykonać uderzenie, w żaden sposób niezabezpieczone przed możliwą kontrakcją ze strony południowego zgrupowania oddziałów rosyjskich, a zwłaszcza Armii Konnej. Nie było też żadnych odwodów, które mogłyby uratować sytuację, gdyby cokolwiek poszło nie tak, jak zakładał Piłsudski. Ostrożny Weygand twierdził, że Tuchaczewskiego można łatwiej odrzucić spod Warszawy w klasycznej bitwie obronnej, bez podejmowania tak wielkiego ryzyka. Ale oczywiście wtedy zwycięstwo nie byłoby tak efektowne, a Armia Czerwona byłaby zapewne pobita, ale nie rozgromiona.

WP

Piłsudski postawił jednak na swoim i mimo porad Weyganda (i tak już dostatecznie urażonego z tego powodu, że Polska nie mianowała go wodzem naczelnym swojej armii) zdecydował się na uderzenie ryzykowne, ale dające szanse zwycięstwa przełomowego. Na początku sierpnia opuścił Warszawę i udał się nad Wieprz, by osobiście pokierować kontrofensywą zgromadzonej w tajemnicy grupy uderzeniowej. Rzucał na szalę własny los (miał już przygotowany na wypadek niepowodzenia list z dymisją z urzędu Naczelnika Państwa), bo uważał, że tylko efektowne zwycięstwo może przywrócić jego nadszarpnięty niepowodzeniem kijowskim prestiż. Ale rzucał na szalę również los Polski, bo klęska nad Wisłą oznaczałaby utratę ledwo co odzyskanej niepodległości. Natarcie nad Wieprzem rozpoczęło się 16 sierpnia i doprowadziło do natychmiastowego przerwania słabego rosyjskiego frontu. Co stało się dalej, wiadomo. Nastąpił skuteczny atak na tyły wojsk Tuchaczewskiego i okrążenie znacznych sił przeciwnika, któremu nie przyszły z pomocą siły bolszewickie walczące pod Lwowem. A to spowodowało przypominające cud uratowanie Warszawy, ucieczkę Rosjan i triumf wojsk polskich – oraz osobiście Piłsudskiego, którego legenda jako zbawcy Ojczyzny zyskała w oczach stronników jeszcze większe uzasadnienie. W końcu obie wymęczone wojną strony podpisały w roku 1921 pokój ryski, pozostawiający po polskiej stronie granicy znaczną część Kresów Wschodnich. I dający Polsce niemal dwadzieścia lat prawdziwej niepodległości.

Inna historia: Tuchaczewski w Warszawie

Czy jednak musiało się tak zdarzyć?

Na kilka dni przed rozpoczęciem natarcia nad Wieprzem w mapniku zabitego pod Brześciem polskiego oficera Rosjanie znaleźli dokładne plany całej operacji. Na mapach było wyraźnie widać, jak ryzykowne zadanie spoczywa na barkach nieosłoniętej w żaden sposób od południa, atakującej tyły Tuchaczewskiego grupy uderzeniowej. Gdyby Rosjanie zrozumieli, jak ważne dokumenty wpadły im w ręce, mogliby skutecznie pokrzyżować plan marszałka Piłsudskiego – a nawet zmienić grożącą klęskę w wielkie zwycięstwo.

WP
Bitwa warszawska – piechota polska w tyralierze/domena publiczna
Podziel się

Uwaga: od tego miejsca zaczyna się historia alternatywna

Wymagałoby to podjęcia dwóch decyzji. Pierwsza leżała w gestii Tuchaczewskiego. Musiał natychmiast wstrzymać niepotrzebny marsz swoich trzech armii w stronę dolnej Wisły i skierować je do natarcia od północy na Warszawę, wiążąc w ten sposób walką zmasowane na przedpolach stolicy wojska polskie i uniemożliwiając im wsparcie oddziałów atakujących znad Wieprza. Ważniejsze decyzje musiał jednak podjąć inny bohater dramatu, Józef Stalin. Gdyby dostrzegł szansę na tworzenie swojej legendy wielkiego przywódcy bolszewików w efektownym zwycięstwie pod Warszawą (a nie w biciu głową o mur przy próbach zdobycia Lwowa), plan jego działań powinien być jasny. Wykorzystując swój wpływ na najważniejsze decyzje podejmowane na południowym odcinku frontu, musiał doprowadzić do natychmiastowego rzucenia Armii Konnej na tyły polskich dywizji uderzających znad Wieprza. Od przedmieść Lwowa do Lublina dzieliło ją wprawdzie 180 kilometrów, ale nie takie odległości potrafiła pokonać w ciągu kilku dni zaprawiona w bojach na niezmierzonych rosyjskich stepach Armia Konna (w podobnym tempie poruszała się zresztą w czasie bitwy atakująca znad Wieprza polska piechota).

Załóżmy więc, że rankiem 17 sierpnia pod Lublinem na tyłach pięciu polskich dywizji piechoty śpieszących na odsiecz Warszawie pojawiły się znienacka cztery dywizje kawalerii Budionnego. Skutki byłyby katastrofalne. Bynajmniej nie dlatego, że Armia Konna była aż tak groźna jako siła bojowa. Nikt nie odmawia jej żołnierzom osobistej odwagi, jednak była to chaotycznie dowodzona, słabo zdyscyplinowana kozacka hałastra (w rzeczywistej historii dowiodła tego w końcu bitwa pod Komarowem, w której pokonała ją czterokrotnie słabsza polska dywizja kawalerii). Sam Budionny, odważny podoficer awansowany na dowódcę całej armii, zupełnie nie panował nad swoimi oddziałami i nie potrafi ł skoordynować ich działań (niekompetencję
Budionnego jako dowódcy udowodnili później Niemcy, zadając mu w roku 1941 straszliwą klęskę pod Kijowem).

Materiały prasowe
Podziel się

Znaczenie Armii Konnej, opiewanej przez Izaaka Babla, polegało na czymś innym. Była wziętą żywcem z kart "Trylogii" krwiożerczą szarańczą siejącą grozę i terror na tyłach przeciwnika, torturującą i mordującą jeńców oraz rannych w szpitalach, gwałcącą, rabującą i puszczającą z dymem zdobyte wsie i miasteczka, niszczącą wszystko, co napotkała na swej drodze (a dla kozackiej rozrywki dokonującą też pogromów Żydów – co pokazuje, że kontroli nad nią nie mieli nawet bolszewiccy komisarze). Mimo wszystkich okropieństw pierwszej wojny światowej polscy żołnierze przyzwyczajeni byli do względnie cywilizowanych standardów traktowania jeńców i ludności cywilnej. Tymczasem Armia Konna ukształtowana była przez bezbrzeżne okrucieństwo rosyjskiej wojny domowej – co więcej, była za swoje okrucieństwo sławiona i nagradzana. Jej taktyka polegała na unikaniu walki z regularnym wojskiem i wyślizgiwaniu się z opresji dzięki zwrotności i szybkości. Ale jednocześnie jej barbarzyńskie ekscesy i strach, który wzbudzała, miały paraliżować przeciwnika i zmuszać go do ciągłego odwrotu. Polska grupa uderzeniowa znalazła się od razu w bardzo trudnej sytuacji. Dysponowała tylko kilkuset ułanami przeciw ponad 15 tys. jeźdźców Budionnego!, nie mogła więc dogonić i pobić ruchliwego przeciwnika. Armia Konna w ciągu dwóch dni całkowicie zdezorganizowała jej tyły i odcięła od dostaw zaopatrzenia, siejąc terror i przerażenie. Nie było wyjścia – Piłsudski musiał wydać rozkaz zatrzymania natarcia i wycofania z linii frontu trzech dywizji piechoty, by rozprawić się z nieuchwytnym wrogiem. Nic to nie dało, Armia Konna jak zwykle uchyliła się od walki. Ale polska kontrofensywa była skończona, zanim na dobre się rozkręciła.

(…)

Mimo dramatycznej sytuacji kraju z całą mocą rozpętało się typowo polskie piekło: w Poznaniu, głównym gnieździe endecji, doszło do zamachu stanu, premier Witos został na krótko internowany i pozbawiony urzędu, a dyktatorską władzę objął Roman Dmowski. Szykował się na to od kilku tygodni – jeszcze w lipcu wystąpił z Rady Obrony Państwa i wyjechał do Wielkopolski. Jego pierwszą decyzją było oskarżenie o zdradę i odebranie wszelkich uprawnień dotychczasowemu Naczelnikowi Państwa. Było to zresztą zbędne, bo po przegranej nad Wieprzem Piłsudski był człowiekiem całkowicie złamanym, a jego kariera tak czy owak skończona. Złożył swoją buławę, pożegnał się z oficerami słynną frazą: "Ja was przepraszam, Panowie. Ja was przepraszam", i oddawszy dowództwo w ręce wiernego towarzysza, generała Śmigłego-Rydza, incognito udał się przez Kraków na emigrację, z której miał już nigdy nie powrócić.

(…)

Powyższy fragment pochodzi z książki Witolda M. Orłowskiego "Inna Polska? 1918-2018 Alternatywne scenariusze naszej historii", która ukazała się nakładem Domu Wydawniczego Rebis.

Polub WP Książki
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP