Trwa ładowanie...
Informacja prasowa
31-01-2017 15:24

Przeczytaj fragment książki ''Mogło być inaczej'' Johna Brooksa

„Mogło być inaczej” to książka o rodzicach, którzy desperacko poszukiwali pomocy, starając się ochronić swoją adoptowaną córkę, przed nią samą. To książka o rodzicach, którzy – podobnie jak wielu spośród nas – nie potrafili dostrzec, z jak poważnymi problemami boryka się ich dziecko, ani nie wiedzieli, w jaki sposób można je rozwiązać. To wreszcie książka o rodzicach, którzy – chociaż przegrali walkę – nie spoczęli, dopóki nie zrozumieli, dlaczego tak się stało. To w końcu książka o ojcu Casey, autorze tej książki – książki, która może uratować niejedno życie.  Dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka prezentujemy fragment książki.

Share
Przeczytaj fragment książki ''Mogło być inaczej'' Johna BrooksaŹródło:
d1xfgjk

* „Mogło być inaczej” to książka o rodzicach, którzy desperacko poszukiwali pomocy, starając się ochronić swoją adoptowaną córkę, przed nią samą. To książka o rodzicach, którzy – podobnie jak wielu spośród nas – nie potrafili dostrzec, z jak poważnymi problemami boryka się ich dziecko, ani nie wiedzieli, w jaki sposób można je rozwiązać. To wreszcie książka o rodzicach, którzy – chociaż przegrali walkę – nie spoczęli, dopóki nie zrozumieli, dlaczego tak się stało. To w końcu książka o ojcu Casey, autorze tej książki – książki, która może uratować niejedno życie. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka prezentujemy fragment książki.*

Rozdział 1.

We wtorek dwudziestego dziewiątego stycznia, po trzydniowym weekendzie, znów zaczynała się szkoła. Poranek był ciemny, wietrzny i mokry, jak to bywa zimą w rejonie zatoki San Francisco. Budzik zadzwonił o szóstej, ale byłem zbyt zmęczony, żeby w ogóle się ruszyć. Po niespokojnej nocy napawałem się ciepłem puchowej kołdry. Otworzyłem jedno oko, ale je zmrużyłem, bo bez okularów widziałem zaledwie niewyraźny kształt leżącej obok mnie Eriki, która spała jeszcze smacznie. Jej ciemne, sięgające ramion włosy były rozczochrane, twarz miała wtuloną w hipoalergiczną poduszkę. Dyszała miarowo przez zatkany nos.

d1xfgjk

Zamknąłem oczy i obróciłem się na drugi bok. Postanowiłem, że pośpię jeszcze pół godziny i dopiero wtedy wstanę. Po kilku minutach zapadłem w sen. Byłem w jakimś starym domu i błąkałem się po plątaninie korytarzy, żeby móc wrócić do siebie. Im więcej odnóg sprawdzałem, by znaleźć wyjście, tym bardziej czułem się zagubiony. Chciałem wołać pomocy, ale z moich ust nie wydobywał się nawet najcichszy dźwięk.

Otworzyłem oczy.

Spod przymrużonych powiek popatrzyłem w półmroku na czerwony wyświetlacz budzika i zobaczyłem, że jest szósta trzydzieści pięć. Zaspałem. Usiad­łem na łóżku, założyłem okulary i rozejrzałem się. Przy łóżku spał nasz pies Igor, który wyglądał przy tym, jakby składał się z samych łap. Tylne, chude, jak to u whippetów, ułożył na posłaniu, ale łbem i przednimi łapami zaległ na podłodze. Otworzył jedno wyłupiaste ciemne oko i śledził mnie nim, gdy szykowałem się do wyjścia. Z tym swoim szpiczastym nosem, delikatnie oklapniętymi uszami i wielkimi oczami wyglądał jak przyjazny jeleń.

Spał z nami, żeby nasza córka Casey mogła spędzić tę noc sama w swoim pokoju. Od kilku dni dochodziło między nami do ostrych spięć i wszyscy czuliśmy się tym wyczerpani. Zabroniliśmy Casey opuszczać dom przez cały weekend, ponieważ okazywała zupełny brak szacunku wobec nas i nieustannie używała wulgarnego języka. Mieliśmy za sobą kolejną rundę starć w niekończącej się wojnie nerwów między zbuntowaną nastolatką a jej rodzicami.

d1xfgjk

Po wyjściu z łazienki poszedłem korytarzem, który po mojej lewej stronie otwierał się na salon, jadalnię i kuchnię tworzące jedno przestronne pomieszczenie. Na wprost mnie korytarz rozgałęział się w literę T. Jej lewe ramię prowadziło do mojego gabinetu, a prawe do pokoju i łazienki Casey. Na ścianie naprzeciwko dłuższej odnogi wisiał ogromnych rozmiarów plakat Keitha Haringa w typowym dla niego stylu inspirowanym ulicznym graffiti.

Zamiast skierować się na lewo, do kuchni, skręciłem w stronę pokoju Casey i zatrzymałem się przed drzwiami, a właściwie przed tym, co z nich zostało. Casey od wczesnego dzieciństwa miała napady złości i stany załamania, a wtedy demolowała, co się dało, krzyczała, zawodziła i waliła w te drzwi, aż zaczęły pękać na łączeniach. Postanowiłem ich nie wymieniać, dopóki córka nie wyjedzie na studia we wrześniu, czyli za niecałe dziewięć miesięcy.

Przyłożyłem ucho i usłyszałem muzykę, cichą i jazgotliwą, jakby dochodziła z niewielkiego głośnika. Zapukałem delikatnie. Czy miałem pozwolić córce spóźnić się do szkoły i ponieść tego konsekwencje? Nie. Nie chciałem pogarszać napiętej atmosfery w domu tylko dlatego, że Casey postanowiła na złość nam spóźnić się do szkoły. Pierwsza lekcja w Redwood High zaczynała się o ósmej rano. Gdyby teraz wstała, mógłbym podrzucić ją do szkoły, jadąc do pracy.

– Casey? Wstałaś już?

d1xfgjk

Cisza.

Uchyliłem drzwi i zajrzałem do środka. W ciemności pokój sprawiał wrażenie bardziej porządnego niż zazwyczaj. Zobaczyłem szaroniebieski dywan i pokrywające go plamy po jedzeniu, kawie i wymiocinach Igora. Ubrania Casey były ułożone w równy stosik na ratanowym fotelu znajdującym w kącie, a łóżko zostało zaścielone.

Stojące na stoliku nocnym radio odbierało lokalną rozgłośnię hiphopową. Z plastikowego głośnika płynął irytujący rytm gangsterskiego rapu, a wyświetlacz błyskał czerwono godziną piątą. Zdziwiło mnie to. Co Casey miałaby robić o piątej nad ranem?

Wyłączyłem radio z uczuciem niepokoju i poszed­łem do salonu. Gdy poprzedniego wieczoru kładłem się spać, Casey okupowała obitą bordową skórą sofę i oglądała wyświetlany na kanale Bravo kolejny odcinek America’s Next Top Model. Jednocześnie bębniła wściekle w klawiaturę laptopa, więc zapewne rozmawiała online z którąś ze swoich koleżanek. Ale tego szarego zimowego poranka sofa okazała się pusta. Pilot do telewizji kablowej leżał na podłodze, a na stoliku kawowym stała otwarta puszka dietetycznego napoju Dr Pepper. Oczywiście bez podstawki.

d1xfgjk

Skierowałem się do gabinetu. Czasami Casey zasypiała na stojącym tam składanym łóżku. Ale nie tym razem.

Tętno mi wzrosło, gdy szybko przeszedłem przez salon w stronę głównego wyjścia. Nawierzchnia przed nim, wciąż mokra od deszczu, ciemniała w świetle latarni tam, gdzie dzień wcześniej zaparkowałem saaba.

Nie było go.

Poczułem, że narasta we mnie gniew. Jak dostanę się do pracy? Erika potrzebowała drugiego samochodu, rodzinnego SUV-a, by dojechać do swojego biura. Po chwili, gdy fakt zniknięcia córki zaczął docierać do mojej świadomości, irytacja ustąpiła miejsca strachowi. Casey zdarzało się wypadać z domu jak burza i krążyć po okolicy z papierosem i telefonem, przez który rozmawiała z koleżankami. Ale nigdy nie zrobiła czegoś takiego. Nigdy nie wstała tak wcześnie i nie wzięła mojego samochodu.

d1xfgjk

Wróciłem szybko do jej pokoju. W przytłumionym świetle rzucił mi się w oczy blok grubego białego papieru do malowania akwarelami. Był otwarty na stronie, na której zieleniły się litery równego pisma Casey, znajomo pochylające się nieco w dół od lewej do prawej strony, jak to często bywa u osób leworęcznych:

Samochód jest zaparkowany przy moście Golden Gate. Przepraszam.

Zamarłem, przyglądając się słowom „Golden Gate”. Krew odpłynęła mi z twarzy, a powietrze uciekło z płuc.

Popędziłem do sypialni. Erika leżała zagrzebana pod kołdrą i stertą poduszek. Dotknąłem jej ramienia.

d1xfgjk

– Kochanie, musisz wstać. – Z trudem zachowałem spokój. – Coś złego stało się z Casey.

– Co? Co takiego? – Przestraszona i zdezorientowana Erika uniosła głowę. Miała na sobie bawełnianą koszulkę, spodnie od piżamy i skarpetki. Zawsze marzły jej stopy.

– Nie ma jej w pokoju. Zniknął też samochód.

Natychmiast zrzuciła z siebie kołdrę i zaczęła szukać po omacku okularów na stoliku nocnym. Igor poderwał się ze swojego posłania i przyglądał się nam zaniepokojony, drżąc przy tym nerwowo.

– Może poszła do którejś z koleżanek? – zasugerowała Erika, starając się zrozumieć, co przed chwilą powiedziałem.

– Kochanie, zostawiła to. – Ręka mi drżała, gdy podawałem jej list.

– O Boże. Nie! – Na twarzy Eriki zamarł wyraz przerażenia.

Podniosłem słuchawkę stojącego przy łóżku telefonu. Była godzina szósta czterdzieści. Od momentu, kiedy wstałem, minęło dziesięć minut.

– Dziewięćset jedenaście. Co się stało?

Słowa popłynęły z moich ust niepowstrzymanym potokiem:

– Nazywam się John Brooks. Mieszkam przy Claire Way numer piętnaście w Tiburon. Moja córka Casey zniknęła. Zostawiła wiadomość, że samochód stoi na parkingu przy moście Golden Gate.

– Dobrze, proszę spróbować się uspokoić. Co to za samochód?

– Czerwony saab dziewięć trzy z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku.

– Na parkingu przy Golden Gate?

– Tak. Podejrzewam, że na południowym, od strony Marin.

– Może ją pan opisać? Wie pan, co miała na sobie?

– Ma siedemnaście lat, jakieś metr sześćdziesiąt pięć, metr siedemdziesiąt wzrostu, brązowe, sięgające ramion włosy. Nie wiem, w co była ubrana.

– Kiedy widział ją pan po raz ostatni?

Przypomniałem sobie, jak wyglądała poprzedniego wieczoru, gdy skulona na sofie zupełnie mnie ignorowała.

Jezu, czyżby chodziło o naszą weekendową kłótnię?

– W domu, około wpół do jedenastej wczoraj w nocy – odpowiedziałem.

– W porządku. Proszę zostać tam, gdzie pan jest. Za kilka minut pojawi się u pana funkcjonariusz policji. Skontaktujemy się z patrolem przy Golden Gate i policją autostradową, żeby sprawdzili, czy samochód stoi na parkingu.

Rozłączyłem się kompletnie zszokowany. Oboje z Eriką byliśmy zdezorientowani. Zerkaliśmy na siebie udręczeni strachem, niezdolni skupić na niczym myśli. Usiadłem na brzegu łóżka, wpatrując się w stojącą na komodzie fotografię. Przedstawiała Casey w dniu balu na zakończenie ósmej klasy. Moja córka miała na sobie białą sukienkę koktajlową, wykończoną czerwoną lamówką, odsłaniającą szyję i ramiona. Włosy, wtedy jeszcze jasne, związała z tyłu, nie nosiła już aparatu ortodontycznego, a orzechowe oczy podkreśliła delikatnie tuszem i kreską na powiece. Uśmiechała się nieśmiało, ale ja uważałem, że wygląda zniewalająco.

Myśl, do cholery!

Pobiegłem do pokoju Casey, żeby poszukać jej komórki. Któraś z koleżanek mogła wiedzieć, gdzie jej szukać. Ale była dopiero szósta czterdzieści pięć, za wcześnie na jakiekolwiek telefony. Gdybym zaczął wydzwaniać do nich o tej porze, a potem okazałoby się, że sprawa wcale nie jest poważna, byłyby na mnie wściekłe. Rozejrzałem się po pokoju.

Telefon zniknął razem z portmonetką i torebką. Nie zabrała ze sobą tej drogiej od Marca Jacobsa, którą kupiliśmy jej rok wcześniej w Greenwich Village na siedemnaste urodziny, lecz tańszą, którą nosiła na co dzień. Szybko poszedłem do kuchni, gdzie Erika, ubrana już w dżinsy i bluzę sportową, krążyła nerwowo bez celu.

– Kochanie, zadzwonię na komórkę Casey – powiedziałem.

Erika spojrzała na mnie zagubiona.

W słuchawce natychmiast włączyło się standardowe nagranie: „Zostaw wiadomość dla…” i odezwał się głos Casey: „Quasey”. Tak przezywali ją koledzy i koleżanki. Był to skrót od imienia Quasimodo, dzwonnika z Notre Dame, który przylgnął do niej ze względu na jej przygarbioną sylwetkę. Ale przecież wszystkie dzieci się garbią.

– Casey, tu tata. Masz przy sobie telefon? Gdzie jesteś? Przeczytaliśmy wiadomość, którą zostawiłaś. Zadzwoń do mnie, proszę. Wszyscy cię szukamy. – Zamilkłem na chwilę. – Słoneczko, kochamy cię. – Znów umilkłem. Zabrakło mi słów, więc nacisnąłem „zakończ”.

O szóstej pięćdziesiąt rozległ się dzwonek u drzwi. Otworzyłem i ujrzałem na progu funkcjonariusza z posterunku w Tiburon. Na ulicy za jego plecami stał zaparkowany biało-niebieski motocykl. Policjant był młody, oceniłem go na niespełna trzydzieści lat, przeciętnego wzrostu i atletycznej budowy. Jasne włosy miał przycięte krótko, po wojskowemu. Igor zakradł się niepewnie i obwąchał jego mundur.

– Pan Brooks? Posterunkowy Gilbreath. – Wyglądał znajomo.

Zaprosiłem go do salonu i, już w towarzystwie Eriki, opisałem mu ostatnie dwadzieścia minut. Twarz młodego policjanta wyraźnie się zachmurzyła. Poprosił, bym mu pokazał pokój Casey. Zaprowadziłem go tam, mając nadzieję, że nie zwróci uwagi na zniszczone drzwi. Rozglądał się po pomieszczeniu przez jakąś minutę, ale nie znalazł niczego godnego uwagi. Przyczepione do paska radio odezwało się skrzekliwie, lecz je zignorował.

– Panie posterunkowy, o co chodzi z tym samochodem przy moście? – zapytałem, ciągle walcząc z galopującymi myślami. – Musimy tam pojechać.

– Na miejsce wysłano patrol policji autostradowej, mają go szukać. Dadzą znać, gdy coś znajdą. Pana muszę prosić o czekanie na miejscu.

– Przykro mi, ale nie możemy tu zostać. Musimy jechać pod most.

Zamyślił się na chwilę.

– W porządku. Czy mają państwo jakichś sąsiadów lub znajomych, z którymi mógłbym się kontaktować?

Wskazałem na dom stojący na sąsiedniej posesji.

– Jerry i Laura, nasi sąsiedzi, powinni być w domu.

Przed wyjściem musiałem skorzystać z łazienki. Ochlapałem twarz wodą i przyjrzałem się mężczyźnie spoglądającemu na mnie z lustra. Wyglądał, jakby uciekł właśnie ze szpitala dla wariatów – włosy w nieładzie niczym nastroszona peruka, oczy nabieg­łe krwią, zapuchnięte powieki, wszystkie niedostatki urody widoczne bardziej niż zazwyczaj.

Po powrocie do salonu podałem Gilbreathowi numer swojej komórki, a potem oboje z Eriką skierowaliśmy się do drzwi. Wsiedliśmy do SUV-a i ruszyliśmy w piętnastokilometrową drogę autostradą numer 101 w stronę mostu Golden Gate.

Była siódma dziesięć, godzina szczytu. Jechaliśmy, a ja przyglądałem się kierowcom wszystkich bmw, mercedesów i jaguarów sunących do pracy. Oto kolejny zwykły wtorkowy poranek dla wszystkich dojeżdżających do pracy w San Francisco. Pozbawione wyrazu twarze nie pozwalały myśleć, że zaszło coś złego.

Przez chwilę poczułem ulgę. Casey była najpewniej u którejś z przyjaciółek. Pojawi się niedługo, przepraszając, że wzięła samochód bez pozwolenia. Albo wiedziona jakimś dramatycznym impulsem pojechała na most, lecz zmieniła zdanie i właśnie wracała do domu.

Wynurzyliśmy się z tunelu Waldo – korytarza wywierconego pod masywem Marin Headlands – i na wprost nas zobaczyliśmy otulony pasmami mgły most Golden Gate. Z wodami zatoki i panoramą miasta w tle wyglądał jak wyjęty z plakatu departamentu do spraw turystyki. Każdego innego dnia ten etap drogi do pracy w dzielnicy finansjery San Francisco byłby prawdziwą atrakcją, ale spowity mgłą most wydał mi się zimny i groźny.

O siódmej dwadzieścia zjechaliśmy na parking przy północnym krańcu mostu i od razu zobaczyliśmy mojego czerwonego saaba. Obok samochodu, z biegiem wrzuconym na luz, stał czarny motocykl kalifornijskiej policji autostradowej. Gdy gasiłem silnik SUV-a, przyglądaliśmy się obu pojazdom z niedowierzaniem. A więc jednak przyjechała na most.

Wysiedliśmy. Funkcjonariusz zsiadł z motocykla i podszedł do nas.

– Państwo Brooks? Posterunkowy Shipman.

Mój mózg zaczął pracować na wysokich obrotach.

– Czy ktoś widział Casey?

– Przyjechałem tu jakieś dwadzieścia minut temu – wyjaśnił Shipman. – Maska samochodu była jeszcze ciepła, nie stał zaparkowany zbyt długo.

Niespodziewanie odezwała się Erika, a jej wysoki głos zdradzał napięcie:

– Co robicie, żeby ją odnaleźć?

Shipman zachował spokój i niewzruszoną po­stawę.

– Pani Brooks, podaliśmy patrolom jej rysopis. Państwa córki szukają jednostki policji parkowej, straży przybrzeżnej, ochrony mostu i policji autostradowej.

Drzwi saaba były zamknięte, odblokowałem je więc pilotem. Na fotelu pasażera leżały nowy iPhone Casey – prezent od mojej matki – i zapalniczka. W schowku znalazłem paczkę cameli light. Nie podobało mi się to, że córka paliła.

Na podłodze przy miejscu pasażera leżała torebka. Wysypałem jej zawartość na siedzenie: portmonetkę, puder, pomadkę, paczkę chusteczek higienicznych, opakowanie gumy Orbit, rulon kartek z notatnika, zapałki, trochę drobnych. Żadna z tych rzeczy nie przybliżyła mnie do zrozumienia tego, co zaszło. Bagażnik też nie krył w sobie odpowiedzi.

Chwyciłem telefon i sprawdziłem kontakty. Znałem kilkoro spośród kolegów i koleżanek Casey, ale nigdy nie zamieniliśmy ze sobą więcej niż zdawkowe „dzień dobry” czy „do widzenia”, gdy przemykali przez salon, by zniknąć w jej pokoju. Zakazała nam rozmawiać z nimi.

Na liście ostatnich połączeń znalazłem imię Maxa. Pamiętałem go. Był wysokim, szczupłym chłopakiem z nieokiełznaną grzywą kręconych włosów. Znali się z Casey od przedszkola. Puknąłem gniewnie kciukiem szybkę telefonu i wybrałem numer Maxa, ale włączyła się poczta głosowa.

Chwilę później zobaczyłem imię Juliana. Miły chłopak, trochę przy kości, fajny. Przyjaźnił się z Casey, spędzali ze sobą mnóstwo czasu. Często jeździła do niego, gdy potrzebowała podnieść się z załamania nerwowego.

– Hej, Quasey. Co tam, ziomeczku? – Głos w słuchawce brzmiał świeżo i przytomnie, jakby jego właś­ciciel był gotów wyjść do szkoły.

– Julianie, tu tata Casey, John. Casey zniknęła dziś rano. Wzięła samochód i pojechała na Golden Gate. Jestem teraz na parkingu przy moście. Czy może wiesz, gdzie jej szukać?

W słuchawce było cicho. Gdy po chwili Julian odezwał się, jego głos nie brzmiał już wesoło:

– Kurczę, nie, przykro mi, nie mam pojęcia. A co się stało?

– Dzięki, Julian. Muszę lecieć.

Jasna cholera!

Odezwał się mój blackberry.

– Panie Brooks, mówi posterunkowy Gilbreath. Muszą państwo natychmiast wrócić do domu.

Nie zapytałem, dlaczego tego zażądał. Odpowiedziałem tylko:

– W porządku, będziemy za jakieś dziesięć minut.

Z jego tonu nie potrafiłem wywnioskować, czy czeka na nas z dobrą, czy złą wiadomością. Starałem się myśleć pozytywnie. Nie powiedział przecież niczego niepokojącego. Może nie miałem się czego obawiać.

Do domu jechaliśmy w pełnej napięcia ciszy. Erika ściskała leżącą jej na kolanach torebkę tak mocno, że aż pobielały jej kostki. Gdy podjechałem pod dom, zobaczyłem zaparkowany przed nim drugi biało-niebieski motocykl policji w Tiburon.

W środku zastaliśmy kilka osób. Poza posterunkowym Gilbreathem był tam między innymi funkcjonariusz wyższy stopniem, sierżant Hayes. Obaj stali nieruchomo na środku salonu, nie spuszczając z nas wzroku. Obok, jakby w półkolu, czekali nasi sąsiedzi Jerry i Laura. Przyglądali się nam ze zbolałymi minami. Wyglądało to złowieszczo.

Posterunkowy Gilbreath gestem nakazał nam usiąść. Erika przycupnęła na sofie nieopodal Laury, a ja zająłem miejsce przy Jerrym. Miałem wrażenie odrealnienia, nie czułem żadnego związku ze znajdującymi się obok ludźmi, jakbym oglądał ich na filmie.

Jasnożółte ściany przechwytywały tę niewielką ilość światła, która zdołała przedrzeć się przez chmury. Kominek w rogu salonu był obramowany wzorem liści klonu. Namalowała go jakiś czas temu Erika. Za plecami policjantów widziałem szafkę z książkami, zdjęcia naszej rodziny i szeroki ekran telewizora.

Dostrzegłem, że dłonie Gilbreatha drżały, gdy odczytywał nam to, co zapisał w służbowym notesie. Rozmawiał z jednostką ochrony obserwującą Golden Gate. Kamery monitoringu miejskiego zarejestrowały, że o szóstej piętnaście saab w ciemnym kolorze wjechał na parking Dillingham. Z samochodu wysiadła kobieta w stroju do biegania. Skierowała się chodnikiem prowadzącym pod Golden Gate w stronę zatoki. Biegacze, spacerowicze i turyści wybierali najczęściej właśnie ten kierunek, bo pozwalał im nacieszyć wzrok spektakularnym widokiem zatoki San Francisco i panoramy miasta.

Wpatrywałem się w Gilbreatha, niezdolny nawet mrugnąć powieką, zupełnie nieświadomy obecności innych osób w pokoju. Policjant skupiał całą uwagę na swoich notatkach. Zmusiłem się do oddychania, a serce waliło mi w piersi jak szalone. Kluczyki do samochodu wysunęły mi się z dłoni.

– Kobieta paliła papierosa. Zgasiła go niedaleko parkingu Vista Point. Potem wbiegła na most i zatrzymała się w połowie. – Gilbreath przerwał, żeby odchrząknąć, zerknął na chwilę w moją stronę, lecz napotkawszy mój wzrok, natychmiast znów wbił spojrzenie w trzymany notatnik. – Wspięła się na mierzącą prawie sto trzydzieści centymetrów barierkę oddzielającą chodnik od pomostu dla konserwatorów, weszła na pomost, gdzie postała dziesięć, może piętnaście sekund, a potem zrobiła krok naprzód.

Casey skoczyła o szóstej czterdzieści, mniej więcej wtedy, gdy dzwoniłem pod dziewięćset jedenaście. Kluczyki do saaba zostawiła na poręczy.

1

We wtorek dwudziestego dziewiątego stycznia, po trzydniowym weekendzie, znów zaczynała się szkoła. Poranek był ciemny, wietrzny i mokry, jak to bywa zimą w rejonie zatoki San Francisco. Budzik zadzwonił o szóstej, ale byłem zbyt zmęczony, żeby w ogóle się ruszyć. Po niespokojnej nocy napawałem się ciepłem puchowej kołdry. Otworzyłem jedno oko, ale je zmrużyłem, bo bez okularów widziałem zaledwie niewyraźny kształt leżącej obok mnie Eriki, która spała jeszcze smacznie. Jej ciemne, sięgające ramion włosy były rozczochrane, twarz miała wtuloną w hipoalergiczną poduszkę. Dyszała miarowo przez zatkany nos.

Zamknąłem oczy i obróciłem się na drugi bok. Postanowiłem, że pośpię jeszcze pół godziny i dopiero wtedy wstanę. Po kilku minutach zapadłem w sen. Byłem w jakimś starym domu i błąkałem się po plątaninie korytarzy, żeby móc wrócić do siebie. Im więcej odnóg sprawdzałem, by znaleźć wyjście, tym bardziej czułem się zagubiony. Chciałem wołać pomocy, ale z moich ust nie wydobywał się nawet najcichszy dźwięk.

Otworzyłem oczy.

Spod przymrużonych powiek popatrzyłem w półmroku na czerwony wyświetlacz budzika i zobaczyłem, że jest szósta trzydzieści pięć. Zaspałem. Usiad­łem na łóżku, założyłem okulary i rozejrzałem się. Przy łóżku spał nasz pies Igor, który wyglądał przy tym, jakby składał się z samych łap. Tylne, chude, jak to u whippetów, ułożył na posłaniu, ale łbem i przednimi łapami zaległ na podłodze. Otworzył jedno wyłupiaste ciemne oko i śledził mnie nim, gdy szykowałem się do wyjścia. Z tym swoim szpiczastym nosem, delikatnie oklapniętymi uszami i wielkimi oczami wyglądał jak przyjazny jeleń.

Spał z nami, żeby nasza córka Casey mogła spędzić tę noc sama w swoim pokoju. Od kilku dni dochodziło między nami do ostrych spięć i wszyscy czuliśmy się tym wyczerpani. Zabroniliśmy Casey opuszczać dom przez cały weekend, ponieważ okazywała zupełny brak szacunku wobec nas i nieustannie używała wulgarnego języka. Mieliśmy za sobą kolejną rundę starć w niekończącej się wojnie nerwów między zbuntowaną nastolatką a jej rodzicami.

Po wyjściu z łazienki poszedłem korytarzem, który po mojej lewej stronie otwierał się na salon, jadalnię i kuchnię tworzące jedno przestronne pomieszczenie. Na wprost mnie korytarz rozgałęział się w literę T. Jej lewe ramię prowadziło do mojego gabinetu, a prawe do pokoju i łazienki Casey. Na ścianie naprzeciwko dłuższej odnogi wisiał ogromnych rozmiarów plakat Keitha Haringa w typowym dla niego stylu inspirowanym ulicznym graffiti.

Zamiast skierować się na lewo, do kuchni, skręciłem w stronę pokoju Casey i zatrzymałem się przed drzwiami, a właściwie przed tym, co z nich zostało. Casey od wczesnego dzieciństwa miała napady złości i stany załamania, a wtedy demolowała, co się dało, krzyczała, zawodziła i waliła w te drzwi, aż zaczęły pękać na łączeniach. Postanowiłem ich nie wymieniać, dopóki córka nie wyjedzie na studia we wrześniu, czyli za niecałe dziewięć miesięcy.

Przyłożyłem ucho i usłyszałem muzykę, cichą i jazgotliwą, jakby dochodziła z niewielkiego głośnika. Zapukałem delikatnie. Czy miałem pozwolić córce spóźnić się do szkoły i ponieść tego konsekwencje? Nie. Nie chciałem pogarszać napiętej atmosfery w domu tylko dlatego, że Casey postanowiła na złość nam spóźnić się do szkoły. Pierwsza lekcja w Redwood High zaczynała się o ósmej rano. Gdyby teraz wstała, mógłbym podrzucić ją do szkoły, jadąc do pracy.

– Casey? Wstałaś już?

Cisza.

Uchyliłem drzwi i zajrzałem do środka. W ciemności pokój sprawiał wrażenie bardziej porządnego niż zazwyczaj. Zobaczyłem szaroniebieski dywan i pokrywające go plamy po jedzeniu, kawie i wymiocinach Igora. Ubrania Casey były ułożone w równy stosik na ratanowym fotelu znajdującym w kącie, a łóżko zostało zaścielone.

Stojące na stoliku nocnym radio odbierało lokalną rozgłośnię hiphopową. Z plastikowego głośnika płynął irytujący rytm gangsterskiego rapu, a wyświetlacz błyskał czerwono godziną piątą. Zdziwiło mnie to. Co Casey miałaby robić o piątej nad ranem?

Wyłączyłem radio z uczuciem niepokoju i poszed­łem do salonu. Gdy poprzedniego wieczoru kładłem się spać, Casey okupowała obitą bordową skórą sofę i oglądała wyświetlany na kanale Bravo kolejny odcinek America’s Next Top Model. Jednocześnie bębniła wściekle w klawiaturę laptopa, więc zapewne rozmawiała online z którąś ze swoich koleżanek. Ale tego szarego zimowego poranka sofa okazała się pusta. Pilot do telewizji kablowej leżał na podłodze, a na stoliku kawowym stała otwarta puszka dietetycznego napoju Dr Pepper. Oczywiście bez podstawki.

Skierowałem się do gabinetu. Czasami Casey zasypiała na stojącym tam składanym łóżku. Ale nie tym razem.

Tętno mi wzrosło, gdy szybko przeszedłem przez salon w stronę głównego wyjścia. Nawierzchnia przed nim, wciąż mokra od deszczu, ciemniała w świetle latarni tam, gdzie dzień wcześniej zaparkowałem saaba.

Nie było go.

Poczułem, że narasta we mnie gniew. Jak dostanę się do pracy? Erika potrzebowała drugiego samochodu, rodzinnego SUV-a, by dojechać do swojego biura. Po chwili, gdy fakt zniknięcia córki zaczął docierać do mojej świadomości, irytacja ustąpiła miejsca strachowi. Casey zdarzało się wypadać z domu jak burza i krążyć po okolicy z papierosem i telefonem, przez który rozmawiała z koleżankami. Ale nigdy nie zrobiła czegoś takiego. Nigdy nie wstała tak wcześnie i nie wzięła mojego samochodu.

Wróciłem szybko do jej pokoju. W przytłumionym świetle rzucił mi się w oczy blok grubego białego papieru do malowania akwarelami. Był otwarty na stronie, na której zieleniły się litery równego pisma Casey, znajomo pochylające się nieco w dół od lewej do prawej strony, jak to często bywa u osób leworęcznych:

Samochód jest zaparkowany przy moście Golden Gate. Przepraszam.

Zamarłem, przyglądając się słowom „Golden Gate”. Krew odpłynęła mi z twarzy, a powietrze uciekło z płuc.

Popędziłem do sypialni. Erika leżała zagrzebana pod kołdrą i stertą poduszek. Dotknąłem jej ramienia.

– Kochanie, musisz wstać. – Z trudem zachowałem spokój. – Coś złego stało się z Casey.

– Co? Co takiego? – Przestraszona i zdezorientowana Erika uniosła głowę. Miała na sobie bawełnianą koszulkę, spodnie od piżamy i skarpetki. Zawsze marzły jej stopy.

– Nie ma jej w pokoju. Zniknął też samochód.

Natychmiast zrzuciła z siebie kołdrę i zaczęła szukać po omacku okularów na stoliku nocnym. Igor poderwał się ze swojego posłania i przyglądał się nam zaniepokojony, drżąc przy tym nerwowo.

– Może poszła do którejś z koleżanek? – zasugerowała Erika, starając się zrozumieć, co przed chwilą powiedziałem.

– Kochanie, zostawiła to. – Ręka mi drżała, gdy podawałem jej list.

– O Boże. Nie! – Na twarzy Eriki zamarł wyraz przerażenia.

Podniosłem słuchawkę stojącego przy łóżku telefonu. Była godzina szósta czterdzieści. Od momentu, kiedy wstałem, minęło dziesięć minut.

– Dziewięćset jedenaście. Co się stało?

Słowa popłynęły z moich ust niepowstrzymanym potokiem:

– Nazywam się John Brooks. Mieszkam przy Claire Way numer piętnaście w Tiburon. Moja córka Casey zniknęła. Zostawiła wiadomość, że samochód stoi na parkingu przy moście Golden Gate.

– Dobrze, proszę spróbować się uspokoić. Co to za samochód?

– Czerwony saab dziewięć trzy z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku.

– Na parkingu przy Golden Gate?

– Tak. Podejrzewam, że na południowym, od strony Marin.

– Może ją pan opisać? Wie pan, co miała na sobie?

– Ma siedemnaście lat, jakieś metr sześćdziesiąt pięć, metr siedemdziesiąt wzrostu, brązowe, sięgające ramion włosy. Nie wiem, w co była ubrana.

– Kiedy widział ją pan po raz ostatni?

Przypomniałem sobie, jak wyglądała poprzedniego wieczoru, gdy skulona na sofie zupełnie mnie ignorowała.

Jezu, czyżby chodziło o naszą weekendową kłótnię?

– W domu, około wpół do jedenastej wczoraj w nocy – odpowiedziałem.

– W porządku. Proszę zostać tam, gdzie pan jest. Za kilka minut pojawi się u pana funkcjonariusz policji. Skontaktujemy się z patrolem przy Golden Gate i policją autostradową, żeby sprawdzili, czy samochód stoi na parkingu.

Rozłączyłem się kompletnie zszokowany. Oboje z Eriką byliśmy zdezorientowani. Zerkaliśmy na siebie udręczeni strachem, niezdolni skupić na niczym myśli. Usiadłem na brzegu łóżka, wpatrując się w stojącą na komodzie fotografię. Przedstawiała Casey w dniu balu na zakończenie ósmej klasy. Moja córka miała na sobie białą sukienkę koktajlową, wykończoną czerwoną lamówką, odsłaniającą szyję i ramiona. Włosy, wtedy jeszcze jasne, związała z tyłu, nie nosiła już aparatu ortodontycznego, a orzechowe oczy podkreśliła delikatnie tuszem i kreską na powiece. Uśmiechała się nieśmiało, ale ja uważałem, że wygląda zniewalająco.

Myśl, do cholery!

Pobiegłem do pokoju Casey, żeby poszukać jej komórki. Któraś z koleżanek mogła wiedzieć, gdzie jej szukać. Ale była dopiero szósta czterdzieści pięć, za wcześnie na jakiekolwiek telefony. Gdybym zaczął wydzwaniać do nich o tej porze, a potem okazałoby się, że sprawa wcale nie jest poważna, byłyby na mnie wściekłe. Rozejrzałem się po pokoju.

Telefon zniknął razem z portmonetką i torebką. Nie zabrała ze sobą tej drogiej od Marca Jacobsa, którą kupiliśmy jej rok wcześniej w Greenwich Village na siedemnaste urodziny, lecz tańszą, którą nosiła na co dzień. Szybko poszedłem do kuchni, gdzie Erika, ubrana już w dżinsy i bluzę sportową, krążyła nerwowo bez celu.

– Kochanie, zadzwonię na komórkę Casey – powiedziałem.

Erika spojrzała na mnie zagubiona.

W słuchawce natychmiast włączyło się standardowe nagranie: „Zostaw wiadomość dla…” i odezwał się głos Casey: „Quasey”. Tak przezywali ją koledzy i koleżanki. Był to skrót od imienia Quasimodo, dzwonnika z Notre Dame, który przylgnął do niej ze względu na jej przygarbioną sylwetkę. Ale przecież wszystkie dzieci się garbią.

– Casey, tu tata. Masz przy sobie telefon? Gdzie jesteś? Przeczytaliśmy wiadomość, którą zostawiłaś. Zadzwoń do mnie, proszę. Wszyscy cię szukamy. – Zamilkłem na chwilę. – Słoneczko, kochamy cię. – Znów umilkłem. Zabrakło mi słów, więc nacisnąłem „zakończ”.

O szóstej pięćdziesiąt rozległ się dzwonek u drzwi. Otworzyłem i ujrzałem na progu funkcjonariusza z posterunku w Tiburon. Na ulicy za jego plecami stał zaparkowany biało-niebieski motocykl. Policjant był młody, oceniłem go na niespełna trzydzieści lat, przeciętnego wzrostu i atletycznej budowy. Jasne włosy miał przycięte krótko, po wojskowemu. Igor zakradł się niepewnie i obwąchał jego mundur.

– Pan Brooks? Posterunkowy Gilbreath. – Wyglądał znajomo.

Zaprosiłem go do salonu i, już w towarzystwie Eriki, opisałem mu ostatnie dwadzieścia minut. Twarz młodego policjanta wyraźnie się zachmurzyła. Poprosił, bym mu pokazał pokój Casey. Zaprowadziłem go tam, mając nadzieję, że nie zwróci uwagi na zniszczone drzwi. Rozglądał się po pomieszczeniu przez jakąś minutę, ale nie znalazł niczego godnego uwagi. Przyczepione do paska radio odezwało się skrzekliwie, lecz je zignorował.

– Panie posterunkowy, o co chodzi z tym samochodem przy moście? – zapytałem, ciągle walcząc z galopującymi myślami. – Musimy tam pojechać.

– Na miejsce wysłano patrol policji autostradowej, mają go szukać. Dadzą znać, gdy coś znajdą. Pana muszę prosić o czekanie na miejscu.

– Przykro mi, ale nie możemy tu zostać. Musimy jechać pod most.

Zamyślił się na chwilę.

– W porządku. Czy mają państwo jakichś sąsiadów lub znajomych, z którymi mógłbym się kontaktować?

Wskazałem na dom stojący na sąsiedniej posesji.

– Jerry i Laura, nasi sąsiedzi, powinni być w domu.

Przed wyjściem musiałem skorzystać z łazienki. Ochlapałem twarz wodą i przyjrzałem się mężczyźnie spoglądającemu na mnie z lustra. Wyglądał, jakby uciekł właśnie ze szpitala dla wariatów – włosy w nieładzie niczym nastroszona peruka, oczy nabieg­łe krwią, zapuchnięte powieki, wszystkie niedostatki urody widoczne bardziej niż zazwyczaj.

Po powrocie do salonu podałem Gilbreathowi numer swojej komórki, a potem oboje z Eriką skierowaliśmy się do drzwi. Wsiedliśmy do SUV-a i ruszyliśmy w piętnastokilometrową drogę autostradą numer 101 w stronę mostu Golden Gate.

Była siódma dziesięć, godzina szczytu. Jechaliśmy, a ja przyglądałem się kierowcom wszystkich bmw, mercedesów i jaguarów sunących do pracy. Oto kolejny zwykły wtorkowy poranek dla wszystkich dojeżdżających do pracy w San Francisco. Pozbawione wyrazu twarze nie pozwalały myśleć, że zaszło coś złego.

Przez chwilę poczułem ulgę. Casey była najpewniej u którejś z przyjaciółek. Pojawi się niedługo, przepraszając, że wzięła samochód bez pozwolenia. Albo wiedziona jakimś dramatycznym impulsem pojechała na most, lecz zmieniła zdanie i właśnie wracała do domu.

Wynurzyliśmy się z tunelu Waldo – korytarza wywierconego pod masywem Marin Headlands – i na wprost nas zobaczyliśmy otulony pasmami mgły most Golden Gate. Z wodami zatoki i panoramą miasta w tle wyglądał jak wyjęty z plakatu departamentu do spraw turystyki. Każdego innego dnia ten etap drogi do pracy w dzielnicy finansjery San Francisco byłby prawdziwą atrakcją, ale spowity mgłą most wydał mi się zimny i groźny.

O siódmej dwadzieścia zjechaliśmy na parking przy północnym krańcu mostu i od razu zobaczyliśmy mojego czerwonego saaba. Obok samochodu, z biegiem wrzuconym na luz, stał czarny motocykl kalifornijskiej policji autostradowej. Gdy gasiłem silnik SUV-a, przyglądaliśmy się obu pojazdom z niedowierzaniem. A więc jednak przyjechała na most.

Wysiedliśmy. Funkcjonariusz zsiadł z motocykla i podszedł do nas.

– Państwo Brooks? Posterunkowy Shipman.

Mój mózg zaczął pracować na wysokich obrotach.

– Czy ktoś widział Casey?

– Przyjechałem tu jakieś dwadzieścia minut temu – wyjaśnił Shipman. – Maska samochodu była jeszcze ciepła, nie stał zaparkowany zbyt długo.

Niespodziewanie odezwała się Erika, a jej wysoki głos zdradzał napięcie:

– Co robicie, żeby ją odnaleźć?

Shipman zachował spokój i niewzruszoną po­stawę.

– Pani Brooks, podaliśmy patrolom jej rysopis. Państwa córki szukają jednostki policji parkowej, straży przybrzeżnej, ochrony mostu i policji autostradowej.

Drzwi saaba były zamknięte, odblokowałem je więc pilotem. Na fotelu pasażera leżały nowy iPhone Casey – prezent od mojej matki – i zapalniczka. W schowku znalazłem paczkę cameli light. Nie podobało mi się to, że córka paliła.

Na podłodze przy miejscu pasażera leżała torebka. Wysypałem jej zawartość na siedzenie: portmonetkę, puder, pomadkę, paczkę chusteczek higienicznych, opakowanie gumy Orbit, rulon kartek z notatnika, zapałki, trochę drobnych. Żadna z tych rzeczy nie przybliżyła mnie do zrozumienia tego, co zaszło. Bagażnik też nie krył w sobie odpowiedzi.

Chwyciłem telefon i sprawdziłem kontakty. Znałem kilkoro spośród kolegów i koleżanek Casey, ale nigdy nie zamieniliśmy ze sobą więcej niż zdawkowe „dzień dobry” czy „do widzenia”, gdy przemykali przez salon, by zniknąć w jej pokoju. Zakazała nam rozmawiać z nimi.

Na liście ostatnich połączeń znalazłem imię Maxa. Pamiętałem go. Był wysokim, szczupłym chłopakiem z nieokiełznaną grzywą kręconych włosów. Znali się z Casey od przedszkola. Puknąłem gniewnie kciukiem szybkę telefonu i wybrałem numer Maxa, ale włączyła się poczta głosowa.

Chwilę później zobaczyłem imię Juliana. Miły chłopak, trochę przy kości, fajny. Przyjaźnił się z Casey, spędzali ze sobą mnóstwo czasu. Często jeździła do niego, gdy potrzebowała podnieść się z załamania nerwowego.

– Hej, Quasey. Co tam, ziomeczku? – Głos w słuchawce brzmiał świeżo i przytomnie, jakby jego właś­ciciel był gotów wyjść do szkoły.

– Julianie, tu tata Casey, John. Casey zniknęła dziś rano. Wzięła samochód i pojechała na Golden Gate. Jestem teraz na parkingu przy moście. Czy może wiesz, gdzie jej szukać?

W słuchawce było cicho. Gdy po chwili Julian odezwał się, jego głos nie brzmiał już wesoło:

– Kurczę, nie, przykro mi, nie mam pojęcia. A co się stało?

– Dzięki, Julian. Muszę lecieć.

Jasna cholera!

Odezwał się mój blackberry.

– Panie Brooks, mówi posterunkowy Gilbreath. Muszą państwo natychmiast wrócić do domu.

Nie zapytałem, dlaczego tego zażądał. Odpowiedziałem tylko:

– W porządku, będziemy za jakieś dziesięć minut.

Z jego tonu nie potrafiłem wywnioskować, czy czeka na nas z dobrą, czy złą wiadomością. Starałem się myśleć pozytywnie. Nie powiedział przecież niczego niepokojącego. Może nie miałem się czego obawiać.

Do domu jechaliśmy w pełnej napięcia ciszy. Erika ściskała leżącą jej na kolanach torebkę tak mocno, że aż pobielały jej kostki. Gdy podjechałem pod dom, zobaczyłem zaparkowany przed nim drugi biało-niebieski motocykl policji w Tiburon.

W środku zastaliśmy kilka osób. Poza posterunkowym Gilbreathem był tam między innymi funkcjonariusz wyższy stopniem, sierżant Hayes. Obaj stali nieruchomo na środku salonu, nie spuszczając z nas wzroku. Obok, jakby w półkolu, czekali nasi sąsiedzi Jerry i Laura. Przyglądali się nam ze zbolałymi minami. Wyglądało to złowieszczo.

Posterunkowy Gilbreath gestem nakazał nam usiąść. Erika przycupnęła na sofie nieopodal Laury, a ja zająłem miejsce przy Jerrym. Miałem wrażenie odrealnienia, nie czułem żadnego związku ze znajdującymi się obok ludźmi, jakbym oglądał ich na filmie.

Jasnożółte ściany przechwytywały tę niewielką ilość światła, która zdołała przedrzeć się przez chmury. Kominek w rogu salonu był obramowany wzorem liści klonu. Namalowała go jakiś czas temu Erika. Za plecami policjantów widziałem szafkę z książkami, zdjęcia naszej rodziny i szeroki ekran telewizora.

Dostrzegłem, że dłonie Gilbreatha drżały, gdy odczytywał nam to, co zapisał w służbowym notesie. Rozmawiał z jednostką ochrony obserwującą Golden Gate. Kamery monitoringu miejskiego zarejestrowały, że o szóstej piętnaście saab w ciemnym kolorze wjechał na parking Dillingham. Z samochodu wysiadła kobieta w stroju do biegania. Skierowała się chodnikiem prowadzącym pod Golden Gate w stronę zatoki. Biegacze, spacerowicze i turyści wybierali najczęściej właśnie ten kierunek, bo pozwalał im nacieszyć wzrok spektakularnym widokiem zatoki San Francisco i panoramy miasta.

Wpatrywałem się w Gilbreatha, niezdolny nawet mrugnąć powieką, zupełnie nieświadomy obecności innych osób w pokoju. Policjant skupiał całą uwagę na swoich notatkach. Zmusiłem się do oddychania, a serce waliło mi w piersi jak szalone. Kluczyki do samochodu wysunęły mi się z dłoni.

– Kobieta paliła papierosa. Zgasiła go niedaleko parkingu Vista Point. Potem wbiegła na most i zatrzymała się w połowie. – Gilbreath przerwał, żeby odchrząknąć, zerknął na chwilę w moją stronę, lecz napotkawszy mój wzrok, natychmiast znów wbił spojrzenie w trzymany notatnik. – Wspięła się na mierzącą prawie sto trzydzieści centymetrów barierkę oddzielającą chodnik od pomostu dla konserwatorów, weszła na pomost, gdzie postała dziesięć, może piętnaście sekund, a potem zrobiła krok naprzód.

Casey skoczyła o szóstej czterdzieści, mniej więcej wtedy, gdy dzwoniłem pod dziewięćset jedenaście. Kluczyki do saaba zostawiła na poręczy.

d1xfgjk
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d1xfgjk
d1xfgjk