Informacja prasowa
13-12-2016 (13:20)

Przeczytaj fragment książki "Depesze" Michaela Herra

Nikt nie pokazał wojny w Wietnamie tak jak on. Michael Herr przez dwa lata (1967-1969) pracował jako korespondent pisma „Esquire”. Towarzyszył żołnierzom na froncie, był świadkiem ich wojennego delirium. Po powrocie napisał „Depesze” - swoją jedyną, uważaną za majstersztyk, książkę. W literacko olśniewający sposób przedstawił w niej to, co zobaczył w Wietnamie: obłęd, szał zabijania, tłumiony narkotykami strach, roztrzaskaną ludzką psychikę. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Karakter publikujemy fragment książki "Depesze".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Przeczytaj fragment książki "Depesze" Michaela Herra
( )

Nikt nie pokazał wojny w Wietnamie tak jak on. Michael Herr przez dwa lata (1967-1969) pracował jako korespondent pisma „Esquire”. Towarzyszył żołnierzom na froncie, był świadkiem ich wojennego delirium. Po powrocie napisał „Depesze” - swoją jedyną, uważaną za majstersztyk, książkę. W literacko olśniewający sposób przedstawił w niej to, co zobaczył w Wietnamie: obłęd, szał zabijania, tłumiony narkotykami strach, roztrzaskaną ludzką psychikę. Swoje doświadczenia Herr upamietnił też w filmie - współpracował także przy pisaniu scenariusza "Czasu apokalipsy" i "Full Metal Jacket" - chyba najważniejszych obrazach o wojnie w Wietnamie.

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Karakter publikujemy fragment książki „Depesze”.

Któregoś popołudnia krwotok z nosa wziąłem za ranę głowy i już nie musiałem się zastanawiać, jak się zachowam, jeśli kiedyś dostanę. Przeczesywaliśmy tereny na północ od miasta Tay Ninh, w stronę granicy z Kambodżą, i jakieś trzydzieści metrów od nas spadł pocisk z moździerza. Wtedy jeszcze nie miałem żadnego wyczucia odległości, nawet po sześciu czy siedmiu tygodniach w Wietnamie dalej uważałem, że to są detale, które reporter może sobie sprawdzić później, nie wiedziałem, że ocalały powinien takie rzeczy wiedzieć. Padliśmy na ziemię i chłopak przede mną przywalił mi butem w twarz. Nawet tego nie poczułem, wszystko się jakoś rozeszło w straszliwym wstrząsie od upadku. Czułem za to ostry, promieniujący ból gdzieś nad oczami. Chłopak odwrócił się i od razu dostał jakiejś totalnej szajby, „Jezu, przepraszam, o kurde, stary, naprawdę przepraszam”. Ktoś mi włożył w gębę kawał gorącego, śmierdzącego żelastwa, byłem pewien, że gdzieś tam na końcu języka czuję smak skwierczącego mózgu, dzieciak szukał po omacku
manierki, wyglądał na cholernie wystraszonego, był cały blady, miał łzy w oczach i głos mu się trząsł, „Kurwa, jaki ze mnie palant, jebany osioł, stary, nic ci nie będzie, serio, nic ci nie będzie”, no więc jakoś sobie ubzdurałem, że to przez niego, że nie wiem jak, ale chłopak mnie po prostu ukatrupił. Chyba nic nie powiedziałem, ale wydobyło się ze mnie coś, co pamiętam do dziś, jakiś piskliwy bek, mieszczący w sobie więcej zgrozy, niżbym sobie nawet umiał wyobrazić, coś jak te nagrane wrzaski podpalanych roślin, jak ostatnie jęki staruchy. Moje rozdygotane ręce rzuciły się szukać głowy, musiały jej dotknąć. Z czubka chyba nic nie leci, z czoła nic, z oczu nic, Jezu, z oczu! Na chwilę odrobinę mi ulżyło i ból się umiejscowił, uznałem, że tylko nos mi urwało, albo rozerwało, albo wgniotło do środka, a ten chłopak obok cały czas się dręczył, „stary, kurwa, tak cię przepraszam, no”.

(img|704530|center)

Ze dwadzieścia metrów przed nami bieganina, totalny amok. Ktoś zginął (jak się później dowiedziałem, tylko dlatego, że szedł z rozpiętą kamizelką kuloodporną – kolejny detal, który trzeba było sobie w chuj przyswoić), ktoś na czworakach rzygał jakąś wstrętną różową mazią. Dosłownie parę kroków ode mnie jakiś człowiek, twarzą do nas, opierał się o drzewo i próbował spojrzeć na tę niemożliwość, która mu się stała z nogą: poniżej kolana sterczała wykręcona debilnie w drugą stronę, jak u stracha na wróble. Odwracał wzrok i znów patrzył, za każdym razem o parę sekund dłużej, wreszcie skupił się na jakąś minutę, z uśmiechem kręcąc głową, aż w końcu twarz mu spochmurniała i zemdlał.

Ja tymczasem zdołałem znaleźć na twarzy nos i zrozumiałem, co się stało, czyli że nic się nie stało, nawet nie był złamany, nawet okulary miałem całe. Zamoczyłem bandanę w wodzie z manierki, którą podał mi chłopak, i zmyłem z wargi i brody zakrzepłą krew. Przestał mnie przepraszać, na jego twarzy nie było już ani śladu współczucia, a kiedy mu oddawałem manierkę, zwyczajnie się ze mnie śmiał. Tej historii nigdy nikomu nie opowiedziałem, i w tym oddziale też mnie już więcej nie zobaczyli.

[...]

Nocą czasem wszystkie odgłosy dżungli cichły jednocześnie. Nie zamierały stopniowo, nie milkły powoli, tylko w jednym momencie nastawała kompletna cisza, jak gdyby całej przyrodzie dano sygnał: nietoperze, węże, małpy i owady chwytały jakąś częstotliwość, to był pewnie odruch warunkowy, efekt tysiącletniego współistnienia w dżungli, ale w takich chwilach człowiek zastanawiał się, czego n i e słyszy, i robił wszystko, żeby wyłapać choćby najdrobniejszy szmer, jakiś ślad informacji. Znałem to zjawisko z innych dżungli (amazońskiej, filipińskiej), ale tamte były „bezpieczne”, nie groziło w nich spotkanie z setkami partyzantów Vietcongu, którzy żyli gdzieś w tym gąszczu tylko po to, by zrobić ci krzywdę. Na samą myśl każda nagła cisza wypełniała się wszystkim, co tłumiłeś w sobie, w takich chwilach mogło ci się nawet wkręcić jasnosłyszenie. Zdawało się, że docierają do ciebie rzeczy nieuchwytne: oddech wilgotnych korzeni, krople rosy na owocach, ferwor owadów, tętno najmniejszych zwierząt.

(img|704531|center)

Stan takiej nadwrażliwości dało się utrzymać całkiem długo, póki dżungla nie zaczęła znów trajkotać, skrzeczeć i popiskiwać, albo póki nie rozproszyło cię coś swojskiego, śmigłowiec przelatujący nad koronami drzew albo ten dziwnie krzepiący dźwięk, kiedy gdzieś obok ciebie nabój ześlizguje się do komory. Któregoś razu słyszeliśmy coś naprawdę przeraźliwego: ludzie od PsyOpu (Psychological Operations - operacje psychologiczne) puszczali z helikoptera płacz dziecka. Czegoś takiego nie chciałbyś usłyszeć nawet za dnia, a co dopiero w środku nocy, tak głośno i z takim zniekształceniem, że mimo paru warstw liści nad głową wszyscy zamarliśmy. Zaraz potem szedł komunikat, który też nie dawał wytchnienia, podkręcona histeria po hiperwietnamsku, jak lodowaty szpikulec w ucho: „Dobre dziecko to dziecko rządowe! Uchowaj dziecko przed Vietcongiem!”.

Czasem zmęczenie było tak ogromne, że człowiek zapominał, gdzie jest, i spał jak niemowlę. Fakt, że wielu już się z takiego snu nie obudziło; według niektórych mieli szczęście („nawet nie wiedział, kiedy”), według innych, mieli przejebane („gdyby tylko był ogarnięty…”), taka tam jałowa gadka, każda śmierć była dobrym pretekstem, żeby mielić w głowie własne szanse, a prawdziwy sen był w cenie. (Jeden komandos z dalekiego rozpoznania umiał zasnąć w każdej chwili, mówił: „chyba se kimnę”, zamykał oczy i już, dzień, noc, na siedząco, na leżąco, nieistotne – niektóre rzeczy przesypiał, za namiotem mogło wrzeszczeć radio, mogli nawalać z haubicy i się nie budził, ale jeśli piętnaście metrów dalej coś zaszeleściło w krzakach albo zgasł generator, to facet momentalnie otwierał oczy). Przez większość czasu spało się niespokojnie, wydawało ci się, że śpisz, ale tak naprawdę tylko czekałeś. Nocne poty, uproszczona świadomość, odpływasz i zaraz znów jesteś w swojej głowie, przygwożdżony do jakiegoś łóżka polowego,
patrzysz na obcy sufit albo wyglądasz przez klapę namiotu na rozmigotane niebo nad strefą walk. Albo chwila drzemki i już budzisz się pod moskitierą, od potu wszystko pływa, żeby tak jeden prawdziwy oddech, który nie byłby w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach wilgocią, jeden haust, który pozwoli odcedzić lęk i bagienny odór własnego ciała. Ale nie ma tak dobrze, są tylko lepkie grudy powietrza, od których psuje się apetyt i szczypią oczy, a szlugi smakują jak nabrzmiałe insekty, zwijane i palone żywcem, chrupiące i mokre. W dżungli zdarzały się takie miejsca, że trzeba było palić non stop, mogłeś się nie zaciągać, byle tylko ten rój komarów nie właził ci do gęby. Wojna w wodzie, gorączka bagienna, normalnie dieta cud, tyle że bez kontroli, taka malaria mogła człowieka wypalić i wycisnąć do kości, dwadzieścia trzy godziny snu i ani minuty odpoczynku, w transie mogłeś za to usłyszeć muzykę, która ponoć pojawia się przy śmiertelnym odlocie mózgu („Tylko masz to łykać”, powiedział mi sanitariusz w Can Tho,
„duże pomarańczowe raz na tydzień, małe białe codziennie. Nie zapomnij, żeby nie wiem co! Te ich szczepy nawet takiego spaślaka wykończą w tydzień”). Czasem to wszystko stawało się już naprawdę nie do zniesienia i trzeba było wrócić do Da Nang, do Sajgonu, do klimatyzacji. Bywało, że nie panikowałeś tylko dlatego, że już po prostu nie miałeś siły.

(img|704532|center)

Każdego dnia ludzie ginęli przez jakieś duperele, bo im się czegoś tam nie chciało. Wyobraź sobie: jesteś tak sterany, że nie masz siły zapiąć kamizelki kuloodpornej, nie masz siły wyczyścić karabinu, nie masz siły osłaniać zapalniczki, nie masz już siły na ten centymetrowy margines bezpieczeństwa, którego wojna często od ciebie wymaga, po prostu już chuj cię to wszystko obchodzi, nie masz siły i właśnie przez to umierasz. Były nawet takie chwile, że cała wojna zdawała się słabnąć: jakieś kolosalne wyczerpanie, tryby znękanej machiny obracały się od niechcenia, napędzane wodnistym osadem zeszłorocznej energii. Całe dywizje chodziły jak w złym śnie, wykonując dziwaczne manewry, kompletnie bezcelowe. Któregoś razu gadałem z sierżantem, który właśnie przyprowadził drużynę z długiego patrolu, oczy miał za głupawo­hajową mgiełką i mówił z jakimś dziwnym roztargnieniem, ale dopiero po pięciu minutach się zorientowałem, że po prostu śpi. Stał sobie przy barze w klubie podoficerów, z otwartymi oczami, z piwem w ręku
i odpowiadał na pytania, które padały tylko w tym jego śnie. Aż mnie ciarki przeszły, słowo honoru – drugi dzień Ofensywy Tet, nasz obiekt praktycznie otoczony, jedyna bezpieczna droga na zewnątrz usiana ciałami Wietnamczyków, ciężko się czegokolwiek dowiedzieć, ja sam zmachany jak cholera, przewrażliwiony – i przez chwilę mi się wydawało, że rozmawiam z trupem. Kiedy mu o tym później powiedziałem, roześmiał się tylko: „Stary, nic wielkiego. Mam to na co dzień”.

Fragment książki**** „Depesze” Michaela Herra**opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Karakter**.

Polub WP Książki
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.