Trwa ładowanie...
Informacja prasowa
22-11-2016 14:40

Przeczytaj czwarty fragment książki ''Zemsta i przebaczenie. Narodziny gniewu'' Joanny Jax

„Zemsta i przebaczenie. Narodziny gniewu” to pierwsza część nowego cyklu powieściowego Joanny Jax, autorki sagi o rodzinie von Becków. Julian Chełmicki i Emil Lewin są przyrodnimi braćmi, ale oprócz wspólnego ojca dzieli ich wszystko pozycja społeczna, stopień zamożności, wyznawane wartości. Dzień, w którym dwaj młodzi chłopcy dowiadują się o swoim istnieniu, diametralnie zmienia ich życie, kładzie się cieniem na ich losie i wpływa na przyszłe pokolenia. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Videograf publikujemy fragment książki.

Przeczytaj czwarty fragment książki ''Zemsta i przebaczenie. Narodziny gniewu'' Joanny JaxŹródło:
d3czic1
d3czic1

* * Zemsta i przebaczenie. Narodziny gniewu”* to pierwsza część nowego cyklu powieściowego Joanny Jax, autorki sagi o rodzinie von Becków. Julian Chełmicki i Emil Lewin są przyrodnimi braćmi, ale oprócz wspólnego ojca dzieli ich wszystko pozycja społeczna, stopień zamożności, wyznawane wartości. Dzień, w którym dwaj młodzi chłopcy dowiadują się o swoim istnieniu, diametralnie zmienia ich życie, kładzie się cieniem na ich losie i wpływa na przyszłe pokolenia. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Videograf publikujemy fragment książki.*

Antoni Chełmicki nie mylił się, ale pewnie dlatego, że nie miał pojęcia, co się naprawdę dzieje na froncie. Julian był wyczerpany, głodny i chwilami zdawało mu się, że już dłużej nie da rady i pozwoli się zabić. Gdy udało im się rozgromić jakiś batalion albo wysadzić most, niczym grzyby po deszczu pojawiali się następni żołnierze wroga, coraz lepiej uzbrojeni i coraz liczniejsi. Oni sypiali w stodołach lub nie sypiali wcale. Jadali paskudną, wodnistą kaszę, suchary albo nie jadali w ogóle. Brudni, niekiedy przemoczeni do suchej nitki, modlili się o rychłe zakończenie działań wojennych, ale zdawało się, że nigdy to nie nastąpi.

Pewnego dnia, gdy Julianowi udało się po kilku dniach dopaść menażkę rozgotowanej kaszy, postanowił zrobić sobie prawdziwą ucztę. Oddalił się nieco od kompanów, wybrał okazały pieniek i rozłożył chustkę do nosa z wyszytym monogramem. Postawił menażkę i wyciągnął z oficerki niezbędnik wojskowy, otulony szarym, grubym płótnem. Właśnie miał włożyć do ust pierwszą łyżkę swojego wytwornego posiłku, gdy podniósł głowę i ujrzał dwie małe dziewczynki, wpatrzone w jego menażkę jak wyposzczeni żołdacy w kobiecy dekolt. Obie miały zaplecione warkocze, umorusane buzie i brudne, bose stopy. Popatrzył na nie i łyżka mimowolnie zatrzymała się w połowie drogi do jego ust. Przełknął ślinę i zapytał:

– Jesteście głodne?

d3czic1

Dziewczynki spojrzały najpierw na siebie, potem na pełną menażkę i potaknęły głowami. Julian westchnął i powiedział do nich z uśmiechem:

– W takim razie zapraszam panie do stołu.

Usiadły po drugiej stronie pniaka i wymieniając się łyżką, pałaszowały kaszę.

– A pan nie je? – zapytała starsza.

– Hm… – mruknął. – Właściwie to nie jestem głodny. Zjedzcie wszystko.

Dzieci popatrzyły na niego jak na wariata i wyjadły wszystko, nie omijając najmniejszej drobinki. Gdy skończyły, dygnęły niczym pensjonarki i bez słowa uciekły w leśny dukt, zapewne wiodący do ich domostwa. Julian wrócił do swojego oddziału i szybko podszedł do polowej kuchni w nadziei na jakieś resztki jedzenia, ale kotły były kompletnie puste. Tego dnia już nic nie zjadł, myśląc o tym, co Ludmiła przygotuje dla niego, gdy powróci z wojny. Jeśli powróci. Jego rozważania przerwało skrzypienie wierzei od stodoły i krzyk zwiadowcy:

d3czic1

– Niemcy zbliżają się do wsi. Są pięć kilometrów stąd. Osiem wozów opancerzonych, cztery czołgi i ciężarówki z wojskiem.

Julian momentalnie przestał odczuwać głód. Adrenalina pozwalała o nim zapomnieć. Czekała go kolejna potyczka, która mogła zakończyć się różnie. To był już piętnasty dzień walki o północną granicę. Niestety, cofali się, a wojska niemieckie napierały coraz brutalniej i z coraz większą siłą. I ta potyczka nie skończyła się dobrze. Seria z karabinu maszynowego zabiła jednego z nich i trafiła w brzuch jego najwierniejszego przyjaciela, konia Karmazyna. Jeszcze przez chwilę jechał i miał nadzieję, że nie oberwali, ale po kilkunastu metrach Karmazyn padł na ziemię, zrzucając Juliana z grzbietu. Gdy umilkły strzały, Julian wstał i pędem rzucił się w pobliskie krzewy. Nieopodal nich zaczynał się las, którym mógł dotrzeć do kolejnego postoju wojsk. Pod wieczór, gdy oddziały niemieckie wycofały się kilka kilometrów na północ, Julian wraz z kolegami wrócili po zastrzelonego kolegę, Władka. Gdy położyli go na nosze, aby przenieść w miejsce prowizorycznego pochówku, Julian podszedł do Karmazyna. Żył, dysząc ciężko, i
Julian miał wrażenie, że zwierzę płacze. Nie mógł wstać, podnosząc jedynie głowę w niemej prośbie o pomoc. Julian popatrzył na brzuch konia i wiedział, że nie ma dla niego ratunku, a jedynym miłosiernym rozwiązaniem jest dobicie go. Ukląkł przy koniu i zaczął płakać razem z nim. Nie robił tego, gdy ginęli jego kompani, ale teraz po prostu się rozkleił. Karmazyn był jego częścią, wszędzie mu towarzyszył i był z nim zżyty bardziej niż z niejednym towarzyszem broni. Od pięciu lat byli niemal nierozłączni, na manewrach, paradach i teraz w boju.

– Trzeba go dobić – powiedział major Niemczycki, pochylając się nad koniem.

d3czic1

– Proszę to zrobić, ja nie dam rady – wyjąkał Julian.

– Ja też nie – ze smutkiem powiedział major.

– Ale trzeba… – wydukał Chełmicki.

– Poproszę kogoś ze wsi, z naszych chłopaków nikt nie strzeli do konia. – Major podniósł się z klęczek.

Wkrótce przyprowadził jednego z miejscowych, który przyłożył drżącą ręką pistolet do końskiego łba. Karmazyn zaczął rzęzić, jakby przeczuwał swój los, i patrzył przeraźliwie smutnymi oczami na Juliana.

– Żegnaj, Karmazyn – powiedział Chełmicki i wtedy padł strzał, a po nim kolejny.

Julian zacisnął zęby, żeby kolejny raz się nie rozpłakać, i powrócił do bazy.

d3czic1
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d3czic1