Trwa ładowanie...
d2z38yl

Podróż zaczyna się w sercu. Potem wystarczy tylko wyjść z domu

Zostawił portfel i karty kredytowe, wziął skromny plecak i ruszył stopem w Polskę. Nie, nie po to, żeby zwiedzać turystyczne atrakcje. Patryk Świątek szukał ubogiego Kościoła. I ludzi, którzy doświadczyli wielkiej słabości, dotknęli dna i… odbili się od niego, na nowo układając swojej życie. Co znalazł?
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
( )
d2z38yl

Zostawił portfel i karty kredytowe, wziął skromny plecak i ruszył stopem w Polskę. Nie, nie po to, żeby zwiedzać turystyczne atrakcje. Patryk Świątek szukał ubogiego Kościoła. I ludzi, którzy doświadczyli wielkiej słabości, dotknęli dna i… odbili się od niego, na nowo układając swojej życie. Co znalazł?

Marta Brzezińska-Waleszczyk: Skąd się wziął pomysł, by podróżować po najmniej znanych polskich klasztorach i przytułkach dla bezdomnych, w dodatku bez pieniędzy?

Patryk Świątek: Podrzucił mi go znajomy, który utrzymuje kontakt z braćmi kapucynami ze wspólnoty intinerantów. Ich wyjątkowość polega na tym, że zrezygnowali z życia w dużym klasztorze i zamieszkali w starym familoku w Katowicach, pośród najuboższych mieszkańców dzielnicy. Wcale nie chciałem jeździć po „przytułkach dla biednych”!

d2z38yl

To czego chciałeś?

Znaleźć takie miejsca w Kościele w Polsce, gdzie mieszkają ludzie, którzy zrezygnowali z różnych przywilejów, udogodnień, którzy chcieli poczuć, co to znaczy żyć w słabości. Wychodząc z domu nie miałem jakiegoś konkretnego planu. Wiedziałem o kilku klasztorach czy wspólnotach, które wpisywały się w tą ideę, ale nie wiedziałem, czy w ogóle zostanę tam przyjęty. Nie byłem też pewien, że do nich dojadę, bo podróżowałem stopem. Jednym zdaniem – zostawiłem wszystkie pieniądze, karty i wyszedłem z domu a to, co działo się potem, było już zrządzeniem losu.

(img|573963|center)

Na początku książki odwołujesz się do słów papieża Franciszka, że Kościół ma być ubogi i bliski ubogim. Czy taki właśnie Kościół, w odróżnieniu od medialnych doniesień, zobaczyłeś?

Słowa papieża, które wypowiedział podczas jednej z pierwszych swoich audiencji, także były impulsem, by zobaczyć, czy w Kościele rzeczywiście są takie miejsca, czy on naprawdę jest ubogi. Kościół kojarzy nam się z pewną strukturą – parafie, diecezje, zgromadzenia zakonne... Mnie ta podróż pokazała, jak wiele jest miejsc, gdzie duchowni albo świeccy członkowie wspólnot rezygnują z przywilejów i wygód, chcą być ubodzy, by być bliżej najuboższych. Sam do końca nie wierzyłem, że zobaczę aż tak wiele przejmujących ubóstwem miejsc... Są one rozsiane po całej Polsce.

d2z38yl

Czemu więc tak mało o nich wiemy?

Bo osoby, które w tych wspólnotach żyją, wcale nie chcą, by było o nich głośno. Nie chcą być wytykani, stawiani jako jakiś wzór. Nie zależy im na tym, nie szukają poklasku. Uważają, że jeśli Pan Bóg kogoś do nich skieruje, to po prostu tak ma być. Po mojej podróży mogę powiedzieć z całym przekonaniem, że wiele jest w Polsce miejsc, dowodzących ubóstwa Kościoła.

Nie zniechęcały Cię zamknięte drzwi na początku podróży? Dotarłeś do ubogich miejsc, fajnie, ale ci ludzie nie chcieli Cię przyjąć...

Nie ukrywam, że początek był dla mnie bardzo trudny. Po raz pierwszy znalazłem się w sytuacji, w której nie miałem żadnych pieniędzy, zapasów ani znajomych, którzy mogliby mi je pożyczyć. Pierwszy raz w życiu przemierzałem świat, nie mając nic. Planu też nie miałem – nie wiedziałem, czy te wspólnoty przyjmują pielgrzymów z ulicy. Bałem się nawet samego zapukania do drzwi – co powiedzieć, jak się wytłumaczyć? W dodatku nie udało mi się dostać do miejsc, w które kierowałem swoje kroki – ale nie dlatego, że ktoś nie chciał mnie przyjąć! Po prostu nie zastałem mieszkańców w kilku domach. Później był Izabelin, gdzie zostałem przyjęty przez małych braci Jezusa i po tym znowu problem – wspólnota Cenacolo, do której nie mogłem się dostać ze względu na surowy regulamin jej funkcjonowania.

d2z38yl

Ja chyba wróciłabym do domu.

Pierwszy tydzień był bardzo trudny, podłamałem się – kilka razy nocowałem w lesie, a na śniadanie jadłem jeżyny. Ale dziś myślę sobie, że to była konieczna lekcja pokory. Musiałem doświadczyć pewnej słabości – uświadomić sobie, że nie wszystko zależy ode mnie. Że właściwie, nic ode mnie nie zależy. Musiałem zaufać Panu Bogu, że będzie mnie w tej podróży prowadził. Potem było już z górki.

(img|573962|center)

Jesteś bardzo mocno kojarzony z blogiem Paragon z podróży. Czytelnik, sięgający po Twoją książkę może się więc spodziewać czegoś na miarę tej inicjatywy, dotyczącego podróżowania czy przydatnych porad. Tymczasem dostaje opis najmniej znanych polskich klasztorów, nietypowych wspólnot, przytułków dla bezdomnych oraz pogmatwanych losów ich lokatorów. Przyznam, to było zaskakujące.

Ta książka jest czymś zupełnie innym, niż Paragon... To reportaż o podróżowaniu bez pieniędzy, a przede wszystkim o ludziach, którzy doświadczyli niezwykle ciężkich sytuacji w swoim życiu. O tych, którzy doskonale wiedzą, co to jest słabość i właśnie w niej wykuwają swoją moc. Tu nie ma żadnych porad. Chyba, że jedynie taka, by rozejrzeć się dookoła i spróbować znaleźć podobne miejsca.

d2z38yl

Po co?

Żeby zobaczyć, że jest coś więcej, niż gonitwa za karierą, pieniędzmi. Władza i kontrola nad naszym życiem niekoniecznie przybliża do celu, jakim jest szczęście. Dla mnie ta podróż była tym większym wyzwaniem, że nijak miała się do tego wszystkiego, co robimy na Paragonie..., gdzie zwiedzamy, próbujemy nowych smaków, uprawiamy ekstremalne sporty. To było zejście poniżej mojej normalnej wytrzymałości – w żadną inną podróż nie wyruszyłbym bez pieniędzy. W tym przypadku to był test, sprawdzenie samego siebie... Kiedy pukałem do kolejnych drzwi, naprawdę potrzebowałem noclegu i jedzenia. Nie miałem innego wyjścia. Szczerze prosiłem o pomoc, więc prędzej czy później ją otrzymywałem.

Bohaterami Twojej książki są ludzie, którym – patrząc po ludzku – nie wyszło w życiu. Ludzie, którzy cierpią z powodu uzależnień, chorób, różnych decyzji. Skąd pomysł, by postawić ich na pierwszym planie?

Kiedy patrzę na ludzi wokół, mam wrażenie, że wszyscy jesteśmy bardzo słabi – mamy w sobie mnóstwo niedoskonałości, ale w codziennym życiu nie przyznajemy się do tego, a co więcej, staramy się to ukryć. Rzucamy się w wir pracy, nakładamy różne maski, wchodzimy w role, które mają przykryć nasze słabości. Ludzie, których spotkałem w czasie podróży zaakceptowali swoją słabość. Dotknęli dna, nie mieli innego wyjścia. Tym, co musieli zrobić, aby odbić się od dna, było właśnie zaakceptowanie swojej słabości.

d2z38yl

I to rzeczywiście im pomogło?

Tak. Kiedy uznali swoją słabość, zaczęli budować nowe życie. Są niesamowitymi ludźmi, bije z nich taka moc, że ja, a pewnie i wielu moich znajomych, moglibyśmy się wstydzić. Choćby w kwestii wiary, uczynności czy dobra okazywanego drugiemu człowiekowi. Coś w tym jest, że kiedy doświadczamy słabości, stajemy się pokorni, dzięki czemu potrafimy zaufać innym ludziom, a także podarować im więcej z siebie. To jest klucz do tego, żeby być szczęśliwym.

(img|573965|center)

Są jeszcze zakonnicy i członkowie wspólnot, którzy nie doświadczyli jakiejś życiowej traumy, a decydują się na skrajne ubóstwo...

I to jest fascynujące! Oni po prostu chcą wejść w świat słabości jeszcze bardziej, głębiej – chcą doświadczyć tego, że wszystko, co w życiu mamy, pochodzi od Boga. To, co sami wypracowaliśmy, nasze talenty tak naprawdę nie należą do nas. Myślenie, że sami sobie ze wszystkim poradzimy i w dodatku znajdziemy szczęście jest złudne. Doświadczenie podróży nauczyło mnie tego, by sobie ufać mniej, a więcej Bogu i innym ludziom, by każdego dnia stawać się lepszym człowiekiem.

d2z38yl

Mówi się, że każda podróż zmienia człowieka. Jak Ciebie zmieniło to dość nietypowe przemierzenie Polski stopem?

To prawda, że każda podróż coś zmienia, a ta wpłynęła na mnie w sposób szczególny, przede wszystkim była lekcją pokory. Uświadomieniem, że sam z siebie niewiele mogę zrobić. Wystarczyło zostawić w domu coś tak przyziemnego, jak kartę do bankomatu i pieniądze, by nagle okazało się, że nad niczym nie mam kontroli, że jestem zdany na to, co dostanę od innych ludzi. Zobaczyłem też, jak wiele uwagi poświęcamy miejscu pieniędzy w naszym życiu i tym wszystkim, co się z nimi wiąże. Codziennie w pocie czoła zabiegamy o rzeczy materialne, które przysłaniają nam sens życia. Podróż otworzyła mi na to oczy, a jednocześnie otworzyła nowe obszary widzenia świata, które dają więcej okazji do bycia dobrym człowiekiem. Trzecia zmiana dotyczyła mojej wiary. Ludzie, których spotkałem na swojej drodze, to ludzie wielkiej wiary. W każdym z odwiedzonych miejsc odkrywałem jakiś nowy aspekt modlitwy – u małych braci Jezusa odkryłem na przykład potęgę cichej adoracji.

Na czym ona polega?

Wspomniani bracia przynajmniej godzinę dziennie klęczą przed Jezusem w małej, drewnianej kaplicy i nic nie mówią. Panuje kompletna cisza. Nie odmawiają wtedy żadnych wyuczonych modlitw, bo chcą przez godzinę po prostu posiedzieć z Panem Jezusem. Tego jednak trzeba się nauczyć – odsuwanie od siebie różnych myśli z całego dnia wcale nie jest takie proste. To było dla mnie niesamowite. Zresztą, w każdej wspólnocie, do której trafiłem, odkrywałem nowy aspekt duchowości, więc wiele się we mnie pod tym względem zmieniło.

Mówiłeś o tym, jak wiele uwagi poświęcamy pieniądzom. Mnie się wydaje, że to nie do końca tak jest, raczej traktujemy to jako oczywistość, coś, co musi być. Kiedy kilka razy wyszłam z domu bez portfela, poczułam się, jak bez ręki – nagle problemem stał się dojazd do pracy.

Dobra uwaga – nie tylko poświęcamy uwagę pieniądzom, co są one obecne w każdym momencie życia. Kiedy nagle znikają, nie wiadomo co zrobić. Kiedy nie ma się 1,50 zł na bilet czy 50 groszy na butelkę wody, zmienia się myślenie. Wydaje mi się, że zanim na serio wejdzie się w dorosłe życie, założy rodzinę, trzeba pomyśleć o tym, co jest naszym celem, gdzie zmierzamy. Mam wrażenie, że życie traktujemy w kategorii kolejnych celów do odhaczenia – posiadanie dobrego auta, dużego domu, podróżowanie... Nie zauważamy, jak nakręcamy się na rzeczy, które nie dają szczęścia. Warto się czasem zatrzymać, by uświadomić sobie, co tak naprawdę daje nam szczęście.

(img|573961|center)

Co to może być Twoim zdaniem?

Sprawianie radości innym, dobre uczynki... Ale także przełamywanie własnych barier, ograniczeń. Na pewno nie status społeczny i to, jak postrzegają nas inni przez pryzmat tego, co posiadamy.

Czy dla kogoś, kto przemierzył setki kilometrów, zwiedził masę atrakcji turystycznych, taka wędrówka po Polsce, która wydaje się taka nudna (przecież „jak wakacje, to tylko zagranicą”), a w dodatku – po klasztorach i schroniskach dla ubogich, było naprawdę atrakcyjne?

W podróżowaniu tak naprawdę „kręcą” mnie ludzie, a nie miejsca. Podróż jest tylko okazją do tego, by spotkać ludzi w innych sytuacjach, niż na co dzień. Ani przez chwilę nie miałem poczucia, że jestem w złym miejscu albo się nudzę. Było wręcz odwrotnie. Jeździłem daleko, na przykład w Himalaje, ale kiedy orientowałem się, że jestem tam tylko ja i kolega, to zastanawiałem się, po co ta podróż. Było tam pięknie, zrobiłem zdjęcia, ale po to, żeby po powrocie pokazać je rodzinie i znajomym. Im więcej podróżuję, tym bardziej podoba mi się w Polsce. To najlepsze miejsce, w którym mogłem się urodzić.

Poważnie?

Z każdego wyjazdu, zwłaszcza w odleglejsze rejony świata, chętniej wracam do Polski. Moi znajomi, którzy także wiele podróżują, mają podobne odczucia. Polska jest doskonała, jeśli chodzi o klimat, położenie geograficzne. Mamy piękne jeziora, góry, morze, piękne miasta i miasteczka. Mamy cudowną faunę i florę. Z każdym kolejnym wyjazdem odkrywam, w jak pięknym kraju żyjemy, także jeśli chodzi o ludzi. Polacy uwielbiają narzekać na wszystko wokół. Gdyby ich wszystkich wysłać na miesiąc do Indii, to nasz kraj byłby całkiem inny. Zaczęlibyśmy doceniać to, co mamy, bardziej się starać... Mam nadzieję, że Polacy będą mieli więcej okazji do tego, żeby podróżować, by uświadomić sobie, że żyjemy w cudownym miejscu. Warto to docenić i skończyć z narzekaniem.

Tych okazji do podróżowania nie jest znowu tak wiele. Pokutuje przekonanie, że podróżowanie jest bardzo drogie i czasochłonne, więc statystyczny Polak wyjeżdża raz do roku na krótki urlop. A Ty w jednym z wywiadów stwierdziłeś, że łatwo jest znaleźć czas na podróżowanie. To powiedz, jak to zrobić (śmiech).

Podróżowanie nie jest wcale drogie. W każdym momencie możemy ruszyć w miejsce, będące w zasięgu naszej kieszeni. To nie musi być inny kontynent, ale któreś z sąsiednich państw albo rejon w Polsce. Nawet jeśli marzy nam się daleka podróż, wystarczy spojrzeć na swoje możliwości. Na Paragonie... od wielu lat pokazujemy, że nawet najdalsze podróże można realizować za grosze.

Ok, pieniądze już mamy, jak znaleźć czas?

To już kwestia podejścia do życia. Nie każdy marzy o podróżowaniu, ale jeśli już ktoś pragnie to robić, to wyłącznie od niego zależy to, jak rozplanuje sobie czas. Znam osoby, które na przykład dziesięć lat pracowały w banku, odłożyły pieniądze i wyjechały w roczną podróż dookoła świata. Pewnie to jest trudniejsze, jeśli ma się rodzinę, ale nawet taki „standardowy” urlop to możliwość spędzenia blisko miesiąca za granicą. Wystarczy zaplanować sobie czas i po prostu chcieć, inaczej się nie da. Jeśli pokona bariery w swojej głowie, bo wyłącznie tam one tkwią, to nie ma nic niemożliwego.

(img|573960|center)

Mówisz o zaplanowaniu, a jednocześnie wielokrotnie powtarzasz, że swoich podróży nie planujesz od A do Z. Nie wspominając już o wędrówce na potrzeby ostatniej książki, gdzie niczego nie dało się zaplanować. To jak to z tym planowaniem jest?

Mówiąc o planowaniu mam na myśli raczej kwestię czasu. Znając datę swojego urlopu, trzeba sobie ustalić termin wyjazdu. Taka data bardzo motywuje, pozwala nam wyruszyć, chociaż przed samym wyjazdem pojawia się mnóstwo obaw. Najpierw jest euforia z powodu podróży, później przychodzi lęk i chcemy zostać w domu... Ustalony termin pomaga zrobić pierwszy krok. Kiedy już ruszymy się z domu, przygoda sama nas pociągnie.

Dlaczego planowanie jest złe?

Bo nie daje możliwości na działanie – w moim przekonaniu – Pana Boga, a na pewno okazje te ogranicza. Kiedy wszystko zaplanujemy, nie ma miejsca na rzeczy nieprzewidziane, które są najlepszymi przygodami podczas podróży. Dziś nie wyobrażam sobie, by gdzieś wyjechać i mieć to w całości zaplanowane. Może na starość, jak będę potrzebował specjalnych warunków... (śmiech).Dopiero kiedy wyląduje się w nowym miejscu, pozna jego smak i zapach oraz ludzi można zorientować się, co tak naprawdę chcemy zobaczyć. Planowanie zza biurka, z perspektywy naszych przekonań, ale także stereotypów, wywołuje jedynie irytację i nie pozwala przygodzie wyjść na pierwszy plan.

Było podróżowanie w taniej wersji, czyli Paragon..., było podróżowanie w niecodziennym wydaniu, czego efektem jest książka „Dotknij Boga”, co teraz? Czy masz już w głowie jakiś klucz na kolejną wędrówkę?

Nigdy nie szukałem takich kluczy. Na studiach jeździłem za minimalną kasę, bo lubiłem podróżować. Podobnie było z książką – nie miałem specjalnego planu, chciałem spotkać ludzi, którzy wyłamują się z codzienności, kierują się innymi wartościami. Nie mam wzoru, myśli przychodzą same. Tak, jak dwa lata temu, kiedy wpadłem na pomysł przejechania Polski rowerem, rzucając kostką gdzie pojadę kolejnego dnia i zrobiłem to, mając ogromną satysfakcję. Innym razem, chciałem zostać w domu i popracować albo wyjechać z przyjaciółmi, a nie sam. Staram się podążać za tym, co jest w mojej głowie i moim sercu i to realizuję. Nie wiążę mojego życia tak na 100 proc. z podróżowaniem – dla mnie to jest środek do tego, żeby spojrzeć na życie z dystansu, dokonać jakiejś zmiany... Cieszę się, że znajduję w sobie dość siły i odwagi, by nadal często ruszać się z domu i dziękuję za to Panu Bogu.

(img|573966|center)

Rozmawiała Marta Brzezińska-Waleszczyk

d2z38yl

Podziel się opinią

Share

d2z38yl

d2z38yl