ycipk-27u0ds
ycipk-27u0ds

Państwo, które nie istnieje, czeka na wojnę - wywiad z Bartkiem Sabelą

„Wszyscy, na całym świecie zadajemy sobie pytania, dlaczego Afryka płonie. Ale, gdy jest jedno miejsce, w którym da się rozwiązać problem dyplomatycznie, nie robimy nic, by uniknąć rozlewu krwi. Wpychamy Saharę Zachodnią w wojnę” – mówi Bartek Sabela, polski reporter, autor książki „Wszystkie ziarna piasku” opowiadającej skomplikowaną historię Sahary Zachodniej.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
ycipk-27u0ds

"Wszyscy, na całym świecie zadajemy sobie pytania, dlaczego Afryka płonie. Ale, gdy jest jedno miejsce, w którym da się rozwiązać problem dyplomatycznie, nie robimy nic, by uniknąć rozlewu krwi. Wpychamy Saharę Zachodnią w wojnę” – mówi Bartek Sabela, polski reporter, autor książki „Wszystkie ziarna piasku” opowiadającej skomplikowaną historię Sahary Zachodniej.


(img|611561|center)

ycipk-27u0ds

Saharyjska Arabska Republika Demokratyczna to państwo, które nie istnieje, mimo iż można je znaleźć na niemal każdej mapie (jako Sahara Zachodnia, pomiędzy Marokiem, Algierią i Mauretanią). W 1975 roku kolonię opuszczaną przez hiszpańskich kolonizatorów najechały armie Mauretanii i Maroka. Teoretycznie w trosce o swoje „odwieczne” tereny, w praktyce zabezpieczając bogate łowiska, olbrzymie pokłady fosforytów i własne interesy.

Broniący niepodległości Sahary Zachodniej Front POLISARIO walczył przez 16 lat, pokonując Mauretańczyków, Marokańczykom zadając zaś dotkliwe straty. Wspierana przez Amerykanów, Francuzów i Hiszpanów armia Maroka nie radziła sobie z bitnymi i zmotywowanymi oddziałami Frontu (wspomaganymi przez Algierię). By ograniczyć mobilność bojowników poruszających się po pustyni samochodami terenowymi, Saharę podzielono sześcioma murami.

W końcu, w 1991 roku uzgodniono warunki rozejmu, a do Sahary Zachodniej przybyła misja ONZ (MINSURO). Jej pracownicy mieli nadzorować referendum niepodległościowe. Jednak od 24 lat do żadnego referendum nie doszło, a naród saharyjski żyje w rozdarciu – dosłownie, bo mury dzielące Saharę podzieliły także zamieszkujący ją naród. Na tych, którzy żyją pod okupacją marokańską i tych, którym w latach 70. udało się spod niej uciec, by żyć w założonych na terytorium Algierii obozach dla uchodźców.

ycipk-27u0ds

Dziś Saharyjczycy coraz częściej mówią, że skoro pokój nic im nie dał, to czas wrócić do wojny.

W rozmowie uczestniczy także Hamza Lakhal - saharyjski poeta i opozycjonista, mieszkający w okupowanym przez Maroko El Aaiún. Bartek Sabela gościł u niego w trakcie zbierania materiałów do książki, teraz zaś zaprosił Hamzę do Polski.

Tomasz Pstrągowski: Spór o niepodległość Sahary Zachodniej to temat, o którym w ogóle się u nas nie mówi. Dlaczego zdecydowałeś się o nim pisać?

Bartek Sabela:Chyba właśnie dlatego. Po co pisać o tematach, które są znane i zostały przewałkowane? Bardzo wiele zostało napisane o Ukrainie, Palestynie czy Tybecie, mamy nawet w Warszawie rondo poświęcone Tybetańczykom, natomiast o Saharyjczykach jakoś nie pamiętamy. Ważny był też dla mnie kontekst: choć o Saharze Zachodniej nic nie wiemy, to kraj, który jest odpowiedzialny za całą tę historię – Maroko – znamy doskonale i bardzo kochamy. Jest jednym z najczęściej odwiedzanych krajów przez Polaków, nie zdających sobie sprawy, że ma on bardzo czarną kartę w swojej historii.

ycipk-27u0ds

Na zdjęciu:musztra żołnierzy Frontu POLISARIO

(img|611785|center)

Czytając twoją książkę, zwłaszcza jej część o znajdujących się w Algierii obozach dla uchodźców z Sahary Zachodniej, można odnieść wrażenie, że opisujesz utopijne obozy dla uchodźców.

Bartek Sabela:Bo trochę tak jest. To jest naród, który przeszedł rewolucję. Jej bardzo ważną częścią była rewolucja społeczna. Ale inaczej niż nam się to kojarzy – bo przecież nam rewolucja kojarzy się z krwią i tragedią – tamta rewolucja się powiodła. Jej skutkiem było to, że Saharyjczycy w ciągu kilku lat zbudowali własną tożsamość narodową i naród. Pewnie dlatego te obozy są tak niezwykłe. Saharyjczykom udało się zakopać podziały plemienne i stworzyć na uchodźstwie, na ziemi, którą dostali od Algierii, całe obozowe państwo. Dobrze funkcjonujące! Z administracją działającą zarówno na poziomie sąsiedzkim, jak i państwowym, z opieką zdrowotną, ze szkolnictwem, z organizacjami pomocowymi. To wszystko oczywiście w realiach obozów uchodźców, biedy i syfu, a jednak w jakiś sposób zorganizowane. Zgadzam się, że to w pewien sposób utopijne, ale w tym społeczeństwie panuje bardzo duży egalitaryzm, równość społeczna. Użyłbym słowa „socjalistyczne”, ale nam kojarzy się to jak najgorzej, bo u nas te idee
popłynęły w bardzo złą stronę. A tam się udało, bardzo pozytywnie.

ycipk-27u0ds

To wygląda trochę, jak spełniony sen lewicowych rewolucjonistów z lat 60. i 70., który wszędzie na świecie zakończył się źle. A na Saharze się udało.

Bartek Sabela:Właśnie! Czołowy rewolucjonista Saharyjczyków, El Wali Sajed, który w 1973 roku stworzył Front POLISARIO, a w 1975 roku poprowadził ich na wojnie przeciwko Maroko i Mauretanii, jest tam kimś porównywalnym do Ernesto Che Guevary. To był młody gość, który zginął w wieku 27 lat. I jemu udało się osiągnąć coś, czego nie udało się osiągnąć nikomu innemu. Nie dość, że zjednoczył naród rozrzucony po zakątkach pustyni, to jeszcze zaszczepił w tych pustynnych plemionach, które wcześniej nie zawsze myślały o sobie jako o wspólnocie, myślenie w kategoriach narodu.

To niezwykły eksperyment społeczny i polityczny, który im się po prostu udał. I to udał im się naturalnie. Będąc w obozach nie widziałem, że to sztuczny twór. Saharyjczycy naprawdę czują się narodem.

W niemal wszystkich obozach uchodźców na świecie olbrzymim problemem jest przemoc. Tymczasem ty piszesz, że w obozach Saharyjczyków jej nie ma. Jak to możliwe?

ycipk-27u0ds

Bartek Sabela:Zawsze gdy myślimy o obozach uchodźców, widzimy kompletny chaos. Setki tysięcy ciemnoskórych obywateli i garstka białych próbujących ogarnąć sytuację. W Algierii wygląda to zupełnie inaczej. Przede wszystkim Saharyjczycy sami administrują swoimi obozami. Udało im się zorganizować i narzucić dyscyplinę. Oczywiście nie udało się zupełnie wykluczyć przemocy – pamiętajmy, że to normalni ludzie – ale margines tych, którzy zwracają się w kierunku przestępczości, przemytowi czy jakiemuś fundamentalizmowi, jest bardzo niewielki. Szczególnie mocno ogranicza się ten ostatni, który dla nas w Europie brzmi chyba najgroźniej. Saharyjczycy uważają, że fundamentalizm islamski jest zagrożeniem dla ich tożsamości narodowej. Nie wpuszczają do obozów radykalnych imamów, nie pozwalają, by do młodzieży przenikały takie idee.

(img|611563|center)

Hamza Lakhal:Nasz sekret polega na tym, że kiedy Saharyjczycy znaleźli się w trudnej sytuacji – gdy Maroko i Mauretania zagrabiły nasze ziemie, a jedynym państwem, które się na nas otworzyło była Algieria – potraktowaliśmy to jako wyzwanie. By przetrwać i kiedyś wrócić. Życie na algierskiej pustyni jest bardzo trudne. To martwa ziemia, na której nikt wcześniej nie mieszkał. Pogoda jest fatalna. Temperatura przekracza 50 stopni Celsjusza.

Ale my zbudowaliśmy tam obozy. W tych obozach zbudowaliśmy administrację. Ministerstwa. Państwo. I dlatego to wygląda na utopię. Tacy już są Saharyjczycy. Gdy znajdujemy się w trudnej sytuacji nie załamujemy się, ale podejmujemy wyzwanie. A siłę czerpiemy z wiary w zwycięstwo. Jesteśmy cierpliwi i zdeterminowani, że w końcu się uda.

Bartek Sabela:Mnie zawsze wzruszają drobne przykłady świadczące o tym, jak wielka jest wiara Saharyjczyków we własne państwo. Wyobraź sobie, że w ramach obozów stworzono oddzielną walutę. Dinar saharyjski oczywiście nie istnieje fizycznie – Saharyjczycy nie mają jak go wydrukować. Ale funkcjonuje w przestrzeni myślowej. Wszystkie ceny w sklepach wyrażone są w dinarach saharyjskich. Do płacenia używa się oczywiście banknotów i monet algierskich, które cały czas przeliczane są według ustalonego kursu na dinar saharyjski.

Saharyjczycy mają własne paszporty – choć praktycznie nigdzie się nie da na nich wjechać, bo większość krajów nie uznaje ich republiki. Mają też własne tablice rejestracyjne.

Maroko usiłuje przedstawić Front POLISARIO – saharyjską armię - jako organizację terrorystyczną. Tymczasem Saharyjczycy twierdzą, iż nie mają z organizacjami terrorystycznymi nic wspólnego.

Bartek Sabela:Jeszcze w czasach hiszpańskich, gdy sytuacja się gotowała i wiadomo było, że Hiszpanie zaraz z Sahary wyjdą, a Marokańczycy zaraz na Saharę wkroczą, strona marokańska uciekała się do zamachów terrorystycznych w saharyjskich miastach. Front POLISARIO nie odpowiedział tym samym. Nawet w czasie wojny nie atakowali ludności cywilnej Maroka, choć przecież byłoby to bardzo efektowne.

Oczywiście sojusz z rosnącymi w siłę organizacjami terrorystycznymi jest kuszący, ale Saharyjczykom bardzo zależy, by byli postrzegani jako państwo. Nawet jeżeli ma to być państwo na wygnaniu. Rząd saharyjski prowadzi świadomą politykę, zdając sobie sprawę, że sturlanie się w kierunku radykalizmu przekreśliłoby ich starania. Potwierdziłoby nieprawdziwe argumenty strony marokańskiej. Co więcej, od 24 lat Saharyjczycy nie sięgają po broń – mimo iż od 24 lat są oszukiwani przez Maroko i organizacje międzynarodowe.

Ale z drugiej strony wszyscy Saharyjczycy zdają sobie sprawę z nadchodzącej nieubłaganie wojny. Piszesz nawet, że wielu jej oczekuje.

Bartek Sabela:Proces pokojowy od 24 lat do niczego nie doprowadził. Saharyjczycy zgodzili się na zawieszenie broni i rozmowy, choć odnosili olbrzymie sukcesy na froncie. I od ćwierć wieku te rozmowy do niczego nie prowadzą – korzysta na nich jedynie Maroko, które przejmuje prawo do Sahary Zachodniej niejako przez zasiedzenie.

To prowadzi do tego, że po obu stronach saharyjskiego muru – zarówno w obozach uchodźców, jak i na okupowanych saharyjskich ziemiach - narasta przeświadczenie, że czas coś zmienić. Obrać nową strategię. Saharyjscy przywódcy, którzy ostatnie ćwierć wieku spędzili na pokojowej walce, mówią, że nie mają już siły przekonywać młodych do tej strategii. Jak długo można walić głową w mur?

Zarząd Frontu POLISARIO nie daje się popychać w stronę wojny, ale nie da się ukryć, że te nastroje buzują.

(img|611560|center)

Hamza Lakhal:Powiedzmy sobie jedno. Nie ma wśród Saharyjczyków ani jednej osoby, która by pragnęła wojny. Próbowaliśmy już tej drogi, walczyliśmy z Marokiem przez 16 lat i w 1991 roku zgodziliśmy się usiąść do stołu rozmów i zawiesić działania wojenne. Liczyliśmy na to, że pokój zapewni nam niepodległość. Od tego czasu minęły 24 lata. Saharyjczycy żyją pod uciskiem – są nie tylko torturowani i mordowani (mówię oczywiście o ludziach żyjących pod okupacją), ale prześladowani w zwykłym codziennym życiu: utrudnia się im dostęp do pracy i usług publicznych.

Czujemy się oszukani. Świat nas okłamał. Negocjacje nie dążą do rozwiązania problemu. Nie otrzymamy dzięki nim prawa do referendum.

Nie obawiacie się, że jeżeli chwycicie za broń świat nazwie was terrorystami?

Hamza Lakhal:Nie ma ku temu podstaw. Od 24 lat czekamy na rozwiązanie, które nam obiecano. Wypełniliśmy wszystkie rezolucje ONZ, postępujemy zgodnie z prawem międzynarodowym. Zaufaliśmy mocarstwom i organizacjom międzynarodowym, a one nas zdradziły. Jest więc naszym prawem, by się bronić. Od 24 lat przyglądamy się bezsilnie, jak Marokańczycy prześladują naszych rodaków. Wtrącają ich do więzień, torturują. Jeżeli wybuchnie wojna, nikt nie będzie miał prawa nazwać nas terrorystami. My tylko walczymy o nasze prawa.

Nie boicie się, że ewentualną wojnę przegracie? Front POLISARIO z powodzeniem walczył z Maroko w latach 70. i 80. Ale czasy się zmieniły. Maroko ma bardzo potężnych sprzymierzeńców – USA, Unię Europejską, Francję.

Hamza Lakhal: W tym konflikcie Maroko zawsze było stroną silniejszą, przeważającą. Front POLISARIO stworzyła garstka nomadów z kilkoma karabinami. I ci ludzie, dzięki swojej determinacji i woli walki, zadawali armii marokańskiej straty przez 16 lat! Dziś nasza armia jest silniejsza i lepiej wyszkolona niż wtedy. I wątpię, by ktokolwiek przy zdrowych zmysłach sądził, że wojna będzie dla Maroka łatwa.

Ale raz jeszcze chciałbym podkreślić, że Saharyjczycy nie uważają, iż wojna przyniesie rozwiązanie. Wydaje mi się jednak, że dochodzimy do punktu, w którym wojna będzie jedynym sposobem, by zmusić świat do działania.

Czego oczekujecie? Saharyjczyków zadowoli jedynie niepodległość, czy jesteście gotowi na kompromis?

Hamza Lakhal:Oczekujemy, że na terytorium Sahary Zachodniej zostanie zorganizowane referendum, w którym będziemy się mogli opowiedzieć za jedną z trzech opcji: niepodległością, autonomią, albo przynależnością do Maroka. Chcemy mieć wybór. To wszystko.

Co więcej, to nie jest nasz wymysł. To wyjście zaproponowane Organizacji Narodów Zjednoczonych przez marokańskiego króla Hassana II w 1991 roku. To on zgodził się w końcu, by przeprowadzić proponowane od lat 60. referendum. Ale szybko okazało się, że chciał jedynie zyskać na czasie i nie zamierzał wywiązywać się ze zobowiązań. Pragnął tylko przerwać wojnę, którą przegrywał. Zgodziliśmy się i od tamtej pory bezsensownie czekamy. Jakbyśmy czekali na Godota.

Nie mówimy więc, że jedynym wyjściem jest referendum. Mówimy jedynie: „dajcie Saharyjczykom prawo wypowiedzieć się”. Zaakceptujemy wyniki referendum.

Ale Marokańczycy wiedzą, jakie będą wyniki referendum. Wiedzą, że nie zagłosujemy za reżimem. Dlatego od 24 lat nas oszukują.

(img|611792|center)

Bartek Sabela:Wszyscy, na całym świecie zadajemy sobie pytania, dlaczego Afryka płonie. Skąd biorą się te wszystkie wojny i konflikty? Jak można im zaradzić? Ale, gdy jest jedno miejsce, w którym da się rozwiązać problem ścieżką dyplomatyczną, nie robimy nic, by uniknąć rozlewu krwi. Tak naprawdę wpychamy Saharę Zachodnią w wojnę. Organizacje powołane i utrzymywane by dążyć do pokoju, działają w dokładnie przeciwną stronę. Nie służą rozwiązywaniu konfliktów, ale zabezpieczeniu interesów wielkich mocarstw. To jest przerażające!

To też straszna nauka dla wszystkich tych ciemiężonych narodów, które czekają na międzynarodową pomoc. Przykład Sahary Zachodniej pokazuje im, że nie warto czekać, lepiej od razu wsiadać w czołgi i jechać na wojnę.

Maroko utrzymuje, że Sahara Zachodnia to odwieczne tereny marokańskie.

Bartek Sabela:Marokańczycy podpierają się mitem Wielkiego Maroka. Rzeczywiście, historycznie takie państwo istniało. W głębokim średniowieczu. Warto jednak pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze: to państwo istniało dość krótko. Po drugie, ważniejsze: nie było to państwo marokańskie. To było państwo założone w XI wieku przez dynastię Almorawidów – Maurów, przodków dzisiejszych Mauretańczyków i Senegalczyków. Ich imperium sięgało nawet za Cieśninę Gibraltarską.

Ale tereny Sahary Zachodniej to nigdy nie były tereny marokańskie. Na potwierdzenie tego są badania. W połowie 1975 roku, tuż przed rozpoczęciem konfliktu, Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości przygotował ekspertyzę historyczną - zresztą na prośbę króla Maroka Hassana II. Ta ekspertyza była jednoznaczna i druzgocząca dla Marokańczyków. Wynikało z niej, że ludy żyjące na terenie Sahary Zachodniej nie są związane etnicznie z Marokiem i nigdy nie żyły pod jego zwierzchnictwem.

Rzekome związki Sahary Zachodniej z Marokiem są nieprawdziwe. To propagandowy mit, jeden z tych, które preparuje się na użytek wojny.

Maroko twierdzi też, że ludy Sahary Zachodniej nigdy nie tworzyły jednorodnego narodu.

Bartek Sabela:To twierdzenie jest bliższe prawdy niż mit Wielkiego Maroka. Rzeczywiście stosunki pomiędzy plemionami poruszającymi się po Saharze były bardzo skomplikowane. One ze sobą walczyły i się jednoczyły. Kłóciły się i godziły. Nawet na początku lat 70. niektóre plemiona saharyjskie stanęły po stronie Marokańczyków. Warto jednak pamiętać, że kultura i zwyczaje Saharyjczyków są zupełnie odmienne od kultury i zwyczajów Marokańczyków.

To samo pytanie można by też zadać Maroku. Marokańczycy nigdy nie stanowili jednolitego narodu. To twór złożony z wielu mniejszości, które często bardzo jasno dają do zrozumienia, że wcale się z Marokiem nie identyfikują. To przypadek chociażby Berberów i górali z Rifu i Atlasu. Wiele państw afrykańskich ograniczają granice wytyczone podczas konferencji berlińskiej w latach 1884-85. Te granice są sztuczne, trudno więc mówić o jednorodnych narodach je zamieszkujących.

Na zdjęciu:obóz dla uchodźców w Algierii

(img|611564|center)

Jak wyglądało zdobywanie Sahary Zachodniej? Propaganda marokańska przedstawia Zielony Marsz jako pokojowy i spontaniczny marsz tysięcy ludzi, którzy wyruszyli, by odzyskać swoje ziemie.

Bartek Sabela:Zielony Marsz mniej więcej tak wyglądał. Trzeba uczciwie oddać Hassanowi II, że był genialnym politykiem - bardzo sprytnym, mądrym i przebiegłym; świetnie radzącym sobie na szczeblu lokalnym i międzynarodowym.

Pomysł pokojowego marszu był doskonały. Król zorganizował pochód 300-350 tysięcy Marokańczyków, którzy poszli „odzyskać swoją Saharę” - co ciekawe zdecydowana większość z nich nigdy na Saharze nie była. Tym ludziom, często prostym i niepiśmiennym, obiecano złote góry. Mówiono im, że na południe od Maroka znajdują się olbrzymie bogactwa. Nic więc dziwnego, że Zielony Marsz się udał. Gdy dzisiaj ogląda się ówczesne nagrania trudno się oprzeć wrażeniu, że to jakieś pospolite ruszenie, radosny festyn ludzi niosących flagi, symbole religijne i portrety Hassana II.

I dokładnie tak został ten marsz odebrany za granicą. Światowe media nie informowały jednak, że marsz się zatrzymał, ledwie przekroczył granicę i został zawrócony. Gdy odpowiedni przekaz został już zarejestrowany i puszczony w świat, w miejsce radosnych cywili wkroczyło wojsko. I rozpoczęła się klasyczna inwazja.

Marsz do dziś jest wykorzystywany propagandowo. To marokański symbol jedności narodowej. Jest na banknotach, tabliczkach z nazwami ulic, na oficjalnych obchodach. Natomiast nigdzie nie ma czołgów, samolotów i bombardowanych obozów. Tych wszystkich rzeczy, przez które Saharyjczycy nazywają go Czarnym Marszem.

Dlaczego najważniejsi politycy na świecie – przywódcy Stanów Zjednoczonych, Francji i tak naprawdę także ONZ – tak otwarcie popierają Maroko?

Bartek Sabela:Z wielu względów. Dla Stanów Maroko jest jednym z najważniejszych sojuszników w Afryce - absolutnie kluczowym przyczółkiem; państwem, które stanęło po stronie świata zachodniego jeszcze w czasach zimnej wojny. Maroko i USA wiążą też względy przyjaźni. Sułtanat był pierwszym państwem na świecie, które uznało Stany Zjednoczone w XVIII wieku.

Dla Francji najważniejsza jest perspektywa postkolonialna. Mimo, iż czasy kolonializmu się skończyły, a Maroko uzyskało niepodległość, interesy Francji wcale się nie zmieniły. Widać to również na poziomie personalnym - najwyższych rangą polityków francuskich i marokańskich łączy bardzo głęboka przyjaźń. W filmie dokumentalnym „Synowie chmur” (2012, reżyseria: Álvaro Longoria, narracja: Javier Bardem, przyp. T.P.) stosunek Francji do Maroka porównywany jest do relacji z kochankiem - nawet jeżeli nie zawsze podoba ci się, to co robi, to musisz go akceptować.

Na zdjęciu: defilada Fortu POLISARIO z okazji proklamowania Saharyjskiej Arabskiej Republiki Demokratycznej

(img|611786|center)

A Hiszpania?

Hamza Lakhal:Hiszpanie nas zdradzili. Postrzegamy ich jako główny problem! Kiedy w latach 70. Hiszpania, pod naciskiem Organizacji Narodów Zjednoczonych, przygotowywała się do wycofania się z Sahary Zachodniej, politycy hiszpańscy zaczęli poszukiwać sojuszników, którym mogliby przekazać swoje interesy. I, by zabezpieczyć sobie dostęp do łowisk i fosforytów, zgodzili się podzielić nasze ziemie pomiędzy Maroko i Mauretanię.

Podarowali im nasze ziemie! Nieco paradoksalną pochodną układu pomiędzy Hiszpanią a Maroko jest hiszpańska okupacja dwóch miast na terenie Maroka - Ceuty i Melilly. Hiszpania milczy w sprawie Sahary Zachodniej, a w zamian Maroko milczy w sprawie Ceuty i Melilly.

Powtórzę raz jeszcze: Hiszpanie nas zdradzili, to przez nich znaleźliśmy się w takiej sytuacji.

Co robi w tej sprawie Unia Europejska?

Bartek Sabela:Dla Unii Europejskiej Maroko jest największym pozaunijnym beneficjentem środków unijnych. To tutaj trafia najwięcej pieniędzy z funduszy rozwojowych. Politykom unijnym bardzo zależy na stabilności Maroka, gdyż obawiają się, że jeżeli w tym kraju wydarzy się to, co wydarzyło się w Egipcie czy w Libii, to po prostu utoniemy. Cieśnina Gibraltarska jest bardzo wąska i wszyscy widzą te miliony uchodźców, które mogą w każdej chwili ruszyć w naszą stronę.

Stabilizacja Maroka ma strategiczne znaczenie, a po wydarzeniach ostatnich lat wszyscy zdają sobie sprawę, że jakiekolwiek próby oderwania Sahary Zachodniej mogłyby się skończyć strasznym chaosem. Tym bardziej, że, jak już mówiłem, samo Maroko nie jest tak jednorodne, jak to próbuje się przedstawiać - górale z Atlasu czy z Rifu nigdy nie lubili monarchii i zawsze mieli własne pomysły na państwo.

Patrząc na to cynicznie, z punktu widzenia światowej geopolityki, popieranie obecnego statusu quo jest więc uzasadnione.

Bartek Sabela:To jest realpolitik. Pytanie tylko, co jest dla nas ważniejsze. Czy nasze interesy, czy prawa człowieka i hasła, którymi posługujemy się od czasów Rewolucji Francuskiej - wolności, równości i braterstwa. Sytuacja Sahary Zachodniej pokazuje, że wycieramy sobie nimi gęby, ale stosujemy już dość wybiórczo, chętnie poświęcając ideały w imię interesów politycznych i gospodarczych.

Samo Maroko nie jest potężnym krajem. Jest silne potęgą swoich sojuszników. I świat zachodni ma sposoby, by na tym kraju wywrzeć skuteczny nacisk. To tylko kwestia chęci.

* PRZECZYTAJ DRUGĄ CZĘŚĆ WYWIADU*

To pierwsza część rozmowy z Bartkiem Sabelą i Hamzą *Lakhalem. W drugiej części mowa o realiach marokańskiej okupacji, o przesłuchaniu, na które został wezwany Bartek, a także o bezczynności misji ONZ, mającej rozpisać w Saharze Zachodniej referendum, ale nie radzącej sobie z tym zadaniem od 24 lat.*

* PRZECZYTAJ DRUGĄ CZĘŚĆ WYWIADU*

*Na zdjęciu:*Bartek i Hamza

(img|611795|center)

Polub WP Książki
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.

ycipk-27u0ds

ycipk-27u0ds
ycipk-27u0ds