W "Boy Erased" przedstawiona jest historia Garrarda Conleya. To, co przeszedł Tomek, niewiele się różni.
W "Boy Erased" przedstawiona jest historia Garrarda Conleya. To, co przeszedł Tomek, niewiele się różni. (Materiały prasowe)

Nieś swój krzyż

19-letniemu Garrardowi z Arkansas ojciec postawił ultimatum: idziesz na terapię albo wynocha. Głęboko wierzący katolik myślał, że jego syn jest chory. Tak samo myślała mama Tomka.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Garrard był bardzo wierzący. Jak głęboko wierzył w Boga, tak głęboko był przekonany, że jego orientacja jest grzechem i wstydem. Zgodził się poddać leczeniu w organizacji Love in Action.

To zorganizowana grupa z kodeksem zachowań, regułami, podręcznikiem i zagorzałymi aktywistami, którzy znali na pamięć każdy werset Pisma Świętego.

Pierwszym krokiem terapii było przyznanie, że żyje się w grzechu. W kolejnych uczestnicy musieli "zrozumieć", że ich orientacja jest jakoby wynikiem pokoleniowych traum i krzywd (tych zadawanych szczególnie przez rodziców). Był też Moralny Obrachunek. W notesie Garrard zapisywał każdą sytuację, która wskazywała, że zrobił coś grzesznego. Może np. nieodpowiednio się ubrał? Spojrzał z uczuciem na mężczyznę? Nie miał ochoty zagrać w koszykówkę? To wszystko miało mieć ogromne znaczenie.

Po 11 latach Garrard napisał książkę "Wymazać siebie", w której opisał - oczywiście nieskuteczną - "terapię". Dziś mówi, że nadal zdarza mu się spojrzeć na siebie z obrzydzeniem i brzydzi się dotyku. Książka i film na jej podstawie (ze świetną rolą Nicole Kidman) przeszły w Polsce bez echa. Historia Tomka pokazuje, że podobna sytuacja dotyczy też nas, Polaków.

Magda Drozdek: Ile miałeś lat, gdy w 2009 r. trafiłeś na terapię?

Tomasz Puła: 18-19, mniej więcej tyle, co Garrard.

Źródło: Archiwum prywatne

Byłeś przekonany, że twoja orientacja to grzech?

Moja mama jest członkinią katolickiej wspólnoty o radykalnych poglądach. Powiedzmy, że przez tę wspólnotę jest "katoliczką wyższego poziomu". Radykalny fundamentalizm poglądów, jaki tam panował, nie pomagał mi w zrozumieniu mojej seksualności. 10 lat temu trwała ogólnopolska dyskusja o osobach homoseksualnych. Grupy takie jak ta, do której należała mama, krytykowały LGBT. Sprzeciwiały się nawet dyskusji o tym, czy homoseksualizm to choroba, czy może jednak nie.

Całe dzieciństwo kręciło się wokół wspólnoty mamy?

Tak, miałem tam swoje "ciocie" i "wujków". W zasadzie większość moich znajomych należała do wspólnoty. Tworzyliśmy zamknięty krąg. W takim klimacie dorastałem. I wyobraź sobie, jak trudne było zrozumienie, że jestem osobą homoseksualną.

Myślałeś, że "coś jest z tobą nie tak"?
I do tego nie rozumiałem przyczyn. Co zrobiłem źle? Co ktoś zrobił źle, że mam taką, a nie inną orientację? Terapia skupiała się na szukaniu przyczyn w rodzinie. Podkreślano dysfunkcyjność ojca, nadopiekuńczość matki, urazy w dzieciństwie ze strony rówieśników. Tego typu kwestie były podawane jako przyczyny naszej homoseksualności. Dopasowywałem sobie te powody do swojego życia i stwierdziłem: "no tak, podają właściwą diagnozę, bo właśnie tak w moim życiu było".

Później odkryłem, że to nie do końca tak. To, co wtedy wydawało mi się czymś szczególnym, że mam w rodzinie dany problem, okazało się rzeczą dość powszechną wśród innych rodzin. I wcale nie kończyło się homoseksualnością dzieci. Tyle że wtedy wierzyłem, że dobrze mnie zdiagnozowali.

Źródło: Archiwum prywatne

Mama naciskała na terapię?

Jeśli chodzi o znalezienie konkretnej grupy i postanowienie, by do niej przystąpić – to była moja suwerenna decyzja. Nikt z rodziny mnie szczególnie nie nakłaniał do leczenia. Nikt mnie nie zmuszał. Mama była po prostu zdeterminowana, żebym coś zrobił ze swoim "problemem". Tylko nie wiedziała dokładnie co. Mama traktowała mój homoseksualizm jako krzyż, który trzeba nieść.

Wybrałeś krakowską Paschę. Pamiętasz pierwsze spotkanie?

Zanim podjąłem leczenie, musiałem spotkać się z liderem grupy. Musieli się upewnić, że nie jestem dziennikarzem, który chce poudawać homoseksualistę, a potem napisać o nich jakiś straszny artykuł. Pierwsze spotkanie miało wyczuć moje intencje. Zweryfikowali mnie pozytywnie. Kolejne spotkania odbywały się co tydzień. Nie było żadnego powitalnego wydarzenia. Ta grupa miała w sumie trzy rodzaje spotkań.

Na czym polegały?

Pierwsze spotkanie: dzielenie się swoimi doświadczeniami. Siedzieliśmy w półkolu i opowiadaliśmy o sobie. Drugie: spotkania modlitewne. Trzecie: zajęcia sportowe/gry zespołowe. Teoria tej pseudoterapii zakładała, że niechęć osoby homoseksualnej do gier zespołowych oznacza, że albo nikt nas tego nie nauczył, albo zostaliśmy kiedyś odtrąceni przez rówieśników. Cofaliśmy się do czasów dzieciństwa, w którym to miała kryć się odpowiedź na pytanie, dlaczego mamy taką a nie inną orientację.

Garrard wspomina w książce: "Wszyscy czuliśmy, że nie zasługujemy na udział w chwale Boskiej". Wmawiano mu, że liczy się tylko to, że jest homoseksualistą, niegodnym niczego człowiekiem.

Słyszałem podobne rzeczy. Na terapii przekonywali, że 90 proc. nas stanowi nasza seksualność. Jestem homoseksualistą i już. Jakbym był innym gatunkiem człowieka. Są homo sapiens i są homoseksualiści. Wmawiano, że przez to wszystko w moim życiu jest inne. Że nie mam takich uczuć jak inni ludzie. Zacząłem analizować to, co robiłem. To, jak się ubierałem. Jak spędzałem wolny czas. Wszystko w kontekście wychodzenia na prostą.

Leczyli profesjonaliści czy amatorzy?

Nigdy nie spotkałem się z wykwalifikowanym psychologiem. Grupa była oparta na samopomocy. Był wolontariusz, heteroseksualny, miał rodzinę. Czuł powołanie, by pomagać.

Źródło: Materiały prasowe/ Historia Tomka pokrywa się z tym, co opowiedział Garrard Conley. Na podstawie jego książki powstał film "Boy Erased"

Misja?

Tak. Funkcjonowanie tej krakowskiej grupy opierało się właśnie na takich amatorskich spotkaniach. Czasem były ogólnopolskie zjazdy, ale ja sobie je darowałem. Nie powiem ci, co się na nich działo. Gdy ktoś pyta, co zapamiętałem najbardziej z terapii, to chyba takie ogólne przygnębienie. Przygnębienie ludzi, którzy tam byli. I żenujące spotkania. Chociaż można je nazwać chyba spowiedzią.

O intymności?

Tak, nie miałem na to ochoty. Nie czułem się komfortowo z tym, by szczegółowo opowiadać o swojej intymności. A byłem jeszcze zmuszany, by słuchać wyznań innych, obcych mi ludzi.

Ale na początku wierzyłeś, że wyleczenie się jest możliwe?

Owszem, ale dzięki jakiejś ponadnaturalnej ingerencji Boga, nie dzięki tej grupie. Bo nie widziałem żadnych efektów tych spotkań. Byłem sfrustrowany. Nie chciałem w ogóle mieć do czynienia z Paschą. Doszedłem do wniosku, że moje uczestnictwo w spotkaniach jest bez sensu.

Był moment, w którym stwierdziłeś: "Halo, wasze teorie szkodzą"?

Nie od razu, dopiero kilka lat po terapii. Miałem okazję żyć jakiś przez czas w Wielkiej Brytanii i tam zobaczyłem, że może istnieć społeczeństwo, w którym osoby homoseksualne i heteroseksualne żyją w zgodzie. Mogą żyć tak jak chcą i nikomu to nie wadzi. Nikt nie mówi, że dzieci są demoralizowane i tak dalej. To w dużej mierze otworzyło mi oczy. Trafiłem do środowiska, które w żaden sposób mnie nie piętnowało, co było lekkim szokiem kulturowym. Nie musiałem ukrywać swojej orientacji, nie musiałem się tłumaczyć.

To "leczenie" w krakowskiej grupie wpłynęło na ciebie?

Po prostu straciłem wiele lat. Mogłem być szczęśliwy i nie czuć się jak ktoś chory, gorszy i zboczony. Bardzo szkoda mi tego czasu. A tak w szerszej perspektywie: jeśli pozwalamy na istnienie tego typu grup i terapii, uważamy, że jest to jeden z dozwolonych sposobów traktowania osób homoseksualnych. Dlatego tak ważny jest projekt zaproponowany przez Nowoczesną, bo pozwala określić prawnie, czy terapie konwersyjne są potrzebne społeczeństwu. To jest informacja od państwa, że na to się nie zgadzamy i jest to społecznie szkodliwe.

Terapia zmieniła twoje relacje z mamą?

Zawsze byliśmy blisko, dużo sobie mówiliśmy. Relacje pogorszyła trochę sama wiadomość, że jestem gejem. Ale rozmawialiśmy ze sobą. Może nawet mama chciała poświęcać mi jeszcze więcej uwagi. Oboje uważaliśmy, że terapia jest dobrym pomysłem. Miałem te same poglądy co mama. To z tatą miałem gorszy kontakt. Dopiero stosunkowo niedawno zaczęliśmy się dogadywać. Myślę, że oboje zrozumieliśmy, że ani ja nie zmienię jego, ani on mnie.

W "Wymazać siebie" Garrard cytuje osobę, która go leczyła: "trauma często ma związek z pokoleniowym grzechem". I że "kompulsywne wzorce przekazywane dzieciom przez rodziców to najczęstsze źródło seksualnego grzechu". To chyba cios dla rodziców, którzy posyłają na takie "leczenie" swoje dziecko.

To jest cios, zdecydowanie. Moja mama przepraszała mnie za różne rzeczy. Czytała różne chrześcijańskie publikacje, które się ukazywały. Kilkukrotnie o tym rozmawialiśmy. Było to dla niej szalenie ciężkie. Na pewno czuła się winna. Myślę, że już jej to przeszło. Gdy ostatnio o tym rozmawialiśmy, to nie tylko sobie wybaczyła – zrozumiała, że nie może brać na siebie odpowiedzialności za moją orientację seksualną. To jest krok milowy w naszych relacjach.

A relacje z tatą?

Tata w żaden sposób nie angażował się w moją terapię. Nie miał powodów, by się przejąć. Mama na pewno z nim rozmawiała i myślę, że pewnie pojawiło się w nim jakieś poczucie winy. Nigdy mi o tym nie mówił. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy.

Udzielasz wywiadów w mediach pod imieniem i nazwiskiem. Nie ukrywasz twarzy. Ci, którzy brali udział w terapii, organizowali ją wtedy, mają do ciebie pretensje? Co z innymi uczestnikami leczenia?

Nie mam żadnego kontaktu z osobami, które wtedy były na terapii. Wiem tylko o jednym chłopaku, który dziś jest anglikańskim księdzem i mieszka ze swoim partnerem na plebanii. Nie mam też żadnych kontaktów z tymi, którzy organizowali terapię.

Myślisz, że to kwestia tylko edukacji seksualnej, żeby młodzi ludzie nie trafiali na takie "terapie"?

W wielu ludziach przede wszystkim jest strach, że to, w co do tej pory wierzyli i co było uznane za słuszne, jest szkodliwe i nieprawdziwe. Musieliby przyznać, że oni sami, jako ludzie, mylili się. Dużą rolę odgrywa tu Kościół katolicki i jego sztywne zasady. A edukacja jest kluczowa. Dziś mamy dostęp do ogromnej ilości informacji. Mamy kontakt ze społeczeństwami, które lepiej traktują środowiska LGBT. Przez to sami wyrabiamy sobie pogląd. Idziemy drobnymi krokami do przodu.

Źródło: Archiwum prywatne

A potem robimy krok wstecz, gdy politycy udostępniają grafikę z parasolem, który ochrania polską rodzinę przed m.in. środowiskiem LGBT. Czy ciebie to przeraża?

Przeraża mnie to, że ze środowiska LGBT próbuje się uczynić "nowych Żydów" czy "nowych uchodźców". Przerażające jest, że rząd posługuje się jakąkolwiek grupą społeczną, by wzbudzić w ludziach strach i nienawiść. I dzięki temu zyskać coś politycznie. Ale myślę, że może to przeleje czarę. Może ludzie stwierdzą, że nie chcą być szczuci. Ale czy tak się stanie, pokażą to najbliższe wybory. Na pewno nie jestem zwolennikiem wizji katastroficznych. Nie wyobrażam sobie obozów dla homoseksualistów. Mam nadzieję, że czepienie się kolejnej grupy - teraz to LGBT - doprowadzi do przełomu.

Może leczenia potrzebuje homofobiczne społeczeństwo, jak stwierdziła we wstępie do "Wymazać siebie" Agnieszka Graff?

Możemy nazwać to "leczeniem", ale zdecydowanie potrzebuje edukacji. Potrzebna jest przestrzeń, by osoby LGBT mogły opowiadać o sobie i by reszta społeczeństwa mogła ich poznać.

W takich momentach zawsze pada: "potrzeba czasu"…

Zawsze można powiedzieć, że potrzeba czasu, albo że nie jesteśmy gotowi. Jak często to słyszymy w wielu dyskusjach. Tylko że zawsze jest dobry czas, by coś zmienić w społeczeństwie. Niech znajdą się ci, którzy będą mieli odwagę wprowadzać pozytywne zmiany.

Polub WP Książki
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne