Trwa ładowanie...
Chłopiec z aparatem słuchowym (zdjęcie ilustracyjne)
Chłopiec z aparatem słuchowym (zdjęcie ilustracyjne)Źródło: Getty Images, fot: EyeEm, Iordache Laurentiu
04-11-2022 17:52

Na początku nie było słów

Podczas pierwszego spotkania Maria i Wiktor mieli do dyspozycji jedynie mimikę, bo chłopiec nie znał żadnego języka.

Od redakcji: tekst jest fragmentem książki reporterki Anny Goc "Głusza", która ukazała się 26 października nakładem wydawnictwa Dowody na Istnienie


* * *

Drzewo było wysokie, rosochate. Duże i piękne jak w bajkach. Na jednej gałęzi wisiał dom. Autorem rysunku był ośmioletni Wiktor. "Domek na drzewie" – pomyślała Maria, wychowawczyni w szkole dla głuchych dzieci. Dopiero po chwili zauważyła linę. A więc dom nie żyje? Unosi się nad ziemią. Niby jest, ale nie można w nim zamieszkać. Spadzisty dach. Okna, z których nikt nie wygląda. Szarobure ściany. Jej wzrok zatrzymał się w miejscu, w którym powinny być podłoga i fundamenty. Tu jednak rysunek domu się urywał.

NOWY

d3v0kkn

Pół roku wcześniej stała przed drzwiami chłopięcej sypialni. Wiedziała, co jest po drugiej stronie: siedem tapczaników, obok każdego szafka nocna z szufladką i siedem pojemnych szaf. Zajrzała do środka. Wiktor siedział na szafce skupiony, pilnował swoich rzeczy.

Był tu nowy. Tu, czyli w szkole dla głuchych z internatem, w którym niesłyszące dzieci mieszkały od niedzielnego wieczoru do piątkowego popołudnia. Nowy był też w pobliskim domu dziecka, do którego miał od teraz wracać z internatu na weekendy, święta i wakacje.

Podczas pierwszego spotkania Maria i Wiktor mieli do dyspozycji jedynie mimikę, bo chłopiec nie znał żadnego języka.

Kilka dni wcześniej do Marii zadzwoniła znajoma, która pracowała w domu dziecka. Kobieta poznała historię Wiktora, niepełną i okrojoną: daty, adresy i nazwiska, tylko tyle, ile zapisuje się w dokumentach.

Urodził się głuchy. Podobno ojciec szybko odszedł. Matka zmarła, gdy chłopiec miał pięć lat. Zaopiekował się nim wujek. Mama Wiktora, jego wujek i babcia, a także ich znajomi i dzieci z podwórka – wszyscy słyszeli i mówili. Chłopiec nie miał więc z nimi żadnego kontaktu.

Przez ostatnie osiem lat był wśród ludzi, których łączyło coś, czego nie rozumiał. Patrzył na ich usta, otwierające się, zamykające, zmieniające kształty. Podejrzewał, że te ruchy coś znaczą. Coś, co jest jasne dla wszystkich, poza nim. Co pozwala innym wokół mieć jakąś tajemnicę.

Po dwóch latach wujek spakował walizki Wiktora po raz pierwszy i zawiózł go do internatu dla głuchych. Tam chłopiec poznał inne niesłyszące dzieci. Niektóre z nich miały głuchych rodziców i potrafiły migać. Po kilku dniach Maria zorientowała się, że Wiktor zna kilka słów w języku migowym. W tym słowo "mama". Umiał nim zadać pytanie: "Mama?", wyrazić smutek: "Mama…", złość: "Mama!", a nawet tęsknić: "Mama, mama, mama".

Ręce migających mogą szeptać. Poruszają się dyskretnie, niezauważalnie, ruchy są ograniczone. Głusi mówią, że miga się wtedy nisko, by inni nie mogli zobaczyć dłoni.

SPAKOWANY

Po powrocie do domu Maria siłowała się z wyobraźnią. Myślała o ostatnich tygodniach w życiu Wiktora. Skoro nie mógł się z nikim porozumieć i tylko obserwował, co dzieje się dookoła niego, to ile z tego rozumiał?

d3v0kkn

Znów ktoś spakował jego rzeczy. Być może chłopiec myślał, że jak zawsze w niedzielę wieczorem wróci z domu wujka do internatu dla głuchych. Musiał jednak zauważyć, że toreb jest więcej, a z półek zniknęły wszystkie ubrania i zabawki.

Przyjechały po niego dwie obce kobiety. Czy Wiktor się zastanawiał, dokąd go zabierają? I dlaczego podróż trwała tak długo? Nie znał się na zegarku, ale cztery godziny drogi to więcej niż do internatu.

Wysiedli przed domem dziecka. Być może chłopiec próbował odgadnąć, kim są mężczyźni, którzy rozmawiają z kobietami z samochodu. Dlaczego wyjęli jego rzeczy z bagażnika, a kobiety odjechały?

Pierwsza noc. Zasnął? A potem kolejne. Nie potrafił liczyć jak inne dzieci w jego wieku, ale na pewno szybko się zorientował, że w nowym miejscu przespał już więcej nocy niż w internacie. Nie mógł też usłyszeć, jak wujek mówił obcym kobietom: "Wiktor stał się agresywny". Ani jak później wyjaśniał, że już sobie z chłopcem nie radzi.

ADOPTOWANY

Szkolna psycholożka schowała rysunek Wiktora głęboko w szufladzie. A Maria jeszcze głębiej, w pamięci.

– To był jakiś dziwny impuls – mówi. – Podczas grupowej wycieczki w góry sprzedawczyni ze straganu podarowała Wiktorowi drewniany krzyżyk. "Powiesimy go w twoim pokoju" – pomyślałam. Może już wtedy wiedziałam, że adoptuję Wiktora.

Zamyśla się.

– Co się dzieje z dzieckiem, które tyle przeżyło i nie ma słów, by to wszystko nazwać? I które nie ma nikogo, z kim mogłoby o tym porozmawiać?

Mama i dziecko rozmawiają w języku migowym (zdjęcie ilustracyjne)
Mama i dziecko rozmawiają w języku migowym (zdjęcie ilustracyjne)Źródło: Getty Images, fot: Huntstock

Gdy zamieszkali razem, Maria narysowała drzewo genealogiczne Wiktora. Migała każde z imion jego bliskich, literka po literce. On znał wcześniej tylko twarze, nie wiedział, jak mieli na imię jego mama, tata ani babcia.

d3v0kkn

Chodzili po domu, chłopiec wskazywał palcem na sufit, podłogę, okna. Przystawali, Maria migała słowo za słowem, on je powtarzał, uczył się ich po raz pierwszy.

– Często pytał, czy jakiś człowiek jest dobry, czy zły. Mówiłam mu, że to są pytania, na które sami musimy poszukać odpowiedzi – opowiada.

– Mieliśmy parę chomików, Wiktor bardzo je kochał. Pojawiły się małe, więc postanowiliśmy oddać je do sklepu zoologicznego. Staliśmy już ze sprzedawcą, gdy Wiktor nagle złapał mnie za rękę i zaczął migać: "Jeśli pan zobaczy, że po chomika przyszedł zły człowiek, powiedz mu, że nie wolno chomików sprzedawać. Może je oddać tylko dobrym ludziom".

Wiktor nie potrafił nauczyć się języka polskiego od swojej matki, bo jej nie słyszał. Ani migowego, bo nikt z jego bliskich nie migał.

O takich dzieciach mówi się, że są bezjęzyczne.

POLACY, KTÓRZY NIE ZNAJĄ POLSKIEGO

Jedno z pierwszych pytań, jakie zadają słyszący: głusi nie słyszą, ale przecież chyba mogą nauczyć się czytać?

Gdy dowiadują się, że nie – nie wszyscy głusi w Polsce potrafią ze zrozumieniem czytać po polsku – słyszący dziwią się jeszcze bardziej: przecież to Polacy, kończą polskie szkoły, żyją w kraju, w którym wiadomości, pisma urzędowe, diagnozy i wyroki są po polsku. Jak to możliwe, że nie znają polskiego?

Żeby to zrozumieć, trzeba cofnąć się do samego początku. Czyli do momentu narodzin głuchego dziecka.

Małgorzata Talipska urodziła się głucha. Jest jedną z liderek polskiego środowiska głuchych, działaczką społeczną, prezeską Instytutu Spraw Głuchych. Zadałam jej pytanie: jak to możliwe, że głusi mają tak duży problem z nauczeniem się języka polskiego?

Zawahała się. Ma w zanadrzu wyniki badań naukowych, ale przede wszystkim zna doświadczenia głuchych znajomych i ma też własne.

– Jesteś małą dziewczynką. Wokół ciebie są ludzie, którzy poruszają ustami – miga, a tłumaczka przekłada jej słowa na język polski. – Przyglądasz się im. To otwartym szeroko wargom, to znów zamkniętym. Nie wiesz, co te ruchy ust oznaczają, bo nie znasz słowa "język", podobnie jak żadnego innego. Idziesz z mamą na spacer. W parku jest dużo ptaków, przeskakują z gałązki na gałązkę. Rozglądasz się, wyciągasz rękę w ich stronę. Twoja mama zatrzymuje się, kuca przy wózku: "Ptaszki? Podobają ci się ptaszki? Zobacz, jakie ładne mają skrzydełka" – mówi głosem ciepłym i niskim. Nie odpowiadasz, bo na razie nie potrafisz mówić. Twoja mama spotyka w parku sąsiadkę, przystaje z nią na chwilę. Może żartują, może rozmawiają o tobie. Słyszysz słowa, całe zdania, chociaż jeszcze ich nie rozumiesz. Po parku biegają dzieci, bawią się w coś, krzyczą. Wieczorem mama do kogoś dzwoni, jest wyraźnie zdenerwowana. Jej głos jest wyższy niż zwykle, drży. Zaczyna mówić ciszej, pewnie dlatego, żebyś nie usłyszała. Ale ty i tak przeczuwasz, że dzieje się coś złego. Zauważasz inny ton, melodię zdania. W tle gra radio albo jest włączony telewizor, docierają do ciebie kolejne dźwięki. Głuche dziecko jest tego wszystkiego pozbawione.

Osoby głuche nie usłyszą szeptu
Osoby głuche nie usłyszą szeptuŹródło: Getty Images, fot: Photographer: Ocskay Bence

 DECYBELE

d3v0kkn

Głusi nie słyszą.

Oddechu (niedosłuch 5–10 dB).

Kiedy rodzi się im dziecko, przykładają do jego ust rękę albo policzek, sprawdzają, czy oddycha. Niektórzy opowiadają, że głuche matki przywiązywały tasiemki, wstążki, delikatne sznureczki do ich rączek i do własnego nadgarstka. Dzięki temu czuły w nocy, że dziecko się porusza.

Szeptu (15–20 dB).

Szkoła dla głuchych w zachodniej Polsce. Zajęcia logopedyczne. Dziewczynka ma osiem lat. Sześć lat temu przeszła operację wszczepienia implantu ślimakowego. Nadal uczy się mówić.

Logopedka wyjaśnia szeptem: – Magda całkiem ładnie mówi, ale gdyby… – ścisza głos jeszcze bardziej – …gdyby ktoś pracował z nią w domu, efekty byłyby znacznie lepsze.

Odwraca się do dziewczynki, mówi głośniej: – Magda… – i jeszcze głośniej – …w sze-ro-kiej sza-fie wi-szą wie-sza-ki. Gdzie są wieszaki?

– W siafie – odpowiada dziewczynka.

– Sama pani widzi – logopedka znowu szepcze. – Mogłoby być lepiej.

 Rozmowy (45–50 dB).

Takie wspomnienie ma wielu głuchych.

Przy stole spotyka się cała rodzina. Głusi przyglądają się słyszącym. Starają się nadążyć za tym, co widzą. Zwracają uwagę na rzeczy dla innych nieważne: wujek ma wargi schowane pod wąsami, babcia, opowiadając, zakrywa dłonią część twarzy, ciocia odwraca głowę raz w jedną, raz w drugą stronę. Głusi obserwują poruszające się usta. Odgadują, kto komu odpowiada. Spóźniają się na początek zdania, bo orientują się, kto się odezwał, dopiero wtedy, gdy inni patrzą na mówiącego.

Nagle wszyscy zaczynają się śmiać.

– O co chodzi? – pytają głusi.

– Potem, potem – odczytują z ruchu ust dobrze znane słowo.

Niesłyszący mężczyzna: – Wśród głuchych mówi się, że jesteśmy traktowani jak rodzinne psy. Grzecznie siedzimy, nasłuchujemy, choć niewiele rozumiemy. Czasem ktoś zerknie na nas, uśmiechnie się, rzuci coś w naszą stronę.

– Odegrałam się kiedyś na moich słyszących rodzicach – miga głucha kobieta. – W rodzinie tylko ja nie słyszę, a nikt nie nauczył się migać. Zaprosiłam do domu głuchych znajomych, usiedliśmy w moim pokoju. Zostawiliśmy otwarte drzwi. Migaliśmy do siebie. Nagle głośno się roześmialiśmy. Mama zajrzała do nas i zapytała, co się stało. "Potem, potem" – odpowiedziałam jej. I śmialiśmy się dalej.

Głusi rodzice potrzebują pomocy np. przy wizycie u lekarza. A nie wszyscy lekarze mają świadomość, że nie wszyscy głusi umieją czytać z ruchu warg (zdjęcie ilustracyjne)
Głusi rodzice potrzebują pomocy np. przy wizycie u lekarza. A nie wszyscy lekarze mają świadomość, że nie wszyscy głusi umieją czytać z ruchu warg (zdjęcie ilustracyjne)Źródło: Getty Images, fot: Ted Gough

 Krzyku (80–85 dB).

d3v0kkn

Adam ma głuchych rodziców. Najpierw nauczył się migać, a później – dzięki słyszącym dziadkom – mówić. Od małego pomagał rodzicom, tłumaczył ich rozmowy ze słyszącymi.

– "Dzień dobry, mój ojciec jest głuchy, będę tłumaczył wizytę" – mówiłem już w progu gabinetu lekarskiego. "Głusi czytają z ruchu warg, poradzimy sobie" – upierał się niejeden lekarz.

Zwykle próbowałem wyjaśnić, że nie wszyscy głusi to robią. Mój ojciec tego nie potrafi, zwłaszcza gdy mówi ktoś, kogo dopiero co poznał. Rozumie niektóre słowa, ale sens kolejnych zdań zwykle mu umyka. Lekarz nie dał się przekonać, więc wyszedłem i usiadłem za drzwiami. Po chwili usłyszałem, że doktor krzyczy, więc zapukałem, otworzyłem drzwi gabinetu i powiedziałem: "Mój ojciec naprawdę nie słyszy".

Klaksonu samochodu, sygnału ambulansu, muzyki na koncercie (95–100 dB).

Dla człowieka słyszącego granica bólu to 120–130 dB. Hałas powodujący trwałe uszkodzenie słuchu – 150–155 dB.


* * *

Fragmenty książki Anny Goc "Głusza", która ukazała się 26 października nakładem wydawnictwa Dowody na Istnienie. Z autorką można się skontaktować pod adresem: goc@tygodnik.com.pl

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.

Podziel się opinią