Trwa ładowanie...

"Morsowała" w górach. Gdyby nie ratownicy GOPR, skończyłoby się tragedią

Miała na sobie jedynie adidasy, luźne króciutkie spodenki oraz sportowy biustonosz. Próbowała w tym stroju zdobyć Babią Górę. Takich jak ona było potem jeszcze więcej.

Share
Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe to instytucja – legenda, która narodziła się równo siedemdziesiąt lat temuGórskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe to instytucja – legenda, która narodziła się równo siedemdziesiąt lat temuŹródło: East News
d11dy5t

Historia z księgi ratunkowej: W pogoni za modą, czyli morsowanie w górach

Bardzo skąpo ubrana turystka leży w rejonie Gówniaka – usłyszeli przez radio o 12.35 ratownicy dyżurujący na Markowych Szczawinach. Zgłoszenie z CSR Szczyrk brzmiało niezwykle – była sobota 16 stycznia 2021 roku, środek zimy, wyjątkowo śnieżnej i mroźnej jak na standardy ostatnich lat.

Kobieta miała na sobie jedynie adidasy, luźne króciutkie spodenki oraz sportowy biustonosz. Jak się potem okazało, próbowała w tym stroju zdobyć Babią Górę. Celu nie osiągnęła, ale z pewnością na moment stała się najbardziej znaną w kraju reprezentantką mody, która w roku 2021 zaczęła przysparzać ratownikom coraz więcej pracy.

d11dy5t

"Górskie morsowanie" to jedna z ekstremalnych odmian hartowania organizmu. Od kilku lat rośnie liczba morsujących w jeziorach, strumieniach czy morzu. Przybywa też zimą skąpo ubranych biegaczy (czasem nawet bez butów). A w górach statystyki wypadków GOPR zapełniają coraz częściej turyści, którzy w koszulkach z krótkim rękawem, a czasem i bez, oraz w krótkich spodenkach zdobywają górskie szczyty.

Dziewczyna miała o tyle szczęście, że blisko, w rejonie Izdebczysk, dwaj ratownicy robili właśnie tak zwany przekop lawinowy, by po obfitych opadach z ostatnich dni zaktualizować stopień zagrożenia.

Zawiadomieni porzucili badanie pokrywy śnieżnej i ruszyli do poszkodowanej. W tym samym czasie przez przełęcz Brona do zamarzającej próbowało się dostać czterech ratowników szkolących w okolicy psy. Oni ze schroniska na Markowych zabrali pakiety grzewcze, śpiwór termiczny i nosze typu SKED, czyli takie, które pozwalają na bezpieczny transport rannego w różnych warunkach, od jaskini po helikopter. Są lekkie, odporne na uderzenia, zgniatanie i mróz.

Na nogi postawiono też ratowników z Sekcji Babiogórskiej, którzy mieli wyruszyć w stronę poszkodowanej od Przełęczy Krowiarki. O wsparcie, gdyby akcja miała się przedłużać, poproszono ratowników z Grupy Podhalańskiej GOPR.

d11dy5t

Ci od Izdebczysk dotarli na miejsce w niecałą godzinę. Kobieta była w stanie głębokiej hipotermii, bez kontaktu, choć przytomna. Miała widoczne odmrożenia. Dzielni przygodni turyści oddali jej partie własnej odzieży i zaczynali marznąć, czekając na GOPR. Ratownicy założyli dziewczynie kurtkę puchową, gogle oraz rękawiczki.

Wiał wiatr o prędkości ponad 85 kilometrów na godzinę, a odczuwalna temperatura dochodziła do minus 20 stopni. Nie było na co czekać. W śniegu po pas i zadymce rozpoczął się mozolny marsz w dół. Niestety, kobieta szybko przestała współpracować i schodzenie stało się niemożliwe. Ratownicy postanowili czekać na ekipę wsparcia idącą od Krowiarek. Okryli kobietę płachtą biwakową, by maksymalnie osłaniać ją od wiatru.

Po 25 minutach zespoły ratunkowe się spotkały. Nieprzytomną turystkę włożono do śpiwora, ułożono na noszach SKED i ponownie ruszono w dół. To był wyścig z czasem. Stawano tylko po to, by sprawdzić stan kobiety, a ten szybko się pogarszał. Na szczęście w 35 minut udało się zejść do miejsca, z którego Zespół Ratownictwa Medycznego zabrał kobietę na OIOM szpitala w Suchej Beskidzkiej. W karcie pacjenta wpisano zmierzoną w chwili przyjęcia temperaturę ciała – 25,9 stopnia Celsjusza.

d11dy5t

Turystka przeżyła, ale kilkanaście dni spędziła w szpitalu, leczenie odmrożonych kończyn zajęło wiele miesięcy, a powrót do pełnej sprawności ponad rok.

Na tym jednak ratownicy nie zakończyli pracy tego dnia. Podczas transportu "morsującej" mijali kilka grup idących pod górę. Każdej radzili, by zawróciła, bo pogoda stawała się coraz gorsza. Posłuchali nieliczni. Z tych, którzy uznali, że sobie poradzą, kilku już po półgodzinie wzywało pomocy. Na szczęście ratownicy Sekcji Babiogórskiej nie byli konieczni przy transporcie rannej i mogli zająć się sprowadzeniem czteroosobowej grupki miłośników wyzwań na osłoniętą od wiatru Przełęcz Krowiarki, by natychmiast ruszyć po samotnego poszukiwacza przygód, który utknął wyżej, w pobliżu ruin niemieckiego schroniska Beskidenverein.

Kilka innych grupek wróciło na własnych, choć już ostatnich nogach. Pomoc dyżurnych ratowników ograniczała się do porad, co zrobić, by w cieple schroniska dojść do siebie.

Po godzinie siedemnastej nadeszło wezwanie z jednego z przysiółków w Zawoi. Mieszkanka prawdopodobnie doznała udaru, ale karetka nie miała szans dojechać przez zaspy. Znów ruszyli ratownicy. Potwierdzili podejrzenie udaru, zbadali parametry życiowe, podali tlen i przetransportowali kobietę w noszach do miejsca, gdzie dojechała karetka.

d11dy5t

Pogoda weryfikuje rozsądek i przygotowanie turystów. Góry, które w słońcu, bez wiatru i mrozu wydają się łatwe i przyjazne, mogą się stać polem walki, czasami nawet o życie. Doświadczeni ratownicy wiedzą, że gwałtowna zmiana warunków atmosferycznych z najspokojniejszego dyżuru uczynić może taki, który będzie się wspominało latami. W takie dni rzadko kiedy pierwsze wezwanie o pomoc jest jedynym.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

"Niesienie pomocy to wielka przyjemność". Dyżurowaliśmy z ratownikami GOPR w Krynicy-Zdrój

Zmienia się ratownictwo, bo zmienia się charakter turystyki, trendy oraz ich nasilenie. Rośnie grupa turystów dobrze wyposażonych i przygotowanych, przybywa poszukiwaczy przygód i miłośników adrenaliny. Niestety, nadal jest wielu bezmyślnych ludzi, którzy bez przygotowania i wiedzy ruszają na nieznane im trasy.

d11dy5t

Bez wymienionych wyżej udogodnień ratownictwo nie miałoby szans odpowiedzieć na wyzwania, jakie w XXI wieku stawiają turyści, a czasem ich beztroska.

Na Babiej Górze – nie bez przyczyny zwanej Matką Niepogód lub Kapryśnicą – zawsze wieje. A zimy bywają srogie.

– Lubię te partie Beskidów, które nie mają lasów – opowiada Jacek Jawień. – Babia to niebezpieczny szczyt dla tych, którzy go zlekceważą. Kiedyś jeździłem co roku do Nepalu wspinać się czy robić trekking i zawsze chętnie wracałem w Beskidy. Tu wcale nie było łatwiej, poza wysokością oczywiście.

Kilka lat temu w skrajnie trudnych zimowych warunkach sprowadzaliśmy blisko trzydziestkę turystów, którzy chcieli przenocować na Babiej i przeliczyli się z siłami. W lutym 2019 roku ratowaliśmy życie biegaczowi, który zaginął w rejonie Pilska. Pobiegł, choć kompletnie nie znał terenu. Gdy go odnaleziono, miał objawy czwartego stopnia hipotermii. Otarł się o śmierć – Jawień wylicza z pamięci trudne przypadki.

d11dy5t

Stale zmienia się profil osób odwiedzających góry. W latach 50. prócz doświadczonych przedwojennych, a więc już starszych turystów góry zaczęły odwiedzać grupy zorganizowane. Taka specyfika lat komunizmu.

– Zakłady pracy w zamkniętym granicami kraju organizowały wycieczki w góry za symboliczne 5 złotych. Ludzie te góry jakoś poznawali prowadzeni przez doświadczonych przewodników – wyjaśnia Jerzy Siodłak, od wielu lat ratownik, dziś naczelnik GOPR.

"Zorganizowane" nie znaczy "dobrze wyposażone i przygotowane do większego wysiłku". Chodzono łatwiejszymi szlakami, po dolinach, na krótsze dystanse.

Z czasem, ze względną poprawą statusu ekonomicznego przeciętnych Polaków, w góry ruszyli też nieobeznani z górskim środowiskiem, ale zaciekawieni turystyką nowicjusze. Tacy indywidualni turyści szukali przygody głównie w Tatrach, ale też w wielu innych pasmach. Byle wyżej. Chodzenie po górach stało się modne wśród studentów i uczniów.

Odradzające się po wojnie organizacje turystyczne, jak PTTK, miały masę edukacyjnej roboty, a nie zawsze działaczom starczało ochoty, umiejętności i czasu, by zadaną lekcję odrobić.

Od kiedy na przełomie wieków XX i XXI na szlaku obok turystów w klapkach pojawiły się dziesiątki dobrze, czasem ponad potrzeby, wyposażonych turystów, trudno sobie wyobrazić modę lat 50. i 60., ograniczoną skromnymi możliwościami finansowymi i ubogą ofertą sklepów.

Wydawało się, że polska turystyka szybko osiągnie standardy z Alp i Dolomitów, gdzie wyżej zapuszczają się tylko dobrze wyekwipowani i doświadczeni wspinacze, a pozostali, jeśli idą w góry, to w towarzystwie przewodnika.

Niestety, nim zdobyliśmy wystarczające doświadczenie, zaatakowaliśmy alpejskie lodowce, często bez lin i raków, za to z odwagą na granicy szaleństwa. Chodząc z przewodnikami po Alpach, autorzy tej książki widywali beztroskie, źle wyekwipowane grupy, które często okazywały się złożone z rodaków.

Doszło do tego, że szef ratownictwa w szwajcarskim kantonie Valais (Wallis) Bruno Jelk poprosił Barbarę Romer-Kukulską, dziennikarkę i pisarkę od lat mieszkającą w Szwajcarii, o pomoc w dotarciu do mediów w Polsce. Tą drogą apel Jelka trafił do "Gazety Wyborczej". Wywiad z ratownikiem i teksty o niefrasobliwości turystów z Polski publikował też na, dziś już wygaszonych, internetowych stronach miesięcznik "W Górach".

Książka "GOPR. Na każde wezwanie" dostępna od 7 września 2022 r.

Wojciech Fusek, Jerzy Porębski Materiały prasowe
Wojciech Fusek, Jerzy PorębskiŹródło: Materiały prasowe
Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
d11dy5t
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d11dy5t