Trwa ładowanie...

Miłość i śmierć w wielkim mieście. Tylko u nas przeczytaj fragment książki ”Hotel Varsovie” Sylwii Zientek

”Hotel Varsovie” to awanturnicza saga miejska, ciągnąca się przez 400 lat historia rodu warszawskich hotelarzy. Pełna emocji - miłości, tajemnic i dramatów. Opowiadająca losy hotelu przy ulicy Długiej i rodzin z nim związanych od czasów zamierzchłych, aż do dziś, kiedy to w stolicy wybucha słynna afera gruntowa. A do Warszawy przyjeżdża Dana Zmijewski, by z pomocą prawnika odzyskać rodzinną kamienicę.

Share
Miłość i śmierć w wielkim mieście. Tylko u nas przeczytaj fragment książki ”Hotel Varsovie” Sylwii Zientek
Źródło:
d2pbzri

”Hotel Varsovie” to awanturnicza saga miejska, ciągnąca się przez 400 lat historia rodu warszawskich hotelarzy. Pełna emocji - miłości, tajemnic i dramatów. Opowiadająca losy hotelu przy ulicy Długiej i rodzin z nim związanych od czasów zamierzchłych, aż do dziś, kiedy to w stolicy wybucha słynna afera gruntowa. A do Warszawy przyjeżdża Dana Zmijewski, by z pomocą prawnika odzyskać rodzinną kamienicę.

”Dziesiątego kwietnia 1870 roku właściciel jednego z najznamienitszych warszawskich hoteli – hotelu Varsovie – Jeremi Żmijewski strzelił sobie w skroń w domku myśliwskim w Puszczy Kampinoskiej, w chwili gdy jego dwudziestoletnia córka Eleonora, rozkosznie polegując w łóżku w warszawskim mieszkaniu przy ulicy Długiej, zaczęła jeść jajko na miękko” - zaczyna się smakowicie i z wysokiego ”C”. Ten przepis na fabułę podał mistrz kina, sam Alfred Hitchcock. Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem napięcie ma już tylko nieprzerwanie rosnąć. Sylwia Zientek zaczyna od mocnej sceny, a potem nie spuszcza z tonu.

”Niezależnie od tego, czy opowiada o wieku XVII czy o czasach bardziej współczesnych, przykuwa naszą uwagę i sprawia, że przestajemy zauważać, że śledzimy losy bohaterów sprzed stuleci. Ich emocje są tak żywe jak nasze: miłości i miłostki, fochy i samobójstwa. ”Hotel Varsovie” wciągnie nie tylko miłośników Warszawy wyłapujących miejskie smaczki, ale wszystkich tych, którzy lubią mięsiste historie. Przepadniecie w lekturze, gwarantuję!” - tyle o książce Sylwia Chutnik.

”Jakie tajemnice mogli zabrać do grobu twoi przodkowie? Po lekturze ”Hotelu Varsovie” już nic nie będzie takie samo, ani miasto, ani historia rodziny” - nęci Grzegorz Kalinowski, autor sensacyjnych powieści historycznych z cyklu „Śmierć frajerom”. To dobra rekomendacja.

d2pbzri

Panorama Warszawy 1656 rok.

(img|742414|center)

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Wydawnictwo W.A.B. publikujemy fragment ”Hotelu Varsovie” z pierwszego tomu: "Klątwa lutnisty”.
Cylindry i ogony

czerwiec – wrzesień 1875

W ciepłe czerwcowe popołudnie, przed wyjściem na przechadzkę, Karol przejrzał się jeszcze w wysokim, bogato zdobionym lustrze, które wisiało w przedsionku hotelowego apartamentu. Jego wygląd korespondował z działalnością, jaką rzekomo prowadził – a przynajmniej z informacją znajdującą się na bilecie wizytowym, który wyrobił sobie przed kilkunastoma dniami – „Carlo Amalfi, impresario”. Pomyślał, że nabyte w Rzymie ubranie było eleganckie nawet jak na standardy Wiecznego Miasta, tym bardziej więc powinno się podobać w tej dziurze. A dzięki kamizelce z jedwabnej materii w fioletowe wzory, również nieco ekscentryczne. W końcu miał zajmować się gwiazdami sceny!

d2pbzri

Przygładził przystrzyżone przez hotelowego golibrodę wąsy i niewielką bródkę, okalające pełne usta. Poprawił tasiemkę − motylka z jedwabiu w kolorze starego złota, zawiązaną
wokół śnieżnobiałego kołnierzyka. Wyłupiaste oczy, a zwłaszcza ogromne zakola, które wydawały mu się niesprawiedliwością losu w przypadku trzydziestodwuletniego mężczyzny, nie dodawały mu urody. Monokl i cylinder zamaskowały te defekty i dopełniły wizerunku. Karol założył rękawiczki i sięgnął po parasol z rączką inkrustowaną drobnymi turkusami – ukradziony pewnemu śpiącemu jegomościowi dwa dni temu, gdy w Wiedniu opuszczał wagon pociągu.

Zanim zamknął za sobą drzwi apartamentu, upewnił się, że nie zostawił żadnych przedmiotów mogących ujawnić jego prawdziwą tożsamość. Omiótł jeszcze wzrokiem przestrzeń eklektycznego saloniku, w którym jasne meble wyraźnie kontrastowały z karmazynową tapetą w kwiatowy, błyszczący wzór. Pasiaste, ciężkie zasłony i dużych rozmiarów rozłożysta palma w orientalnej donicy oraz wiszące nad wezgłowiem wielkiego łóżka płótno przedstawiające widok na Łazienki dopełniały dziwacznego wystroju pomieszczenia. No cóż. Komuś, kto urządzał ten hotel, wyraźnie brakowało smaku!

Karol wynajął jeden z większych numerów w hotelu Varsovie, chcąc wypaść wiarygodnie w ramach swojej misji, z jaką przybył do nieodwiedzanej od przeszło piętnastu lat
Warszawy.

Właśnie w chwili, gdy ubrany w przesadnie kolorową liberię odźwierny zamierzał otworzyć przed Karolem drzwi, w holu rozległ się wesoły, choć pełen respektu męski głos:

d2pbzri

− Uszanowanie wielmożnemu panu!

Słowa te wypowiedział wysoki, bardzo szczupły jegomość o włosach w kolorze słomy, cudacznie obciętych w taki sposób, że przypominały miskę osadzoną na głowie. Rozbiegane, wesołe, ale zarazem ciekawskie oczka błyskawicznie zlustrowały hotelowego gościa od stóp do głów.

− Parlez-vous français? Pan pozwoli, że się przedstawię. Tyszka, dyrektor hotelu, do usług szanownego pana! − uprzejmym, wręcz przymilnym tonem odezwał się mężczyzna, po czym skłonił przed Karolem.

Ten zrewanżował się, wypowiadając swoje nazwisko.

d2pbzri

− Wspaniale, zna pan polską mowę! – Tyszka wydawał się zaskoczony. – Familia, zdaje się, włoska, prawda? Czy szanowny pan przypadkiem pochodzi z Polski? Pardon! Z ziem
dawniej należących do Rzeczypospolitej?

− Poniekąd, proszę szanownego pana. Przepraszam, spieszę się. – Karol dosyć niegrzecznie uciął rozmowę, nie chcąc wdawać się w bliższe relacje z nieznajomym.
Skinął głową i energicznie odwrócił się w stronę drzwi, niemal zderzając się z ubraną z niebywałym przepychem damą w wieku balzakowskim, z widocznymi wciąż na twarzy
śladami wielkiej urody.

− Najmocniej przepraszam. – Skłonił się kobiecie i czym prędzej opuścił budynek hotelu. Dorożka pierwszej klasy, która najwyraźniej przywiozła tu damę, stała wciąż przed wejściem. Przy skromnych zasobach gotówki, jakie miał ze sobą, Karol stwierdził, że lepiej będzie, gdy przejdzie się na własnych nogach do Ogrodu Saskiego, w którym zamierzał poczynić pewne ważne obserwacje.

Dama, którą niemal potrącił jegomość przedstawiający się jako Carlo Amalfi, obrzuciła jego oddalającą się postać spojrzeniem wyrażającym wściekłość.

d2pbzri

− Panie Tyszka, zapraszam do gabinetu. Musimy natychmiast porozmawiać! – Pani Regina Żmijewska zwinnie dokonała obrotu w zajmującej ogromną powierzchnię podłogi
hallu sukni i na tyle szybko, na ile pozwalała jej obłożona kilkoma warstwami drapowanego materiału szeroka turniura, skierowała się do pomieszczenia oznaczonego tabliczką „Privé”.

Zobacz jak wygląda Warszawa bez charakterystycznej Rotundy.
(video|https://wp.tv/i,tak-wyglada-warszawa-bez-rotundy,mid,2002858,cid,4051,klip.html?_ticrsn=3&ticaid=619676|620|400)

Nie bez trudu zasiadła za mahoniowym biurkiem, które należało do Tyszki, i wskazując krzesło, powiedziała „proszę”, zupełnie jakby zwracała się do uciążliwego petenta. Mężczyzna skłonił się, maskując zbyt szerokim uśmiechem niepokój, jaki wywoływało w nim hasło „sprawy do załatwienia”. Pojawiało się ono bowiem zawsze wtedy, gdy jego chlebodawczyni miała dla niego jakiś nowy rozkaz.

Regina z trudem łapała oddech. Zażądała lodowatej wody, po którą Tyszka posłał służącego. Upał panujący na zewnątrz sprawiał, że kobieta widziała mroczki przed oczami. Uderzenia gorąca przytrafiały się jej ostatnio coraz częściej, i to nie tylko w gorące dni. „Trzeba się przyzwyczajać, przecież w Italii będzie o wiele cieplej niż tutaj!” − pomyślała i szybko przeszła do rzeczy.

d2pbzri

− Panie Tyszka, ledwo uciekłam przed dziennikarzem…− wysapała.

− Och, znowu? Przecież ledwo tydzień temu pan z „Kuriera”… Już nawet nie wiem którego, tyle tej prasy się teraz namnożyło… − Zachichotał nerwowo.

− Tak, znowu. To się nigdy nie skończy i będzie jeszcze gorzej, o ile mój szanowny mąż w końcu się nie zjawi. Chociaż po pięciu latach nieobecności to mało prawdopodobne… – Regina westchnęła i wychyliła duszkiem szklankę wody.

– Miała być lodowata! Alojzy, jesteś gamoń! – zwróciła się ze złością w stronę starego sługi, który niedosłyszał i z przerażeniem wpatrywał się w jaśnie panią, przygotowując
się do przyjęcia werbalnego ciosu.

− Szanowna pani wybaczy – wyjąkał.

− No co tak stoi? Niech idzie po wodę z lodem! Panie, czemu tak mnie doświadczasz koniecznością obcowania z osłami!

– Regina wzniosła oczy ku górze. – Panie Tyszka, wyobraź pan sobie, że ten dziennikarz nachodził mnie tu już wcześniej, odprawiłam go z kwitkiem, ale on nie odpuścił. Dzisiaj śmiał mnie zaczepić w Ogrodzie Saskim! Spacerowałam jak zwykle z rana, aby posłuchać granej przez orkiestrę muzyki, aż tu nagle napadł mnie ten człowiek! Tak! To niewyobrażalne! Spacerowałam potem aleją Owocową w towarzystwie poczciwej Sierakowskiej, gdy ten młodzieniec śmiał podejść do mnie! Przedstawił się w taki sposób, że nawet nie zapamiętałam jego nazwiska, po czym przystąpił do ataku. Zapytał nawet, czy rodzina przyjmuje hipotezę śmierci Jeremiego Żmijewskiego?

− Co za tupet! Zaczepić damę zażywającą spaceru w miejscu tak przyjemnym i wyrafinowanym jak Ogród Saski! – Tyszka starał się ze wszystkich sił okazać emocjonalne poparcie dla wzburzenia chlebodawczyni.

− Ci młodzi ludzie dzisiaj są po prostu bezczelni! Wypytywał, czy w ciągu pięciu lat, jakie minęły od czasu, kiedy ostatni raz widziano pana Żmijewskiego w Warszawie, mąż
komunikował się z rodziną. Skąd wiemy, że pojechał na Daleki Wschód, czy wynajęliśmy detektywa, który wyjaśniłby to tajemnicze zniknięcie… Pytania, pytania, zadawał dziesiątki pytań! A jaki był natarczywy! Och, wyobraź pan sobie, jak bardzo się zdenerwowałam. Musiałam zagrozić wezwaniem strażnika, aby ten człowiek dał mi spokój. O mało nie doszło do skandalu! Teraz będę się bała wyjść na ulicę, pokazać w opłaconej loży w teatrze, bo a nuż znowu jakiś pismak będzie się domagał komentarzy…

− Pani Regina teatralnym gestem przysłoniła oczy dłonią.

− Dzisiaj każdy jest dziennikarz, byle umiał pisać, już do gazety się pcha! Węszą, szukają sensacji, nie dadzą spokoju! – wykrzykiwał z egzaltacją Tyszka.

− Dobrze już, dobrze, panie Tyszka. Chodzi mi o to, że pewnie ten dziennikarz będzie się starał dotrzeć do pana, co gorsza, może zaczepiać nawet służbę. Proszę przestrzec ludzi, że każda informacja, jaka stąd się wydostanie na temat naszej rodziny, będzie skutkowała wydaleniem z posady! Proszę wszystkim to wyraźnie przekazać. Jesteś, pan, za to odpowiedzialny!!! Ja zaś muszę odpocząć od tego nękania. Postanowiłam wyjechać na jakiś czas do Florencji. Zabieram panią Sierakowską i dwie służące, Helę i Justynę. Myślę, że jeśli ograniczę swoje potrzeby, tak skromna pomoc będzie wystarczająca. No i córeczkę jeszcze zabieram najmłodszą, Walerkę rzecz jasna.

− Ale, ale… Kto będzie tutaj o wszystkim decydował? – wydukał Tyszka.

− Pan! Przecież jest pan dyrektorem!

− Tak, oczywiście, wszystko dzięki dobroci szanownej pani… Ale…

− Żadnych „ale”. Gdyby się coś działo, w Warszawie jest panicz Konstanty. Do niego udasz się, pan, ze wszystkimi problemami. On wesprze pana radą i mądrym słowem, już
z nim zresztą to ustaliłam. No i nasz mecenas, Ignacy Darski. On się zajmie problemami, o ile się pojawią. Choć liczę na to, że sobie pan poradzi!

− A panienka Eleonora? – Tyszka był wyraźnie przerażony perspektywą samodzielnego kierowania hotelem, który nieustannie szturmowali wierzyciele Żmijewskiego albo dziennikarze liczący na jakiś trop, który pomoże rozwikłać zagadkę dziwnego zniknięcia właściciela hotelu, który pięć lat temu przepadł bez śladu i nikt nie wiedział dlaczego.

− Eleonora, jak wiadomo, jest już całkiem dorosła, drogi panie. Panienka kończy zaraz dwadzieścia pięć lat… Ja w jej wieku byłam stateczną matroną. – Regina zaśmiała się cierpko. − Ciotka Luiza sprowadzi się do mieszkania na okres mojej nieobecności, aby zapewnić mojej córce opiekę i towarzystwo. Wie pan, co mówić dziennikarzom? To, co
ustaliliśmy: mąż wyjechał, nie mamy z nim kontaktu, prawdopodobnie zwiedza dzikie raje, poluje na tygrysy, szuka kości słoniowej, sam wie pan najlepiej. O żadnych długach
nic pan nie wie, hotel cieszy się wielką estymą wśród naszych gości i świetnie prosperuje. Tak? Zapisał pan moje słowa? Coś jeszcze mam wyjaśnić? Jeśli nie, to idę się położyć. Ten upał potwornie mnie zmęczył.

To powiedziawszy, pani Regina uniosła zwoje materiału w fiołkowym kolorze i ruszyła ku wyjściu. Suknia z ciężkiej materii zdawała się potwornym, krępującym ruchy kaftanem
bezpieczeństwa, z jakiego nie sposób było się oswobodzić. Na planowany od miesięcy wyjazd do Włoch przygotowane miała już nowe, letnie suknie w żywszych barwach, które
oświetlone złotym słońcem będą się pięknie prezentowały na tle renesansowych zabytków i pofalowanych wzgórz otaczających Florencję.

Pani Żmijewska zamierzała teraz odpocząć. Za dwie godziny zamówiła do mieszkania gotową kąpiel z łaźni rzymskiej Fajansa. Przyjadą do niej z wanną i będzie mogła bez ruszania się z domu trochę się odświeżyć. Wieczorem zaś czekał ją premierowy spektakl na pożegnanie sezonu w Teatrze Letnim – Młoda wdowa Korzeniowskiego z Heleną Modrzejewską w roli głównej. Po latach wypełnionych odgrywaniem roli matrony, po załamaniu, jakie przeszła w związku z ujawnieniem pewnych faktów z życia męża, wreszcie po tyfusie przebytym w trakcie ostatniej epidemii przez najmłodszą córkę (co niemal skończyło się zgonem dziecięcia) teraz dodatkowo spotkał ją decydujący cios.

Ale przecież nikomu nie mogła zdradzić faktu, że otrzymuje listy z pogróżkami, a jej reputacja jest wystawiona na poważną próbę. Wszystkim dookoła opowiadała, iż nareszcie rysują się przed nią perspektywy zaznania czegoś wspaniałego, podczas gdy w rzeczywistości nie miała wyjścia – musiała jak najszybciej opuścić Warszawę!

Nie miała już dłużej siły grać komedii przed światem, martwić się namiętnością syna do sztuki, brakiem odpowiednich kandydatów do ręki córki, długami i perspektywą bankructwa. Zabierała więc ze sobą dwie szkatuły drogocennej, w niektórych przypadkach dwustuletniej biżuterii, ruble uzyskane bez wiedzy dzieci ze sprzedaży pakietu akcji banku, a także pieniądze otrzymane za cztery stare obrazy, które Jeremi
odziedziczył po swoich rodzicach. Malował je podobno siedemnastowieczny przodek rodziny. Były oczkiem w głowie jej męża, ale teraz nie miało to już żadnego znaczenia.

Regina nigdy nie lubiła tych płócien, z których jedno było ponurym pejzażem przedstawiającym Wisłę z licznymi statkami, łódkami i promami, jedno było portretem nieznanej damy, zaś dwa pozostałe − martwymi naturami o dziwnej kompozycji. Więdnące tulipany w wazonie, świeże, wilgotne mięso, muszle, perły, instrumenty muzyczne, świeże owoce, okruchy pieczywa i lichtarz z wypaloną świecą – na tych
ciemnych, posępnych obrazach nie brakowało niczego! Pani Żmijewska pozbyła się ich z wielką przyjemnością, zaskoczona wysoką ceną, jaką za nie uzyskała.

Jak sądziła, zgromadzony zapas gotówki i biżuteria powinny jej wystarczyć na co najmniej rok życia we Florencji, nawet przy założeniu, że będzie utrzymywać tam kilka osób jej towarzyszących i samodzielnie pokrywać wszelkie koszty.

Zdecydowała, że po prostu ucieknie od tego wszystkiego i zacznie wreszcie żyć.

Sylwia Zientek, ”Hotel Varsovie. Klątwa lutnisty”, seria ”Hotel Varsovie” tom 1, Wydawnictwo W.A.B.

(img|742415|center)

Sylwia Zientek - autorka powieści obyczajowych i historycznych. Absolwentka Wydziału Prawa na UW i Centrum Studiów Latynoamerykańskich. Debiutowała w 2012 roku powieścią ”Złudzenia, nerwice i sonaty”. Inne jej książki to ”Próżna”, ”Miraże”, ”Podróż w stronę czerwieni” i ”Kolonia Marusia”. Prowadzi blog Fantasmagoria (zientek.blog.pl), na którym zamieszcza szkice biograficzne o artystach. Pasjonatka malarstwa i muzyki.

d2pbzri

Podziel się opinią

Share

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d2pbzri
d2pbzri