Trwa ładowanie...
26-07-2017 09:31

Marzyła, by Polskę wchłonęła wielka Rosja

W rocznicę sowieckiej inwazji na Polskę, 17 września 1940 roku, Wanda Wasilewska wygłosiła płomienne przemówienie o epokowym znaczeniu tego wydarzenia i wielkim szczęściu, jakie ludziom przyniosła Armia Czerwona. Należała do Centralnego Biura Komunistów Polskich, tajnej struktury mającej na celu przejęcie władzy w Polsce. Była postacią bardzo wygodną dla stalinowskiego reżimu. Polska pisarka mieszkająca na Ukrainie, zarazem radziecka deputowana i dyplomatka jeżdżąca po konferencjach pokojowych, świetnie pasowała do narracji o polsko-radzieckiej przyjaźni. Choć nie powstała siedemnasta republika jej marzeń, Wasilewska cel swój osiągnęła.

Share
Marzyła, by Polskę wchłonęła wielka RosjaŹródło:
dqvxh7o

W rocznicę sowieckiej inwazji na Polskę, 17 września 1940 roku, Wanda Wasilewska wygłosiła płomienne przemówienie o epokowym znaczeniu tego wydarzenia i wielkim szczęściu, jakie ludziom przyniosła Armia Czerwona. Należała do Centralnego Biura Komunistów Polskich, tajnej struktury mającej na celu przejęcie władzy w Polsce. Była postacią bardzo wygodną dla stalinowskiego reżimu. Polska pisarka mieszkająca na Ukrainie, zarazem radziecka deputowana i dyplomatka jeżdżąca po konferencjach pokojowych, świetnie pasowała do narracji o polsko-radzieckiej przyjaźni. Choć nie powstała siedemnasta republika jej marzeń, Wasilewska cel swój osiągnęła.

Tylko u nas przeczytasz przedpremierowo fragment książki Joanny Puchalskiej ”Bo to złe kobiety były. Intrygntki i diablice”, wydwanictwa Fronda. Rozdział o Wandzie Wasilewskiej. (Premiera książki 14 sierpnia)

Madame Wasilewska idzie na wojnę

W wyniku pierwszej wojny światowej, obalenia caratu przez rewolucję powstało państwo polskie, przez sto dwadzieścia z górą lat pozbawione samoistnego bytu. I od razu obnażyło swe klasowe oblicze. Było państwem kapitalistycznym, zależnym w dodatku od obcych kapitałów, z wszystkimi wypływającymi stąd następstwami. (…) I dlatego mając trzynaście, czternaście lat, chodziłam na robotnicze zgromadzenia i demonstracje i od pierwszego roku uniwersytetu byłam członkiem młodzieżowej organizacji socjalistycznej.
Wanda Wasilewska, ”Podróż po życiu i książkach”.

Młodość. Jeszcze tradycyjna socjalistka.

dqvxh7o

(img|746646|center)

Był to dzień przysięgi w Sielcach. Po defiladzie żołnierze rozeszli się do jednostek na specjalny obiad, a dowództwo zasiadło do biesiady, po której podano kawę wydobytą przez Wasilewską gdzieś spod ziemi. Goście zagraniczni wznosili toasty, Wanda na nie odpowiadała. Wszystko szło dobrze, dopóki podchmieliwszy sobie, nie wdała się w zbyt swobodną, a przez to ryzykowną dla obu stron rozmowę z francuskim attaché wojskowym. Jako pierwszy próbował dyskretnie interweniować Wiktor Grosz. Chciał ją wyprowadzić, ale tyle wskórał, że go zwymyślała. Następnie do akcji wkroczył przedstawiciel NKWD przy dowództwie armii polskiej Gieorgij Siergieiejewicz Żukow. Podszedł, pochylił się i coś cicho jej powiedział. Bardzo grzecznie, wręcz prosząco. Wywołał tym wybuch wściekłości.

–Paszoł won, ty… – wysyczała zza zaciśniętych zębów.
Żukow odskoczył jak oparzony, mrucząc przekleństwo pod nosem. A ona gwałtownie wstała, przeprosiła obecnych i wyszła. Na wszelki wypadek Grosz i Sokorski poszli za nią, ich śladem podążyła żona Berlinga. Jakoś długo nie wracali i goście zaczęli się rozchodzić. Pułkownik Berling zbierał się właśnie, żeby pójść do siebie, gdy wszedł oficer przysłany przez Sokorskiego z prośbą o pomoc, bo z Wasilewską są kłopoty. (...)

Okazało się, że Wanda dostała ataku histerii, nie chce nikogo słuchać, nie chce z nikim rozmawiać, tylko zalewa się łzami. Widzą to przedstawienie przechodzący drogą żołnierze, co nie jest wychowawcze. Koniecznie trzeba ją jakoś uspokoić, zmusić, żeby poszła do siebie i położyła się spać. Po przybyciu na miejsce Berling ujrzał leżącą na ziemi Wandę zanoszącą się histerycznym łkaniem. Obok z jednej strony klęczał Grosz, z drugiej jej najlepsza przyjaciółka Janina Broniewska i bezskutecznie starali się ją uspokoić. Kilku oficerów oświatowych próbowało zasłonić sobą gorszącą scenę.
Berling pochylił się i ściszonym głosem, ale umyślnie surowo powiedział z naciskiem:

dqvxh7o

–Nie róbcie skandalu, wracajcie na kwaterę.
Podniosła głowę, oczy miała kompletnie puste, jak nie swoje, a na policzkach i szyi czerwone plamy.
Idźcie stąd natychmiast, pułkowniku! Ja nie chcę, żebyście mnie tu oglądali! – Prawie krzyczała.
Wando, wstańcie! – rzekł naprawdę ostro. Tym razem podziałało.
Dobrze, wstanę i pójdę, gdzie zechcecie, tylko najpierw stąd odejdźcie. – Zwróciła się teraz do Sokorskiego. – Idźcie stąd! Ja was błagam!
Słowo?
Słowo! – kiwnęła głową, jak dziecko rozmazując łzy na policzkach.

Berling z Sokorskim odeszli, oglądając się kontrolnie za siebie. Wasilewska niepewnie dźwignęła się z ziemi i razem z Broniewską i Groszem poszła w stronę domku, w którym obie z Jaśką zajmowały pokój na górze. Gdy dotarli do tarasu przed wejściem, zaczął się drugi akt tego żałosnego spektaklu. Wasilewska usiadła na skraju tarasu ze spuszczonymi nogami. Za nic nie chciała wejść do środka. Oparła głowę o słup przytrzymujący balkon i znowu polały się rzęsiste łzy.

– Puśćcie mnie stąd! Nie chcę tu być! Nie chcę żadnej dywizji! Ja chcę do domu, do Mariana! Chcę rodzić dzieci, chcę gotować zupę, prać, robić schabowe kotlety!

(...) Wando, Minc podgląda cię zza rogu domu i nasłuchuje.
Niech słyszy! Niech tylko spróbuje otworzyć pysk, to jutro go rozwalimy, sukinsyna!
Tu znowu wkroczył do akcji Berling.
Wando, idźcie spać – padł rozkaz. Niespodziewanie ustąpiła.
Pójdę – zgodziła się. – Ale wy, pułkowniku, odejdźcie stąd!
I znów słowa dotrzymała. Gdy Berling po raz drugi się oddalił, Wanda dała się Broniewskiej zaprowadzić na górę. Rano obie wyjechały.
Gdy rozgrywała się ta opisana we wspomnieniach obojga generałostwa Berlingów scena, Marian Bogatko, drugi mąż Wandy Wasilewskiej, nie żył od trzech lat.

dqvxh7o

Sowieckiemu okupantowi nie wystarczało zniewolenie podbitego społeczeństwa siłą; poza wszystkim było to kosztowne i niebezpieczne – mogło wywołać desperację i bunt. Potrzebni byli zatem ideologowie – najlepiej polscy, najlepiej o dużym autorytecie moralnym, którzy do siły terroru dodawaliby siłę talentu, ideologowie przekonywający podbitych, że Polska to tylko przeszłość, co więcej, okrutna przeszłość. Jednym słowem potrzebni byli zdrajcy.
Bohdan Urbankowski, ”Czerwona msza, czyli uśmiech Stalina”.

Mało kto z Polaków związanych z ruchem komunistycznym zrobił taką polityczną karierę, nie podpadając po drodze pod czystki, jakich Stalin swoim nie szczędził. Miał do niej jakąś dziwną słabość, bo krążyły nawet plotki – raczej nieuzasadnione – o ich romansie. Najbardziej logicznym wytłumaczeniem tej wyjątkowej łaskawości jest fakt, że Wanda Wasilewska była Josifowi Wissarianowiczowi potrzebna z powodów polityczno-propagandowych.

Druga córka państwa Leona i Wandy Marii Wasilewskich urodziła się w styczniu 1905 roku w Krakowie. Rodzice, pepeesowcy, zaangażowani byli w Legiony, związani z Piłsudskim, krytyczni zarówno wobec carskiej Rosji, jak i Związku Radzieckiego. Ojcem chrzestnym Wandy został Andrzej Strug, a nie Marszałek, jak chciała późniejsza legenda. Po odzyskaniu niepodległości Leon Wasilewski został ministrem spraw zagranicznych w pierwszym rządzie Jędrzeja Moraczewskiego i w 1921 roku brał udział w rokowaniach pokojowych w Rydze, gdzie stał na stanowisku, że Mińsk powinien być włączony do Polski. Zwolennik koncepcji federacji z Litwą i Białorusią oraz sojuszu z wolną Ukrainą, był przeciwnikiem polonizowania na siłę Białorusinów i Ukraińców. Należał do ruchu prometejskiego, który optymalne rozwiązanie problemu coraz bardziej groźnego dla Europy bolszewizmu widział w podziale Związku Radzieckiego na niepodległe państwa. Po przewrocie majowym jego drogi z Piłsudskim się rozeszły, jednak zawsze miał dla Marszałka podziw i
uznanie.

Córka początkowo kontynuowała rodzinne tradycje i związała się z PPS. Podobnie jak jej partia, nie miała wtedy z komunizmem nic wspólnego, a Związek Radziecki był dla niej wrogiem. Później podryfowała mocno w lewą stronę i w rezultacie coraz bardziej rozmijała się w poglądach z ojcem, a już zwłaszcza jeśli chodzi o stosunek do ZSRR. Zawsze jednak miała dla rodziciela miłość i szacunek, listy doń podpisywała zdrobniale: Dziuńka. Zawarli cichy układ, że nie będą rozmawiać na tematy polityczne; świadomi, że tylko w ten sposób da się uniknąć poważnego rozdźwięku. (...) Choć politycznie oddalili się od siebie, jak sama przyznaje w cytowanym fragmencie, w razie potrzeby korzystała z jego koneksji. Czuwał nad nią z daleka jak kokosz nad pisklęciem i zawsze mogła liczyć na pomoc z jego strony.

dqvxh7o

W latach dwudziestych ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim i zrobiła tam doktorat. Poznała wtedy Romana Szymańskiego, pochodzącego z wielodzietnej robotniczej rodziny, który studiował matematykę. Pobrali się i mieli córkę Ewę. Było to udane małżeństwo, połączone dodatkowo wspólną działalnością w środowiskach robotniczych.

Po studiach pracowała jako nauczycielka, najpierw w przyklasztornej szkole w Staniątkach. Wypowiedzenie dostała ze względu na mało pokorny charakter oraz poglądy coraz bliższe ideom Komunistycznej Partii Polski, która najchętniej włączyłaby Polskę do Kraju Rad i której członków – całkiem słusznie! – uważano za sowieckich agentów. Następnie zatrudniła się w gimnazjum męskim w Krakowie, skąd też wkrótce musiała odejść ze względu na – nazwijmy to – zbyt wiecowe interpretowanie literatury polskiej. Przez dwa lata pracowała w seminarium nauczycielskim i tu również skończyło się wymówieniem, w dodatku z wilczym biletem. Została bez pracy i z małym dzieckiem, a w 1931 roku mąż umarł na tyfus.

Cały czas angażowała się w społeczne akcje. Między innymi działała w Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom, nazywanej w Polsce Czerwoną Pomocą, co automatycznie oznaczało bliskie kontakty ze kręgami komunistycznymi. Instytucja ta nie tylko pomagała więźniom, ale też uprawiała prosowiecką propagandę i wspierała działalność bojówkarską. Należeli do niej zarówno ideowcy o lewicowych sympatiach, a więc Andrzej Strug czy Stefania Sempołowska, jak i zadeklarowani komuniści: Małgorzata Fornalska, Juliusz Burgin, Stefan Królikowski, Julia Bristigierowa. Wiele osób ze środowiska Czerwonej Pomocy oraz silnie lewicującego Związku Nauczycielstwa Polskiego współpracowało mniej lub bardziej konkretnie z ambasadą radziecką.

W tow. m.in. Lucyny Kotarbińskiej, Karola Irzykowskiego w Truskawcu. Ok. 1930 r.

dqvxh7o

(img|746647|center)

Kolejny mężczyzna w życiu Wandy, murarz Marian Bogatko, też był pepeesowcem. Jesienią 1931 roku uratował jej życie podczas spływu, gdy przewrócił się kajak, a ona, słabo pływająca, zaczęła tonąć. Oboje już dawno wyzwolili się z drobnomieszczańskich przesądów, toteż zamieszkali razem bez ślubu. Marian był przystojny, silny, inteligentny, z poczuciem humoru, wesoły. Wasilewska wzorowała na nim postać Anatola, bohatera jej pierwszej powieści zatytułowanej ”Oblicza dnia”.

Bogatko miał podobne problemy z pracą jak jego żona. Nikt go nie chciał zatrudnić, gdyż był jednym z organizatorów strajku krakowskich robotników budowlanych. Wanda zresztą też brała udział w wydarzeniach krakowskich, między innymi organizowała obiady dla około dwustu dzieci osób strajkujących. Po strajku oboje z mężem byli bezrobotni. Przenieśli się wtedy do Warszawy i tu dzięki ojcu Wanda zaczęła pracować w wydawnictwie Związku Nauczycielstwa Polskiego oraz w redakcji ”Płomyka” i ”Płomyczka”, gdzie poznała swoją największą i dozgonną przyjaciółkę Janinę Broniewską.

Jak pisze Bohdan Urbankowski, agentury sowieckie na całym świecie starały się pozyskać ludzi ”zbuntowanych” – twórców, intelektualistów, nauczycieli, kapłanów – bo takimi łatwo jest manipulować. Sfrustrowani idealiści, egzaltowane nauczycielki to świetny materiał na nieświadomych, ale i czasem całkiem dobrze uświadomionych agentów wpływu. Niektórzy członkowie ZNP utrzymywali nieformalne kontakty z ambasadą sowiecką, a redakcję ”Płomyka” tworzyły osoby sympatyzujące z ruchem komunistycznym, czyli Wanda Wasilewska i Janina Broniewska oraz socjalista Edward Szymański.

dqvxh7o

W stolicy Marian Bogatko też nie znalazł zatrudnienia i był po prostu towarzyszem życia Wandy Wasilewskiej. Zajmował się domem, chodził na pochody pierwszomajowe z ludźmi pióra, a nie z robotnikami, i coraz mniej przypominał płomiennego rewolucjonistę z ”Oblicza dnia”. (...)

Wanda stawała się coraz bardziej radykalna i bojowa, być może pod wpływem ukochanej przyjaciółki, Jasieczki Broniewskiej. W marcu 1936 roku wybuchł skandal w związku z edycją ”Płomyka” poświęconą Związkowi Radzieckiemu. W kolejnych numerach przedstawiano różne kraje świata, z czego skorzystali lewicowi redaktorzy, aby akurat w tym zamieścić prosowiecką agitkę. W rezultacie rozpętała się burza, numer skonfiskowano, a zarząd ZNP zawieszono. Wasilewska z Broniewską w odpowiedzi zorganizowały strajk nauczycieli i obie straciły pracę.

W tym samym roku odbył się Kongres Pracowników Kultury we Lwowie, tak naprawdę organizowany na zlecenie Moskwy i stamtąd dofinansowany. Przewodnim hasłem, sformułowanym przez Komunistyczną Partię Polski, była walka z faszyzmem. Kongres miał podkreślić solidarność intelektualistów z robotnikami. Jak pisze Marci Shore, ”na kongresie narodowość była czymś wtórnym wobec przynależności klasowej”. Sprawozdanie z obrad dał Władysław Broniewski w „Wiadomościach Literackich”. Między innymi napisał:
”Wasilewska, mówiąc o literaturze proletariackiej, podkreślała świadomą jej ”tendencyjność”. Jest to literatura w służbie idei, w służbie interesów klasy robotniczej, obowiązuje ją czujność, wola walki, wiara w zwycięstwo”.

W latach trzydziestych Lwów miał silne środowisko lewicy intelektualnej – polskiej, żydowskiej i ukraińskiej – w którym pracowicie jak pszczółki uwijali się sowieccy agenci. Do udziału w zjeździe zaproszono takie osoby, co do których była pewność, że wypowiedziami nie będą godzić w jedynie słuszne idee. Dlatego nie pojawili się – choć zgłosili chęć udziału – niektórzy artyści z Krakowa i Lwowa. Nie zaproszono też Aleksandra Wata, Juliana Tuwima, Antoniego Słonimskiego i Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Udział wzięli natomiast Leon Kruczkowski, Emil Zegadłowicz, Jan Berson, Stefan Czarnowski, Tadeusz Kotarbiński, Wincenty Rzymowski, Marian Czuchnowski, Halina Górska, Anna Kowalska, Andrzej Pronaszko, Karol Kuryluk, Halina Krahelska, Julia Bristiger, Marian Naszkowski, Bronisław Dąbrowski, Jonasz Stern. Zapewne nie do końca świadomi, co jest naprawdę grane, Leon Schiller i Maria Dąbrowska przysłali na kongres listy.

Słonimski, któremu pominięciem go nadepnięto na odcisk, w Kronice tygodniowej następująco podsumował obrady kongresu:
”Można więc w gmachu teatru miejskiego we Lwowie, za pozwoleniem władz polskich, protestować przeciw ”obozom koncentracyjnym” i ”brutalnemu terrorowi politycznemu”, ale nie wolno nawet wspomnieć, że w Sowietach też są ”obozy koncentracyjne” i ”brutalny terror polityczny”. Jeśli jedną z zasadniczych podstaw kultury ma być tolerancja i wolność, zjazd lwowski był dość lichą i przykrą parodią”.

Obrady, jak można się domyślać, były mocno upolitycznione. Rezolucję Zjazdu Pracowników Kultury odczytała Wanda Wasilewska i właśnie ona została prawdziwą królową lwowskiego kongresu. W liście do matki pochwaliła się, że gdy weszła na podium, wszyscy wstali z miejsc i ”przez dobre dziesięć minut wyli, tupali, klaskali i wrzeszczeli: niech żyje Wasilewska. To samo na akademii, to samo na ulicy przed teatrem”. Na zakończenie obrad uczestnicy odśpiewali Międzynarodówkę.

Stało się dla mnie jasne, że w walce, którą toczy proletariat o swoje wyzwolenie, orędziem może być także i książka. I kiedy życie nasuwało mi wiele spraw i zagadnień, kiedy widziałam krzywdę i zło – pisałam książkę, żeby zaprotestować, żeby pokazać ludziom, jak jest naprawdę, żeby pomóc tym, którzy walczą.

Wasilewska i Bogatko w końcu wzięli ślub, bo tak było poręczniej starać się o wizę na wyjazd do ZSRR. U protestantów mniej wymagano formalności, więc podobnie jak Broniewscy wzięli ślub w kościele ewangelicko-augsburskim, oni wybrali obrządek kalwiński.

Leon Wasilewski był jak najbardziej za tym, żeby córka pojechała do ojczyzny światowego proletariatu i zobaczyła, jak tam jest naprawdę. Liczył na to, że wtedy przejdzie jej zadurzenie. Nic z tego. Dziuńka jeszcze bardziej się w swojej miłości utwierdziła. Tak mocno uwierzyła w komunizm, że nie dostrzegała prawdy za fasadowością, którą jej pokazano. Ojciec, który był dla niej autorytetem i kimś bardzo w życiu ważnym, wkrótce zmarł, miłość do Kraju Rad pozostała. Zaowocowało to nawiązaniem bliżej nieokreślonych kontaktów z ambasadą radziecką. Sama przyznała po latach, że ambasada pomagała jej finansowo w czasach, gdy utrzymywała się z pisania. Oficjalnie były to honoraria za przekłady książek, a tak naprawdę dostała w ten sposób zaproszenie do bliższej współpracy w przyszłości.

W Związku Radzieckim bardzo się podobało jej ”Oblicze dnia” oraz kolejne powieści: ”Ojczyzna” i ”Ziemia w jarzmie”. Rosyjskie tłumaczenia wychodziły w kilkutysięcznych nakładach, sam Stalin zachwycał się jej twórczością. Natomiast tłumaczka, Helena Usijewicz, córka Feliksa Kona, choć zatwardziała komunistka (współpracowniczka Lenina, która z nim przyjechała w zaplombowanym wagonie), nie była najlepszego zdania o tej literaturze:
”Talent pisarski Wasilewskiej szacowała nisko. Twierdziła, że ludzie i wydarzenia z powieści Wasilewskiej są wytworami jakiejś dzikiej wyobraźni, jej robotnicy nie są robotnikami, a chłopi nie są chłopami. Zarzucała jej poza tym, że pisząc o ludziach radzieckich, zdradza ignorancję, której nie daje się strawić. Miała z tych wszystkich przyczyn szereg ostrych sporów z Wasilewską, z niewielkim jednak skutkiem”.

Znany przed- i powojenny londyński działacz PPS Adam Ciołkosz o Obliczu dnia wyraził się: ”Pisarsko książka jest nieporadna, gospodarka słowem rozrzutna, skłonność do melodramatyzowania widoczna”. Późniejsze jej powieści potraktował łaskawiej. Przyznał, że Ojczyzna była lepsza, bo ”miała plan i ciągłość akcji”. Jednak ”zawsze był to szablon czarno-biały, nigdy z niego Wasilewska nie umiała się wydobyć”. Dziś też jej twórczość jest irytująca w odbiorze właśnie ze względu na to czarno-białe przedstawianie świata, a także nieznoszący sprzeciwu ton narracji. Wasilewska oprócz powieści pisała wiersze, reportaże, opowiadania i książki dla młodzieży, także historyczne, w których bardzo chętnie piętnowała wyzysk i niesprawiedliwość społeczną. Z wyjątkiem środowisk lewicowych oraz przyjaciółki Janiny Broniewskiej polscy czytelnicy niezbyt wysoko cenili jej utwory. Publikowała w ”Lewarze”, w ”Lewym Torze”, ”Robotniku”, ”Obliczu Dnia”, ”Naprzodzie” i w lwowskich ”Sygnałach”.

Tymczasem w PPS jej się nie wiodło, przegrała z wyborach do Rady Naczelnej, a poza tym partia stała się dla niej za mało radykalna. Do partii komunistycznej wstąpić nie zdążyła – bo ją rozwiązano. Dziwne, że nie skłoniło jej do refleksji to, iż wielu członków KPP, którzy niebacznie wyjechali z „faszystowskiej” Polski do komunistycznego raju, dało głowy pod topór stalinowskich czystek. Nieuleczalnie nadal wierzyła w sprawiedliwość społeczną w sowieckim wydaniu.

Gdy Niemcy napadły na Polskę, podobnie jak wielu Polaków wyruszyła na wschód. Z tym że w jej przypadku motywacją była raczej nie ucieczka przed wrogiem, lecz szukanie schronienia w ojczyźnie światowego proletariatu. Powiedziała nawet, że Związek Radziecki sam przyszedł do niej – mając na myśli akt ”wyzwolenia bratnich narodów” zainicjowany 17 września. Właśnie od tej chwili zaczęła się jej błyskotliwa kariera ”bywszej Polki”, jak sama siebie później określiła. Sowietom na niej zależało. Polkę, lewicową pisarkę i w dodatku nie komunistkę, lecz socjalistkę, koniecznie należało zwerbować, tak samo jak innych przydatnych twórców, na przykład Władysława Broniewskiego. Wkraczający do Polski komisarze polityczni mieli przygotowane wcześniej nie tylko listy osób przeznaczonych do aresztowania i wywiezienia, lecz także nazwiska tych, których należało potraktować przyjaźnie, czytaj: zwerbować. Do tych ostatnich należała Wanda Wasilewska.

Obejrzyj też: Tajemnica śmierci Gagarina

Nasz Związek Radziecki jest prawdziwym krajem młodości. W przełomowym dniu 17 września najwięcej zyskała młodzież. Największe szczęście spotkało tych, którym teraz dane jest przeżyć młodość w radzieckich warunkach.
Wanda Wasilewska, ”Ojczyzna młodzieży”.

Żaden z polskich twórców nie chwalił napaści niemieckiej, natomiast znaleźli się tacy poeci i prozaicy, którzy gloryfikowali 17 września. Wandy Wasilewskiej nie zabrakło w tym drugim gronie, a Sowieci potrafili się odwdzięczyć. We Lwowie wypłacono jej tantiemy za rosyjskie przekłady, dostawała bardzo dobre recenzje w prasie, zamieszkała w luksusowej willi. Czuła się w tym wszystkim jak ryba w wodzie i całą sobą rzuciła się w wir współpracy z bolszewicką władzą.

Głośno deklarowała, że nie uważa siebie za Polkę, lecz czuje się obywatelką Związku Radzieckiego. (Od listopada 1939 roku mieszkańcy Lwowa mieli obowiązkowe obywatelstwo radzieckie). Pisała do ”Czerwonego Sztandaru”, polskojęzycznej gadzinówki, której redaktor naczelny Nikołaj Mańkowski prawie nie znał polskiego. Wygłaszała entuzjastyczne przemówienia na wiecach, agitowała i zbierała podpisy pod petycją w sprawie oderwania Ukrainy Zachodniej od ”pańskiej Polski” i przyłączenia jej do Związku Radzieckiego. Nie drgnęła jej ręka, gdy składała podpis pod oświadczeniem zatytułowanym Pisarze polscy witają zjednoczenie Ukrainy, opublikowanym w tymże ”Czerwonym Sztandarze”. Wraz z nią podpisali się: Władysław Broniewski, Tadeusz Boy-Żeleński, Aleksander Dan, Stanisław Jerzy Lec, Jerzy Borejsza, Adam Polewka, Wojciech Skuza, Emil Schurer, Karol Kuryluk, Halina Górska, Leon Pasternak, Elżbieta Szemplińska, Aleksander Wat i Adam Ważyk. W przeciwieństwie do niektórych kolegów po piórze ona nie miała żadnych wątpliwości.

Pośród tego zapatrzenia w najdoskonalszy ustrój świata wykazywała jednak jakieś ludzkie odruchy. Jak wtedy, gdy dzięki jej staraniom władze sowieckie zrezygnowały z całkowitej ukrainizacji lwowskiego uniwersytetu i w dodatku ocalała część przedwojennej kadry. Nawet na niektórych katedrach utrzymał się polski jako język wykładowy.

W październiku 1939 roku został powołany oficjalnie Komitet Organizacyjny przyszłego Związku Pisarzy. Należeli do niego: Jerzy Borejsza, Tadeusz Boy-Żeleński, Władysław Broniewski, Aleksander Dan, Halina Górska, Jakub Dawid Hopensztand, Dawid Kenigsberg, Piotr Kożuch, Stanisław Jerzy Lec, Leon Pasternak, Jerzy Putrament, Wanda Wasilewska, Aleksander Wat, Adam Ważyk i Bruno Winawer. Oprócz Polaków byli w nim też Ukraińcy i Żydzi. (...)

Wraz z mężem Wanda wybrała się w podróż po radzieckiej Ukrainie. Wszystkim była zachwycona, szczególnie entuzjastycznie potraktowała wizytę w Kijowie. Bardzo jej się podobało to nowe życie. Natomiast przestało się podobać Marianowi. Prosty robotnik umiał dostrzec to, czego jego egzaltowana małżonka widzieć nie chciała. Nie dał się nabrać na potiomkinowskie sztuczki sowieckich cicerone, pokazujących szczęście komunistycznego raju. Bliżej niż do fanatyzmu żony było mu do tęsknoty Broniewskiego, który podobnie jak on, mimo lewicowej orientacji, nie stracił z oczu Polski. Panowie razem pili, i to dużo. Poeta wygłaszał swoje nieprawomyślne z punktu widzenia sowieckiej racji stanu wiersze, a Bogatko mówił publicznie i bardzo głośno, co myśli. To nie mogło dobrze się skończyć.

Najpierw w styczniu 1940 roku Władysław Broniewski i Aleksander Wat zostali aresztowani w przygotowanej przez NKWD prowokacji.
Wasilewska, przekonana, że to zwykła pijacka awantura, zaczęła się starać o ich zwolnienie. Trzeba też jej przyznać, że odważnie odmówiła podpisania oświadczenia potępiającego Broniewskiego i innych aresztowanych, jako powód podając, że należy poczekać na wynik śledztwa. Co nie przeszkodziło w tym, że została po Broniewskim kierownikiem literackim Teatru Polskiego we Lwowie. Ktoś przecież musiał objąć to stanowisko. W sprawie zatrzymanych zwróciła się nawet do Stalina, który odesłał ją do Berii, a ten oświadczył, że takich nazwisk nie ma w kartotekach zatrzymanych. Co było zwyczajnym dla tej sowieckiej władzy kłamstwem, bo Broniewski w tym czasie siedział już na Łubiance.

Wkrótce po tej sprawie przeszła terapię szokową, która również nie uleczyła jej z egzaltacji. Bogatko miał dosyć sowieckiej rzeczywistości i chciał wracać do Warszawy. Nie był naiwny jak ona, widział doskonale, że położenie robotników, a więc ochrona pracy, ubezpieczenie społeczne i uprawnienia związków zawodowych, znacznie się pogorszyło w stosunku do tego, co było w „pańskiej Polsce”. I głośno wyrażał swój sprzeciw. Za głośno. Wieczorem 25 maja 1940 roku do drzwi willi Wasilewskiej zadzwoniło dwóch mężczyzn. Otworzył Marian. Jak pisze Aleksander Wat:
”Dwaj enkawudyści przyszli do domu i zastrzelili go. Przy czym w dziejach kryminologii sowieckiej fakt chyba bez precedensu, mianowicie sprawców nie znaleziono. Zawsze było tak, że zbrodni się nie znajduje, ale sprawcy zawsze są znani, a tu po raz pierwszy nie znaleziono sprawców, nikogo, w gazetach tłumaczono, że zabili go nacjonaliści ukraińscy”.

Wat wyraził przypuszczenie, że Bogatko zginął, bo za dużo mówił. Możliwe, że przy okazji miała to być nauczka dla Wasilewskiej, żeby na zbyt wiele sobie nie pozwalała. Przypomniano jej, gdzie jest jej miejsce. Musiało to być ogromnie traumatyczne przeżycie, skoro trzy lata później, w dzień przysięgi w Sielcach, coś w niej eksplodowało i nie bacząc na świadków, dała upust emocjom, co nieżyczliwy jej Zygmunt Berling chętnie odnotował.

Adam Ciołkosz, który dobrze ją znał jeszcze z przedwojennych czasów, wspomniał o zabójstwie Bogatki w nieco innym kontekście:
”Czytam w Wielkiej Encyklopedii Sowieckiej, że Wandzie Wasilewskiej groziło (w przedwojennej Polsce – J.P.) więzienie. Nie wiem, czy groziło, wiem, że nigdy nie została pozbawiona wolności. (…) Dopiero pod panowaniem sowieckim miała ją spotkać prawdziwa tragedia: zgon męża”.

Chruszczow po latach przyznał, że Bogatkę zabili jego ludzie. Oczywiście twierdził też, że zaszła pomyłka, i nieszczerze tłumaczył, że on sam bardzo się wtedy obawiał, iż sprawa ta odbije się na stosunku Wasilewskiej do władz, bo przecież mogła pomyśleć, że usunęli jej męża z powodów politycznych. Jakoś się to jednak nie odbiło na stosunku Wandy do sowieckich przyjaciół. ”Uwierzyła, że nie było w tym przypadku premedytacji i aktywnie pracowała dalej, przyjaźnie do nas nastawiona”. Czyli wybaczyła ”pomyłkę”. Ale stała się ostrożniejsza.

Nazajutrz po wyjeździe Wandy Maria Berlingowa w rozmowie z Heleną Usijewicz, która świetnie Wandę znała, bo tłumaczyła jej książki, wróciła do zajść z poprzedniego wieczoru.
Heleno, powiedzcie mi, co się z Wandą dzieje? Nigdy jej takiej nie widziałam – zaczęła.
Marian. Tu chodzi o Mariana.
Wiecie coś więcej?
To był jej poprzedni mąż, Uroczy, mądry człowiek. Do dziś nie wyjaśniono, kto go zabił. Jedni mówią, że to ZWZ, które wykonywało wyroki za zaangażowanie po stronie lewicy, nie oglądając się na to, co to da. Inni, że to nasi. Wszyscy wiedzieli, że Bogatko był przeciwny koncepcjom politycznym lwowskiej grupy komunistów. Wręcz ostrzegał Wandę przed nimi i chciał wyjechać do Warszawy, nawet bez niej.
A wy co o tym sądzicie? Kto mógł to zrobić?
Sama nie wiem. Wanda bardzo się zmieniła po śmierci Mariana. Odnoszę wrażenie, że czegoś się boi. Stara się ani na chwilę nie zostać sama, jakby zawsze chciała mieć przy sobie świadka.
To straszne. Wyobrażam sobie, jak ona cierpi.
W dodatku wyzwoliły się w niej jakieś ciemne instynkty. Wiecie, jak przyjaźni się z Broniewską. Papużki nierozłączki, jak są razem. Pomagała jej wiele razy, a teraz urządziła ją znakomicie.
Nawet powierzyła jej własne dziecko!
Właśnie. Zdawałoby się, że z dzióbków sobie jedzą. Tymczasem, kiedy usiłowałam uświadomić jej, że źle napisała swoją ostatnią książkę, którą miałam tłumaczyć, i powołałam się na argument, że Broniewska tak samo uważa, Wanda wpadła w szał. ”Tak mówiła? – krzyczała. – To dwulicowa żmija. Każę ją zamknąć”. Od razu przy mnie usiłowała zadzwonić na NKWD i w ostatniej chwili wyrwałam jej słuchawkę. Naprawdę się wystraszyłam, bo nagle uświadomiłam sobie, do czego jest zdolna.
Myślicie, że wystarczyłoby, jakby zadzwoniła i powiedziała, że Broniewską trzeba uwięzić? – spytała niedowierzająco Maria.
Bardzo możliwe. Nie zapominajcie, że Wanda ma ogromne wpływy. Wszyscy wiedzą o jej dobrych układach ze Stalinem i boją się jej.

Małżeństwo z Kornijczukiem jeszcze mocniej przywiązało Wandę do Kraju Rad.

(img|746648|center)

Kornijczuk urzędował w hotelu George’a w pokoju 31. Leżały przed nim na biurku dwie listy: komunistów i niekomunistów, z którymi nawiązać miał współpracę. Tę drugą listę otwierali Wanda Wasilewska, prof. Kazimierz Bartel i Tadeusz Żeleński-Boy.
Barbara Winklowa, ”Boy we Lwowie”.

Tak więc po tragicznej śmierci męża Wasilewska nie straciła zaufania do jedynie słusznej władzy. Może też i dlatego, że Bogatko szybko zyskał następcę. Był nim ukraiński literat i członek WKP(b) Ołeksander Kornijczuk. Przystojny ”urodą kelnera”, ale dość prymitywny, taki typowy aparatczyk. Zaopiekował się Wandą na polecenie Chruszczowa i niebawem nawiązał się między nimi romans, a potem wzięli ślub, przez co ona związała się jeszcze mocniej z rzeczywistością sowiecką.

Jeszcze przed śmiercią Bogatki, w marcu 1940 roku kandydowała z okręgu Lwów do Rady Najwyższej ZSRR. Kampanię propagandową robił jej Jerzy Borejsza. Jako deputowana początkowo usiłowała słuchać skarg wyborców i interweniować w ich sprawach u władz. Gdy wysłała do Mołotowa list z prośbą o wstrzymanie masowych deportacji mieszkańców Lwowa, szybko przywołano ją do porządku. Dowiedziała się, że deputowany do Rady Najwyższej to nie to samo co poseł do burżuazyjnego parlamentu.

Na żar uczuć do Sowietów nic nie pomogło. Nadal dumna była z radzieckiego obywatelstwa, dumna z tego, że jako jedyna spośród polskich komunistów miała dostęp do Stalina, a nawet jego prywatny telefon. A on okazywał jej względy, bo zalety propagandowe tego, że ma po swojej stronie córkę polskiego ministra i współpracownika Piłsudskiego, były nieocenione.

W rocznicę sowieckiej inwazji na Polskę, 17 września 1940 roku, Wasilewska wygłosiła płomienne przemówienie o epokowym znaczeniu tego wydarzenia i wielkim szczęściu, jakie ludziom przyniosła Armia Czerwona. Tego dnia ona i kilkudziesięciu polskich literatów wstąpili do Związku Sowieckich Pisarzy Ukrainy. W tym samym czasie do Związku Sowieckich Pisarzy Białorusi przystąpiła jej przyjaciółka Janina Broniewska.

O zsyłkach i łagrach wiedziała doskonale i uważała je za konieczne koszty, które ponieść musi światowa rewolucja. Ostatecznie, idąc na ustępstwo, gotowa była przyznać, że w niektórych przypadkach wystąpiły błędy lub samowola funkcjonariuszy. Ciołkoszowi powiedziała:
– No bo ty, Adam, chyba nie wierzysz tym wszystkim opowiadaniom o wyciskaniu przez NKWD zeznań z więźniów torturami.
”Ja wierzyłem, ona nie wierzyła” – konkluduje Ciołkosz.
Trzeba jej jednak przyznać, że interweniowała w sprawach znajomych. Wywiezionej do Kazachstanu Oli Watowej dzięki jej wstawiennictwu przesłano ciepłą kołdrę – aresztowanym nie wolno było wysyłać paczek bez specjalnego zezwolenia. A potem załatwiła komisję z Moskwy, która miała sprawdzić warunki, w jakich przetrzymywano skazanych. Komisja pojechała, ale nic nie wskórała, więźniom się nie poprawiło.

Zajęła się sprawą wywiezionej wybitnej polonistki Stefanii Skwarczyńskiej, która dzięki niej oraz zabiegom między innymi profesora Juliusza Kleinera po kilku miesiącach wróciła z zesłania do Lwowa. Po amnestii dla Polaków ogłoszonej w rezultacie układu Sikorski–Majski wyciągnęła Janinę Broniewską z sowchozu pod Kujbyszewem, a potem posyłała jej z frontu witaminy.

(...) Jako pełnoprawna obywatelka radziecka należała do Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Berling we wspomnieniach odnotował jej wypowiedź podczas dyskusji, że jest obywatelką radziecką i polskie sprawy jej nie obchodzą. Gdy jeszcze aktualny był układ Sikorski–Majski, występując na wiecu w Saratowie, wzywała Polaków do walki z Niemcami, ale wznosiła okrzyki na rzecz USA, Wielkiej Brytanii i ZSRR, nie wspominając w ogóle o państwie polskim.

Na początku 1941 roku zaczął pod jej redakcją wychodzić miesięcznik ”Nowe Widnokręgi” – oficjalnie organ Związku Pisarzy Radzieckich, który miał reprezentować element polski. Gdy wybuchła wojna niemiecko-sowiecka, chodziła po ulicach Lwowa w żołnierskiej czapce i z karabinem i wzywała do walki, bo ”moment już nastał”. Czyli właściwym momentem do podjęcia wali z Niemcami był 22 czerwca 1941 roku, a nie wrzesień 1939. W lipcowym numerze ”Nowych Widnokręgów” zamieściła artykuł zatytułowany Pieśń o ojczyźnie, z którego jasno wynika, kiedy zaczęła się wojna i gdzie owa ojczyzna jest:
”Śpiewaliśmy pieśni o naszej ojczyźnie: o tym, że spokojnie może spać miasto, które kochamy, bo jego snu strzeże siła, której nic nie złamie. Śpiewaliśmy o tym, że gdy zagrozi nam wraża siła, wszyscy, jak jeden, poderwiemy się do walki. Śpiewaliśmy, jak w dzień rozgrywki zatrzeszczą kulomioty, zahuczą tanki i na ziemi, na morzu i niebie rozpali się bój za ojczyznę”.

Wstąpiła do Armii Czerwonej, była korespondentem wojennym w randze pułkownika. Pisała broszury propagandowe, wychodzące w milionach egzemplarzy. Drukowano jej teksty w ”Prawdzie”, ”Izwiestiach”, ”Krasnoj Zwiezdie”.

Od ”Płomyczka” do rzemyczka,
Czort sam się rozczulić gotów,
Ona-ż teraz przewodniczka
W ”Związku Polskich Patryjotów”.
Marian Hemar, ”Madame Wasilewska”.

W marcu 1942 roku postanowiono wskrzesić ”Nowe Widnokręgi”, niewychodzące od kilku miesięcy. Naczelną została Wanda. Zaproszona do współpracy Janina Broniewska spotkała się z przyjaciółką w Moskwie. Był już kwiecień, ale chwycił przymrozek, chodniki były oblodzone. Jaśka z Dziuńką szły pod rękę. Wyglądały jak małżeństwo lub para zakochanych, bo Wanda, jak zwykle ubrana po męsku, miała krótko ostrzyżone włosy, papachę, wojskowy szynel i dystynkcje pułkownika. Nagle przystanęły.
No, pomyśl tylko, Dziuńka, no pomyśl…
Gdyby tak kto powiedział nam trzy lata temu w Warszawie…
…że ty w mundurze pułkownika Czerwonej Armii…
…będę szła z tobą po ulicach Moskwy…
Co to życie potrafi wymyślić – wykrzyknęły zgodnym chórem, uśmiechnięte i szczęśliwe.
Wyobrażam sobie miny tamtych policyjnych szpicli i komisarzy z czasów strajku ZNP – stwierdziła z satysfakcją Jaśka. – Pamiętasz, jak nas traktowali?
A pamiętasz, jak wracałyśmy z Wilna z procesu Jędrychowskiego? Jak mówiłam: cztery lata, kto tam wie, kto będzie wówczas naprawdę podsądnym, a kto sędziami?
Marzenia się spełniły. Sanacyjna Polska odeszła w przeszłość, a obie kobiety przygarnęła do swego łona ojczyzna światowego proletariatu. Odwdzięczały się najlepiej, jak potrafiły.

Redakcja ”Nowych Widnokręgów” miała swoją siedzibę w Kujbyszewie. Redaktorem naczelnym była Wasilewska, dojeżdżająca co jakiś czas z frontu, na miejscu zastępował ją Alfred Lampe, a sekretarzem redakcji była Helena Usijewicz. Pierwszy numer ukazał się w maju 1942 roku. Nie był to już miesięcznik literacki skierowany do inteligencji, ale tygodnik społeczno-polityczny adresowany do wszystkich Polaków rozproszonych na terenie ZSRR, stanowiący także rodzaj skrzynki kontaktowej. Na zasadzie Panu Bogu świeczkę, diabłu ogarek, aby nie zrazić czytelników zbyt nachalną propagandą, starano się utrzymać równowagę między orientacją patriotyczną a prosowiecką.

Przed powrotem na front Wanda Wasilewska dała przyjaciółce pod opiekę swoją córkę Ewę. Janina Broniewska miała odtąd w domu trójkę: swoją i Broniewskiego córkę Ankę, Ewę Wandy i Stasia zwanego Pstrasiem, ze związku z Romualdem Gadomskim.

Teraz Wanda rzuciła się w wir działalności agitatorskiej na frontowych odcinkach. Maniery miała rasowej rewolucjonistki. Paliła jednego za drugim, i to najchętniej machorkowe skręty z gazety, piła tęgo, a miała mocną głowę, jak na proletariacką działaczkę przystało. Nieco zmieniła się jej narracja. Używała takich zwrotów, jak ”my Polacy”, ”nasza ziemia”, ”nasze dzieje”. Jednak daje się zauważyć, że ładunek emocjonalny wypowiedzi nawiązujących do Polski był mniej serdeczny od tego, jaki rezerwowała dla wybranej, ukochanej radzieckiej ojczyzny.

W 1943 roku Stalin wezwał do siebie wiernych kolaborantów i kazał założyć Związek Patriotów Polskich. Ojców założycieli na początku było troje: Wiktor Grosz, Hilary Minc i Wanda Wasilewska. Sekretarzem Wydziału Krajowego został Jakub Berman. Wandzie nie podobała się nazwa, uważała słowo ”patriota” za skompromitowane, zbyt mocno kojarzone z nacjonalizmem, z dawną Polską. Ale Józef Wissarionowicz kazał, więc nikt nie miał nic do gadania. Przywódca radziecki był mądry. Wiedział, że komunistyczna frazeologia mogłaby Polaków zrazić, a po co ujawnić przedwcześnie prawdziwe cele bratniej pomocy? ZPP powstało oficjalnie 1 marca 1943 roku, a patrioci otrzymali zadanie, że mają oficjalnie wystąpić do Stalina z prośbą o sformowanie armii polskiej w ZSRR. Wasilewska, która całą sobą weszła w sowiecką politykę czasów wojny, odegrała znaczącą rolę w organizowaniu zarówno ZPP, jak i Pierwszej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, na którą Stalin oczywiście wydał zgodę.

Również od 1 marca zaczął wychodzić nowy tygodnik o podobnie jak nazwa związku zwodniczym tytule – ”Wolna Polska”. Do redakcji weszli lewicowi twórcy i działacze, między innymi Jerzy Borejsza, Leon Pasternak, Roman Wafel, Lucjan Szenwald, Stefan Wierbłowski i Julian Stryjkowski. Pierwsze numery redagowała Wasilewska, potem naczelnym został Borejsza. Już w pierwszym numerze zaatakowany został obóz Sikorskiego:
”…czyżby rzeczywiście ktoś się łudził, że z daleka, z londyńskich gabinetów można rządzić, kierować, władać sercem i porywem, i trudem narodu? Czy rzeczywiście ktoś może sądzić, nie żyjąc i nie cierpiąc z narodem, że właśnie on będzie znał czas właściwy?… Czas określi sam kraj i ci, co w kraju walczą”.

Ci, którzy nie dotarli na czas do armii Andersa, mieli teraz drugą szansę na wydostanie się z ”raju”. Tysiące Polaków ściągały do Sielc. Przeważnie wcześniej przeszli piekło na nieludzkiej ziemi, byli wynędzniali, wygłodzeni, chorzy.
Umundurowaniem, odznakami i stopniami z czasów Drugiej Rzeczpospolitej dywizja miała nawiązywać do polskich tradycji. Uzyskano nawet zgodę na obecność kapelanów. Natomiast rota przysięgi nieco się z patriotyczną koncepcją rozminęła, jako że w tekście znalazły się ”wierność sojusznicza Związkowi Radzieckiemu” i braterstwo broni z Armią Czerwoną. Autorką roty była Wanda Wasilewska.

Przy okazji projektowania umundurowania wypowiedziała wojnę orłu z 1939 roku i pod pretekstem, że ma być ”piastowski”, pozbawiła go korony. Za wzór posłużył herb skopiowany przez Broniewską z grobowca Krzywoustego w Płocku. Pozostał godłem państwowym przez przeszło pół wieku trwania PRL.

Podobno to Wanda Wasilewska wpadła na pomysł zręcznej manipulacji polegającej na tym, że bitwę pod Trygubową przechrzczono na bitwę pod położonym dalej od zbrojnych zmagań Lenino. Dlaczego? Z dwóch powodów. Po pierwsze chrzest bojowy kościuszkowców został złączony w ten sposób z nazwiskiem Lenina i miał się tak odtąd kojarzyć. A po drugie nikt nie ośmieliłby się pomyśleć, że bitwa pod taką miejscowością mogła być klęską. A przecież była to właściwie rzeź, i to należało zatuszować odpowiednią propagandą. Procentowo straty podczas bojowego chrztu polskiej armii wyniosły jedną czwartą stanu dywizji, co stanowiło połowę sił biorących udział w bezpośredniej walce. Stało się tak w dużej mierze z powodu zastosowania tak zwanej taktyki rozpoznania walką, czyli niefrasobliwego szafowania przez dowództwo ludzkim życiem.

Ale Wasilewska odegrała też pozytywną rolę po bitwie pod Lenino. Dzięki jej interwencji zdziesiątkowanej straszliwie jednostki nie wysłano do dalszych walk, tylko została zluzowana i skierowana do uzupełnienia. Inną jej niewątpliwą zasługą było to, że z ramienia ZPP osobiście zajęła się polskimi dziećmi przebywającymi w sowieckich sierocińcach i organizowaniem dla nich opieki. Dzięki temu tysiące dzieci udało się uratować od nędzy i poniewierki, a także od rusyfikacji i po wojnie przyjechały do Polski. To również wykorzystała w propagandzie przeciwko ”faszystowskiej” Polsce i znienawidzonemu rządowi londyńskiemu.

W wydanej w 1952 roku powieści ”Rzeki płoną”, stanowiącej trzecią część trylogii (dwie pierwsze to Płomień na bagnach i Gwiazdy w jeziorze), personel sierocińca składający się dotąd – jak ich nazywa autorka – z ”sikorszczaków”, okrada dzieci z żywności, trzyma podopiecznych w nędznej komórce, zmusza do pracy, a sam opływa we wszystko. Na szczęście dzielna przedstawicielka ZPP, wydelegowana do przejęcia placówki, robi porządek i wraz ze szlachetną sowiecką urzędniczką przeganiają malwersantów.

Żeby było jeszcze ideologiczniej, bohaterką nie jest żadna politruczka, tylko panienka z dworu (zesłana do Komi – stąd wzięła się w ZSRR), która przeszła politycznie słuszną metamorfozę i zrozumiała, gdzie jest szczęście ludzkości. Podczas wykonywania swoich obowiązków Jadwiga wygłasza kwestię godną rasowego oficera politycznego. Bo przecież nie było czegoś takiego jak miliony dzieci, zwanych bezprizornymi, przez sowiecki system represji pozbawionych rodziców, pozbawionych wszystkiego, zdziczałych, wegetujących z dnia na dzień, popełniających przestępstwa, a nawet zbrodnie.
”My jesteśmy z opieki nad dziećmi. Z prawdziwej opieki. Ta pani jest z sowieckiego domu dziecka. Z takiego domu, gdzie dzieci mają piękne sypialnie, własną jadalnię i śpią w białych czystych łóżeczkach. I mają zabawki”.

W 1942 roku na zamówienie Stalina, który oczekiwał od niej i Kornijczuka utworów literackich o tematyce wojennej, Wasilewska w miesiąc napisała powieść Tęcza, którą natychmiast przetłumaczono i nakręcono na jej podstawie film. Akcja toczy się na ukraińskiej wsi, zajętej przez Niemców, którzy bestialsko traktują pozostałe w domu kobiety, a te są niezłomne i bohaterskie. Za tę książkę otrzymała Nagrodę Stalina, którą przekazała na wyprodukowanie radzieckiego samolotu, prosząc, żeby nazywał się ”Warszawa” – ”dla upamiętnienia bohaterskich obrońców Warszawy, walczących z niemieckim okupantem w 1939 roku”.

Gdy Niemcy ogłosili, że w Katyniu znaleziono zwłoki polskich oficerów, Wasilewska, podobnie zresztą jak Berling, bez oporu przyjęła sowiecką wersję wydarzeń o sprawstwie niemieckim.

Po Sielcach i Moskwie paradowała w mundurze pułkownika. Trzymała się sztywno, wysoka, masywna, o męskim wyglądzie twardej działaczki, mówiąca niskim głosem. W peerelowskiej hagiografii przedstawiano ją jako płomienną mówczynię, zagrzewającą naród do walki z Niemcami. Emilia Plater i Wanda, co nie chciała Niemca, w jednym. Tak ją opisał ukraiński poeta Jurij Smołycz:
”Wanda miała na sobie wojskowy mundur: buty z cholewami i bryczesy, bluzę z dystynkcjami oficerskimi i czapkę, jaką nosiła piechota. (…) Wasilewska mówiła o zburzonej Warszawie i o zagrożeniu, jakie niesie ludzkości faszyzm. I wtedy właśnie ujrzałem w jej oczach żar (…), więcej – płomień. Była w nim miłość do ojczyzny i nienawiść do jej wrogów (…), gorący płomień trybuna ludowego”.

Jako mówca była emocjonalna i spontaniczna, miała donośny głos, lubiła publiczne wystąpienia, napawała się nimi. Sprawiała wrażenie, że głęboko wierzy w to, o czym mówi. Sama tak opisała matce swoje wystąpienie na wiecu robotniczym:
”Byłam nieprzytomna, robiło mi się słabo. Zdawało mi się, że włosy podnoszą mi się na głowie, że jestem w płomieniach. Przeżyłam chwile takiego szczęścia, jakie się musi mieć w ekstazie. Miałam wrażenie, że jestem słaba, bo cały mój dziki zapał oddałam ludziom. Czułam, jak się ze mnie coś wydziela, jak ogień. To było cudowne”.

Patryjotyzm ją przenika,
Już ta Polska w snach urasta – Pierwsza w świecie republika…
A w Sowietach siedemnasta…
Marian Hemar, ”Madame Wasilewska”.

Słowa i decyzje Stalina były dla niej święte. Nawet gdy zrezygnował z bezpośredniego włączenia Polski do Kraju Rad, o czym marzyła. Koncepcja, aby zachować pozory niezależności Przywiślańskiego Kraju, okazała się zaskakująca także dla innych członków ZPP i Kominternu, którzy liczyli na powstanie Siedemnastej Republiki Rad. Niektórzy uważali Związek Radziecki za swoją ojczyznę do tego stopnia, iż w zupełności by im wystarczyła Armia Czerwona, i nie widzieli potrzeby tworzenia polskiej dywizji.
Na ch… nam to potrzebne? – zapytał wprost Alfred Lampe na zebraniu w mieszkaniu Wasilewskiej w Moskwie, w obecności gremium składającego się z Zygmunta Berlinga, Ołeksandra Kornijczuka, Heleny Usijewicz, Hilarego Minca, Jerzego Putramenta, Wiktora i Ireny Groszów i Janiny Broniewskiej. – My mamy Armię Czerwoną i to nam wystarczy.
Na to Wanda Wasilewska zareagowała gwałtownie:
Fred, ty świnio!
Zygmunt Berling we wspomnieniach skomentował jej reakcję słowami, że trudno było się zorientować, co ją bardziej oburzyło: czy sens wypowiedzi, czy użycie wulgarnego słowa. No, ale Berling jej nie lubił.

Spotkania członków ZPP odbywały się z reguły w moskiewskim mieszkaniu Wasilewskiej, zawsze w obecności Kornijczuka, naówczas wicekomisarza spraw zagranicznych. Oficjalnie występował jako pan domu, a tak naprawdę miał oko na wszystko i pilnie słuchał. Według wspomnień Berlinga:
”Wasilewska wygłaszała referat zasadniczy, który po dodatkowych informacjach i wyjaśnieniach był uchwalany jako wniosek całej grupy. (…) redakcję i wykonanie zapadłych decyzji brała na siebie (…) i jej dość liczny już sztab pomocników, dobierany spośród komunistów i aktywistów przybywających do Moskwy. Żadnych protokołów z posiedzeń nie prowadzono. (…) uważała tę biurokrację – jak się wyrażała – za zbędną”.
Na dowódcę formowanej w Sielcach nad Oką dywizji wyznaczono pułkownika Zygmunta Berlinga, uprzednio lokatora ”willi szczęścia” w moskiewskiej Małachówce, gdzie trzymano nakłonionych do współpracy z Armią Czerwoną polskich oficerów. Był to człowiek ambitny politycznie, co Stalin umiejętnie rozegrał przy werbunku, a potem wykorzystywał przy późniejszej współpracy.

Chodziły plotki, że Wasilewskiej Berling się podobał, ale był dla niej nieosiągalny, więc go za to nie lubiła. Faktem jest, że obydwoje oskarżali się wzajemnie o nadmierne ambicje polityczne oraz działanie na szkodę Polski: Wasilewska zarzucała Berlingowi tendencje nacjonalistyczne i legionowe oraz antysemityzm, on zaś krytykował jej lenistwo, spychanie swoich obowiązków na innych i sympatyzowanie z komunistami. Przy okazji relacjonowania we Wspomnieniach swojego sporu z Wasilewską o ziemie wschodnie podkreślił, że kiedy on uważał, iż Lwów powinien zostać przy Polsce, ona chciała zrobić z Polski siedemnastą republikę. W liście do Stalina z maja 1944 roku skarżył się na nią, że jest „mściwa i bezgranicznie ambitna, wszelkimi dostępnymi jej sposobami usiłuje się na mnie mścić za to, że jej teraz przeszkadzam”. W końcowych wnioskach napisał:
”Wasilewska jest ze wszech miar elementem szkodliwym. Jej odejście od spraw polskich spowoduje zasadnicze uzdrowienie stosunków”.
Jakoś jej tym nie zaszkodził. Była Stalinowi potrzebna. Oboje mu byli potrzebni.

Teraz frontem ”Tass” ku Wandzie, Wanda frontem ku ”Tassowi”, Nie ustanie w propagandzie.
Aż się polski rząd odnowi.
Marian Hemar, ”Madame Wasilewska”.

Wasilewska należała do Centralnego Biura Komunistów Polskich, tajnej struktury od stycznia do sierpnia 1944 roku działającej w Związku Radzieckim, mającej na celu przejęcie władzy w Polsce. Powołany oficjalnie w lipcu 1944 roku w Chełmie Lubelskim Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego tak naprawdę powstał w Moskwie. Było to ciało polityczne całkowicie zależne od Stalina. Wasilewska została wiceprzewodniczącą, przewodniczącym był Edward Osóbka-Morawski, dawny członek Polskiej Partii Socjalistycznej, potem Robotniczej Partii Polskich Socjalistów. Wyznaczając na najwyższe stanowiska dwoje usłużnych socjalistów, Stalin unikał zarzutów, że ustanawiane przez niego polskie władze składają się wyłącznie z komunistów.

Z tych samych powodów to Osóbka-Morawski został przewodniczącym, a nie Wasilewska. Ona, choć podobnie dawniej związana z PPS, za bardzo kojarzyła się z władzą komunistyczną i z samym Stalinem. A nie należało na razie Polaków denerwować, tylko raczej uśpić ich czujność. Drugim wiceprzewodniczącym został, jak pisze Bohdan Urbankowski, ”głupszy z Witosów” – Andrzej, brat trzykrotnego premiera Drugiej Rzeczypospolitej. Wyciągnięto go z łagru, a gdy próbował za bardzo działać na własną rękę, Wasilewska zapytała go wprost, czy wie, jaka pogoda jest teraz w Komi. Zrozumiał i zrezygnował z dalszej samodzielności.

W Rządzie Tymczasowym – tak został przemianowany PKWN 31 grudnia 1944 roku po zajęciu Warszawy przez armię sowiecką – Wasilewskiej już nie było. Mogła po wojnie mieszkać w Polsce, lecz wybrała Związek Radziecki – swoją największą miłość. Zdecydowała się zostać z mężem w Kijowie. Reprezentowała Ukrainę w Radzie Najwyższej ZSRR, jako przedstawicielka Kraju Rad podróżowała po świecie w związku z działalnością w światowym ruchu pokoju. Odebrała najwyższe radzieckie odznaczenia państwowe – Order Lenina i dwukrotnie Nagrodę Stalina. Josif Wissarionowicz nazwał ją znakomitą kobietą radziecką i najwybitniejszą pisarką radziecką.

Była postacią bardzo wygodną dla stalinowskiego reżimu. Polska pisarka mieszkająca na Ukrainie, zarazem radziecka deputowana i dyplomatka jeżdżąca po konferencjach pokojowych, świetnie pasowała do narracji o polsko-radzieckiej przyjaźni. Choć nie powstała siedemnasta republika jej marzeń, Wasilewska cel swój osiągnęła. Wyzwolona przez bratnią Armię Czerwoną Polska znalazła się w obozie państw pozostających w niedźwiedzich objęciach Stalina.

Często przyjeżdżała do Polski, bo jednak tęskniła. W willi Jasieczki Broniewskiej zawsze czekał na nią pokój. Odwiedzała place budowy, co odnotowała Polska Kronika Filmowa, w 1950 roku w Warszawie przemawiała na II Światowym Kongresie Obrońców Pokoju. Miała dobre koneksje, kontaktowała się z Bierutem, z Bermanem. Za swoje zasługi otrzymała Krzyż Grunwaldu I klasy, Order Odrodzenia Polski II klasy, Sztandaru Pracy I klasy oraz wiele medali wojskowych. Tylko Gomułka jej nie lubił, zakazał nawet organizowania obchodów trzydziestej rocznicy strajku nauczycielskiego z 1937 roku, którym kierowała.

Regularnie korespondowała z Broniewską. Przyjaciółki pisały do siebie o wszystkim, a na temat zdobyczy socjalizmu w tonie szczególnej egzaltacji. Wasilewska ciężko musiała przeżywać cios, jakim było dla wielbicieli stalinizmu potępienie kultu jednostki i ujawnienie ogromu zbrodni, za którymi stał Josif Wissarionowicz. Pewnie stara dobra komunistyczna zasada „mądrości etapu” pomogła jej poradzić sobie z dysonansem poznawczym. Tym bardziej że Chruszczow, który po śmierci Stalina objął władzę, był jej dobrym znajomym z Ukrainy. Tak czy owak, teraz więcej zajmowała się domem i dużo czasu poświęcała wnukowi Piotrusiowi, który był jej wielką radością. Cieszyło ją bycie babcią, sama przyznała, że gdy miała własne dziecko, była za głupia, aby to docenić. Wakacje wnuk spędzał u niej w Kijowie lub w domku nad Dnieprem w Plutach. Były tam sad i ogród. Babcia Wanda odkryła w sobie zamiłowanie do wędkarstwa, nadal pisała książki. W mniejszym stopniu niż dawniej angażowała się w działania polityczne. Do Polski
przyjeżdżała głównie w sprawach prywatnych. Tu wydawano jej książki w wielotysięcznych nakładach i próbowano z jej przedwojennej aktywności wykuwać posąg ”siłaczki”: nauczycielki, społeczniczki, socjalistki, patriotki, kobiety wrażliwej na ludzką krzywdę.

Lata mijały, siły i zdrowie były już nie te co kiedyś. W 1964 roku w Kijowie panowały duże upały. 29 lipca Wasilewska zmarła na atak serca. Jej grób znajduje się na cmentarzu Bajkowskim. Kornijczuk przeżył ją o osiem lat, pochowany został osobno. Nie był to dobry mąż. Zdradzał ją, nadużywał alkoholu, miał też inną rodzinę i dwoje dzieci, które uznał.

Jeszcze zanim w 1939 roku dotarła do Lwowa i przeszła na stronę ”wyzwoliciela bratnich narodów”, wydarzył się w jej życiu epizod naprawdę obrzydliwy, jeśli prawdziwe jest oświadczenie, które Jalu Kurek przed śmiercią złożył w Bibliotece Jagiellońskiej. Krakowski poeta opisał wydarzenie na dworcu w Chełmie Lubelskim, którego był świadkiem, kiedy w grupie literatów uciekał przed Niemcami do Lwowa. Komendantką transportu z nadania władz sowieckich była Wanda Wasilewska. Literaci skupili się na peronie, a nieco dalej stała w gorącym wrześniowym słońcu otoczona strażą grupa około dwustu polskich oficerów.

”Próbowali się oni porozumieć z obserwatorami z zewnątrz wykrzykując w głos adresy, nazwiska, prośby o wodę, apele o zawiadomienie najbliższych itd. Niektórzy rzucali w tłum kartki z wiadomościami poza kordon straży, żołnierze jednak podejmowali kartki z ziemi nie dopuszczając do kontaktu z ludnością.

Słysząc i widząc prośby o wodę ze strony aresztowanych oficerów padających ze zmęczenia – jak dowiedzieliśmy się, stali oni na dworcu od rana przez kilka godzin w oczekiwaniu na transport, który miał ich zawieźć w głąb Rosji – poprosiliśmy wspólnie Wandę Wasilewską, aby porozumiała się z komendantem eskorty radzieckiej celem podania wody spragnionym aresztantom. Prosiliśmy wspólnie, nie pamiętam dokładnie, kto był koło mnie, ale paru kolegów (…) przypominam sobie. Stanisław Wasylewski, Tadeusz Hollender, Stefan Kordian Gacki, Wawrzyniec Czereśniewski, może jeszcze Artur Rzeczyca.

Na naszą prośbę Wanda Wasilewska – koleżanka nasza przecież – uniosła się gniewem, jej długa, pociągła twarz skrzywiła się z zaciętym grymasem; wskazując na aresztowanych oficerów wykrzyknęła: – Wody dla nich? Nigdy nie posunę się do tego. To swołocz! I z nienawiścią w oczach odmówiła interwencji u radzieckiego komendanta. Ten incydent wzbudził u nas wszystkich odruch niesmaku; nawet nie kryli się z oburzeniem ci z nas, którzy byli komunistami od lat. Epizod ten pozostanie mi w pamięci do końca życia”.

Bardzo ostro napisała o Wasilewskiej w 1956 roku w Dziennikach Maria Dąbrowska, która widocznie przejrzała na oczy, odkąd w 1936 roku wysłała list na lwowski Kongres Pracowników Kultury.
”Wanda Wasilewska wyparła się ojczyzny, wtedy kiedy Polska leżała zdruzgotana i pokonana. – Wyparła się aktywnie, nie już krytykując, ale spotwarzając Polskę. W publicznych przemówieniach we Lwowie pozwalała sobie mówić, że żyła w Polsce jak zaszczute zwierzę i że teraz dopiero odnalazła ojczyznę. To nikczemne kłamstwo. W Polsce nigdy włos jej z głowy nie spadł. Brała grubą forsę za książki i za „Płomyka”. (…) Zdradziła tak samo lud – gdy na gruzach ojczyzny panoszyła się w pięknej wilii – a miljony polskich ludzi gnane były na Sybir. – Trudno o czystszą formę zdrajcy i renegata. Przypuszczam zresztą, że to typ kryminalnej awanturnicy i nie zdziwiłoby mnie to, gdybym dowiedziała się, że brała jakiś udział w zamordowaniu swego pierwszego (czy nie wiem którego z rzędu) męża”.

Sugestia pisarki co do udziału w zabójstwie może się w pierwszej chwili wydać absurdalna, ale z drugiej strony pojawia się zaraz pytanie: czy Marian Bogatko by zginął, gdyby nie był mężem Wandy Wasilewskiej?

Tak jak jej imienniczka z krakowskiej legendy, ta Wanda też nie chciała Niemca, ale na jego miejsce wybrała Ruska – drugiego śmiertelnego wroga. Zafascynowana Stalinem – Adam Ciołkosz po freudowsku sugeruje, że sowiecki przywódca stał się dla niej zastępczym ojcem – przyjęła radzieckie obywatelstwo, a potem brała czynny udział w przyłączaniu do Związku Radzieckiego wschodniej części przedwojennego państwa polskiego. Zupełnie tak, jakby dokonywała świadomej destrukcji i dekonstrukcji dzieła swego prawdziwego ojca, ministra Leona Wasilewskiego, który tych samych ziem bronił przed Sowietami. Jak słusznie zauważyła Agata Mrozik, Wasilewska dokonała podwójnej zdrady: narodowej i rodzinnej. Konsekwentnie wyrzekła się Polski, konsekwentnie odrzuciła ideały ojca. A przecież jego śmierć była dla niej strasznym ciosem, co zostało odnotowane we wspomnieniach Janiny Broniewskiej. Przyjaciółka się wtedy o nią bała. Ilekroć po wojnie Wanda przyjeżdżała do Warszawy, szła na jego grób z kwiatami. Chyba rzeczywiście trzeba
by Zygmunta Freuda i jego psychoanalizy, żeby pojąć tajniki duszy, pardon – superego, Wandy Wasilewskiej.

Fragment pochodzi z książki ”Bo to złe kobiety były. Intrygantki i diablice”, Joanna Puchalska, wydawnictwo Fronda

dqvxh7o
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
dqvxh7o
dqvxh7o