W kuchni było stare radio. Dawało się złapać tylko jedną stację: Bratysławę. W pudle tak rzęziło, że jak człowiek chciał czegoś posłuchać, musiał ucho przyłożyć do głośnika. Była niedziela i nadawali bajkę. Mama gotowała obiad, a ja stałem na łóżku z uchem przy aparacie, słuchając opowieści o pięknej księżniczce, dzielnym królewiczu i o dwunastogłowym smoku, który chciał się z nią żenić, ale królewicz go pokonał.
Telewizor był popsuty. Już prawie pół roku.
Mama dogotowała niedzielny obiad.
Ojciec wrócił z kościoła: kroczył przez podwórze w kapeluszu, z uroczystą miną.
- Idziemy się strzyc - powiedział.
Mama ubrała mnie odświętnie. Strzyżenie to nie byle co. To obrzęd.
Było piękne majowe przedpołudnie. Ojciec wziął mnie za rękę i poszliśmy drogą, potem przez kładkę na rzece, a później ścieżką przez zarośla ciągnące się wzdłuż Udawy. Wreszcie wyszliśmy na drogę po drugiej stronie rzeki.
- No to jesteśmy -powiedział ojciec. - Widzisz tego psa? Wujek mówi, że jest bajkowy.
- Nie wierzę - odpowiedziałem.
Wujek PP, inaczej Pawlinko-Welias już czekał na dworze.
- To nie wierzysz, że jest bajkowy? - spytał, a ja się zawstydziłem. - Zawsze, gdy jest bajka, przychodzi do mnie, ogląda, a potem idzie na dwór i wraca dopiero, jak jest coś podobnego.
- Mamy popsuty telewizor - odrzekłem.
- No, chodź do środka - powiedział. - Idziemy się strzyc.
Wszedłem do przedsionka i aż mi dech zaparło - tyle poroży jeszcze w życiu nie widziałem.
- Podobają ci się? - spytał.
- Hej.
Posadził mnie na stołku bez oparcia, w przedsionku, a sam z ojcem rozparł się w kuchni. Wujek nalał po pucharku.
- Domowa - powiedział.
Wypili.
Wujek nalał jeszcze po jednym. Ojciec zapalił papierosa. Dobra jest - pochwalił. A wujek: Malinówka. Jakiś czas rozmawiali o wypalaniu palinki, a ja siedziałem posłusznie w przedsionku, oglądałem rogi i czekałem na koniec świata.
Wreszcie Pawlinko-Welias wstał, wyjął z kredensu miskę, grzebień i maszynkę. Wokół szyi zawiązał mi ręcznik, który tak śmierdział, że aż mnie mdliło, a gdy położył mi na głowie miskę, myślałem, że ze strachu zwariuję.
- Za duża - stwierdził i przyniósł mniejszą.
I zaczął. Trwało to nieskończoność, zanim ostrzygł mi pół głowy. Przy tej czynności "najlepszy fryzjer świata" po wielekroć zawadzał swą mechaniczną maszynką o obrzeże miski, a ja zgrzytałem zębami. Słuchając hałasu maszynki na mojej głowie, czułem, jak na cuchnący ręcznik spadają piękne jasnozłote włosy.
Wujek sapał nade mną, pomrukiwał, podskakiwał, klął, a ojciec ze śmiertelną powagą siedział za stołem i obserwował ten cyrk. Po niekończącej się męce, gdy myślałem, że dłużej już nie wytrzymam, wujek poszedł do kuchni, by nalać sobie i ojcu.
- No. Jeszcze trochę i fajrant - powiedział.
Chciało mi się płakać.
Wujek poprosił ojca o papierosa, zaciągnął się i zaczął wychwalać to, czego już dokonał. Stary Danwel tylko potakiwał. Przyznał wujkowi, że jest najlepszym fryzjerem na świecie.
Pawlinko-Welias, wyraźnie uskrzydlony pochwałą, znów wyskoczył zza stołu, chwycił maszynkę i kontynuował. Strasznie chciało mi się płakać.
Maszynka nieustannie uderzała w miskę. Aż zęby cierpły. Gdy myślałem, że już za chwilę rozbeczę się jak maluch, wujek wyprostował się, stanął na palcach i zaczął się kołysać. I spytał, czy chcę, by mi wyrecytował bajkową piosnkę. Odrzekłem, że tak, a wówczas on wyprężył się jeszcze bardziej i coraz bardziej się kołysząc, z maszynką w dłoni zaczął:
Oj dana, dana,
siostro, żabko kochana,
skoro zmarł nam brat kamarat,
musim płakać już od rana -
ja i ty, ja i ty,
gorzkie łzy,
oj dana...