Jan Nowak-Jeziorański
Jan Nowak-Jeziorański (Forum, Fot: Wojciech Barczyński)

Kurier z Warszawy. Wspomnienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego

Jego historia nie zaczyna się i nie kończy w czasie II wojny światowej. To opowieść, którą czyta się z zapartym tchem. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak publikujemy fragment książki "Kurier z Warszawy", która zainspirowała Władysława Pasikowskiego do nakręcenia wchodzącego właśnie na ekrany kin filmu "Kurier".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

CZĘŚĆ SIÓDMA

Ślub z "Gretą" w Przytulisku. Na tyłach frontu

Zapadła już noc, kiedy znaleźliśmy się w gęstym tłumie czekającym na podwórku kamienicy na Widok, by przedostać się na drugą stronę Alei Jerozolimskich. Żołnierze pomieszani z cywilami, starcy i dzieci. Tych ze Starówki można było poznać po charakterystycznym zapachu kanałów. Unosiła się nad tym głucho milczącym tłumem atmosfera niesamowitej grozy, nastrój zbliżającej się śmierci. Ciemną noc rozjaśniła wystrzelona przez Niemców rakieta. Bywało to zwykle zapowiedzią ognia, lecz w tłumie nikt nie drgnął i nikt się nie odezwał. Gdyby w tę ciżbę ludzką wpadł teraz granat, byłaby jatka i wybuch paniki.

Na razie jest noc, gdy się rozwidni, ten ściśnięty tłum niechybnie ściągnie na siebie stukasy. Na drugą stronę przedostaliśmy się, gdy już dniało, dzięki pomocy wojskowego lekarza Jana Kostrzewskiego, o którym była już poprzednio mowa. Cudem jakimś nasza staruszka przeszła przez wykop poprzecinany różnego rodzaju rurami. Pies Robak, pozostawiony sam sobie, podążał za nami. Nad ranem, gdzieś koło piątej, ulokowałem ich na naszej melinie na Piusa 21. Kiedy wróciłem do Ericssona, z wyjątkiem "Grety" wszyscy jeszcze spali.

Źródło: Jan Nowak-Jeziorański jako podchorąży artylerii (1936) // Materiały prasowe

– Wiesz – powiedziałem jej – to już koniec. Dziś padło Powiśle, a Niemców chyba nie da się zatrzymać na linii Nowego Światu. Jutro, pojutrze padną te nasze wyspy, które jakimś cudem jeszcze się trzymają. Wysłuchała w milczeniu opowiadania o przeżyciach ostatniej nocy.

– Pobierzmy się teraz – powiedziałem – póki są jeszcze jakieś ocalałe kościoły i księża.

– Dlaczego teraz? – zapytała.

Wkrótce po śmierci "Juli" przyrzekliśmy sobie, że pobierzemy się zaraz po Powstaniu. Nie mieliśmy żadnych pierścionków, więc zamieniliśmy się zegarkami. Ja jej ofiarowałem moją omegę, którą dostałem w prezencie od Piotrowskiego w Sztokholmie w 1943 roku, a ona mnie – mały damski zegareczek, który niedawno jeszcze nosiła "Jula". Własnego przy sobie nie miała.

– Koniec się zbliża – powiedziałem – spotkajmy go razem, jako małżeństwo.

Ślub odbył się 7 września, późnym popołudniem, w kaplicy Przytulisko na Wilczej 9, o kilka kroków od Ericssona. Kwatera kapelanów AK mieściła się na Skorupki. Księżom wypełniały czas pogrzeby i przygotowywanie umierających na śmierć. Ale trafiały się także śluby. Młody ksiądz był sceptyczny, miał nieufny stosunek do improwizowanych w czasie Powstania małżeństw. Poskutkowało, kiedy powiedziałem, że wróciłem z Londynu i pokazałem wąziutkie pasemko papieru, które "Greta" na wyjezdnym do Anglii zaszyła w kapeluszu. Było tam napisane, że "będzie na mnie czekała". Dwie obrączki miedziane "Greta" zdobyła za puszkę konserw z lotniczego zrzutu.

Gdzieś na podwórzu domu na Wilczej na balkonie trzeciego piętra spostrzegłem kwitnące petunie. Mieszkanie było zamknięte, lokator siedział z innymi w piwnicy. Spojrzał na mnie jak na wariata, kiedy go poprosiłem o te petunie. Wzruszył ramionami, ale dał klucze i pozwolił je zerwać. "Greta" miała więc bukiet kwiatów.

Źródło: Jan Nowak-Jeziorański przemawia w RWE (1952) // Materiały prasowe

Wieść o tym, że "skoczek" żeni sie z łączniczką, rozeszła się piorunem. Kaplica była pełna. Niemcy siedzieli o trzysta metrów dalej w Alejach Ujazdowskich. Szliśmy do ołtarza po podłodze zasłanej potłuczonym szkłem, które łamało się z trzaskiem pod nogami. W oknach kaplicy nie pozostał ani jeden witraż. Ksiądz śpieszył się na pogrzeb i ceremonia nie trwała dłużej niż siedem minut. Delegacja "Chwatów" w osobach dwóch młodziutkich żołnierzy wręczyła "Grecie" wiązankę gladiolusów zerwanych w ogrodach Zakładu Głuchoniemych i Ociemniałych. Na ślubie zjawił się także John Ward, który dał nam w prezencie piękny obrazek Madonny.

Prosto z kaplicy poszliśmy na mogiłę "Juli" i tam "Greta" złożyła otrzymane kwiaty. Na kwaterze u Ericssona "Wasyl" zgotował małe przyjęcie. Jego młoda żona była córką Pakulskich, właścicieli wielkiego sklepu kolonialnego na rogu Marszałkowskiej i Koszykowej. "Wasyl" zaprezentował z tryumfem butelkę wina ocalałą z piwnicy sklepu Pakulskich, ktoś inny przyniósł jeszcze jedną puszkę angielskich konserw i dwie sardynek. W trzydziestym siódmym dniu Powstania była to nie lada uczta weselna.

Tego wieczoru mieliśmy ostatni raz mięso w ustach, jeśli nie liczyć dwóch gołębi, zabitych w kilka dni później przez podmuch bomby, która zburzyła narożnik Wilczej i Mokotowskiej. Ledwo doniosłem je do Ericssona, tyle rąk po drodze wyciągało się po nie. Gdy głód dawał się we znaki coraz mocniej, rozeszła się wiadomość, że gdzieś w browarze Haberbuscha odkryto magazyn jęczmienia.

Poszedłem po ten jęczmień z całym konwojem i przydźwigałem na plecach ze trzydzieści kilo. Już się rozeszły pogłoski o kapitulacji, gdy nagle po długich tygodniach milczenia odezwała się znowu potężnym głosem artyleria. Bitwa o Pragę rozegrała się dosłownie na naszych oczach. Gdy przedmieście zostało zajęte przez Armię Czerwoną i wojsko Berlinga, za pomocą polowej lornetki obserwowaliśmy ze strychu pobliskiego domu ruch oddziałów na ulicach Pragi, sowieckie kolumny samochodowe i czołgi. W prostej linii nie mogły być od nas dalej niż o dwa–trzy tysiące metrów.

Niemcy skoncentrowali teraz cały wysiłek na zniszczeniu i zdobyciu przyczółka czerniakowskiego, który wnet odcięty został od reszty miasta.

Źródło: Z lewej okładka książki "Kurier z Warszawy", z prawej Jan Nowak-Jeziorański, dyrektor Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa w latach 1952-1976 // Materiały prasowe

W tym czasie "Błyskawica" nadawała nieprzerwanie. Codziennie z "Adamem" odbywaliśmy wyprawy na Poznańską. W połowie września ten ocalały skrawek Śródmieścia prowadził przedziwne życie. Zatarła się wszelka różnica pomiędzy linią frontu a zapleczem. Już w końcu sierpnia nie było w całej Warszawie ani jednego miejsca oddalonego od najbliższych pozycji niemieckich więcej niż trzysta metrów. Ponieważ Niemcy musieli unikać rażenia własnych oddziałów, więc cały ogień artylerii, "ryczących krów", "latających kufrów", granatników i lotnictwa koncentrował się nie na tej pierwszej linii, lecz właśnie na zapleczu. Na froncie pod bokiem Niemców bywało najbezpieczniej. Nieraz żołnierz, który w czasie służby na barykadzie wytrzymywał natarcia czołgów i ogień cekaemów, ginął od bomby lotniczej w czasie odpoczynku w jakiejś piwnicy na tyłach.

Tak zwana pierwsza linia przybierała dziwny kształt. Przecinała wszerz i wzdłuż ulice, ruiny, domy i podwórka. Czasem zdarzało się, że Niemcy siedzieli w piwnicach, a nasi na parterze i wyższych kondygnacjach, albo odwrotnie. Bywało tak, że w niektórych domach zażarta walka toczyła się o każde piętro i klatkę schodową, a nieprzyjaciela usiłowano obejść i zaskoczyć, wdzierając się nagle przez wysadzone plastykiem przejście w murze z sąsiedniej kamienicy. Niemcy atakowali w dzień, a nasze przeciwnatarcia następowały przeważnie nocą. Tam, gdzie panował względny spokój, walka ograniczała się do wzajemnego polowania ukrytych "gołębiarzy" na ludzi ukazujących się w ich polu widzenia.

Tyły zaczynały się już o kilkadziesiąt metrów dalej – na następnym podwórku. Tu znajdowały się szpitale i punkty sanitarne, kuchnie polowe peżetek, drukarnie, w których odbijano prasę powstańczą, fabryki broni i amunicji.

Źródło: Jan Nowak-Jeziorański, dyrektor Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa w latach 1952-1976, przy lekturze gazety codziennej "Życie Warszawy" // Materiały prasowe

W połowie września Niemcy znajdowali się na jednym końcu Doliny Szwajcarskiej, a po drugiej stronie ulicy Szopena, prawie bezpośrednio za workami z piaskiem i stanowiskami erkaemów, odbijano "Biuletyn Informacyjny". Jeszcze w drugiej połowie sierpnia w kinie "Palladium" dwukrotnie wyświetlano film nakręcony w czasie Powstania, co było zresztą szczytem lekkomyślności z uwagi na nagromadzenie w jednym miejscu tak wielkiej liczby ludzi. Niemcy znajdowali się dosłownie o sto kroków dalej w barze "Żywiec" na rogu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Film miał podwójną ilustrację dźwiękową: Piątej symfonii Beethovena z płyty gramofonowej i normalnej strzelaniny z okolicy Dworca Głównego.

Na tyłach jednego z domów na Piusa pracował motor zasilający w prąd ukrytą w pobliżu wytwórnię amunicji i naszą radiostację. Przechodziłem tamtędy codziennie po kilka razy do studia na Poznańskiej w czasie przewlekłej agonii Powstania. Otoczenie zmieniało swój wygląd z dnia na dzień, w miarę jak ulegały zburzeniu albo wypaleniu okoliczne domy, lecz motor pracował nieprzerwanie. Jego miarowy, monotonny warkot dziwnie jakoś dodawał otuchy. Ten odgłos był jakby tętnem Warszawy świadczącym, że pomimo ruin i zgliszcz wciąż pulsuje w niej życie.

Każda warszawska kamienica stanowiła światek sam w sobie. Przed wojną można było mieszkać przez dziesięć lat w tym samym domu, nie wiedząc, kim jest i jak się nazywa sąsiad o piętro wyżej. W czasie Powstania wszyscy mieszkańcy kamienicy stanowili jedną zwartą gromadę. Ta wspólnota stanowiła chyba jedną z najbardziej charakterystycznych cech powstańczego życia. Była to wspólnota piwnicznego schronu, kotła z zupą i kawałka chleba, wspólnota niebezpieczeństwa, a bardzo często wspólnota śmierci i zbiorowej mogiły. Jej zewnętrznym wyrazem był ołtarz ustawiony w sieni, na podwórku lub w piwnicy, przed którym gromadzili się do wspólnej modlitwy wszyscy domownicy – zarówno ci najpobożniejsi, jak i tacy, którzy od lat nie przekroczyli progu kościoła. Wpatrzeni w postać Chrystusa albo Matki Boskiej powtarzali głośno: „od nagłej i niespodziewanej śmierci wybaw nas, Panie”.

Źródło: Jan Nowak-Jeziorański podczas przemówienia // Materiały prasowe

Modlono się szczególnie żarliwie o ocalenie właśnie ich domu. Nikt się nie zastanawiał, dlaczego Pan Bóg miałby okazać się szczególnie łaskawy, powiedzmy, dla kamienicy Piusa 21, gdy wokoło inne domy waliły się czy paliły.

W miarę przedłużenia się walk przybywało coraz więcej „lokatorów” na podwórzowym skwerku. Na grobach widziało się napisy w rodzaju: „Gosposia z pierwszego piętra”. Nikt nie troszczył się o ustalenie nazwiska – przecież i tak wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. Podobnie jak wiedziano, że w mogile, na której umieszczono tabliczkę z napisem „Pan Józio”, pochowany został ogólnie lubiany dozorca domu, którego nigdy inaczej nie nazywano.

Kamienica, która nie uległa jeszcze całkowitemu zburzeniu lub spaleniu, musiała być w każdej chwili gotowa do obrony zarówno przed ogniem, jak i przed natarciem nieprzyjaciela. Na strychu i w bramie czuwały na zmianę w dzień i w nocy posterunki złożone z mieszkańców domu. Brama zabarykadowana była najczęściej od wewnątrz ziemią, cegłami i sprzętem wszelkiego rodzaju. Kontakt ze światem zewnętrznym utrzymywany był przez piwnice i przejścia poprzebijane w ścianach. W mroku majaczyły skulone postacie ludzi siedzących wzdłuż korytarzy. Środkiem piwnicy przesuwał się nieustannie korowód żołnierzy, gońców, harcerzy roznoszących pocztę, sanitariuszek z rannymi na noszach, wreszcie... kolporterek z prasą. Na ich widok wyciągały się setki rąk.

Głód wiadomości był niemal tak samo silny jak głód fizyczny, a prasa przynosiła komunikaty z miasta i ze świata, na którym rozgrywały się wówczas wielkie wydarzenia. W tym samym czasie gdy front wschodni zastygł nieruchomo naprzód na skraju wawerskiego lasku majaczącego na horyzoncie, a później na praskim brzegu Wisły, zwycięska ofensywa Sprzymierzonych na Zachodzie doprowadziła do uwolnienia prawie całej Francji, Luksemburga i połowy Belgii. Na Wschodzie zaś następowały kolejno: kapitulacja Finlandii, kapitulacja Rumunii, kapitulacja Bułgarii. Pięć stolic europejskich padło w tym samym czasie, gdy Warszawa daremnie oczekiwała odsieczy z drugiej strony Wisły...

Jan Nowak-Jeziorańskiwłaśc. Zdzisław Antoni Jeziorański (1914–2005), publicysta, polityk, działacz niepodległościowy. W czasie wojny żołnierz Armii Krajowej, emisariusz kursujący między Warszawą, Sztokholmem i Londynem. Po upadku Powstania Warszawskiego na emigracji w Londynie, od 1952 w Monachium. W latach 1952–1976 dyrektor Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Był też jednym z dyrektorów Kongresu Polonii Amerykańskiej. Autor m.in. głośnych książek wspomnieniowych: Kurier z Warszawy(1978), Wojna w eterze (1986), Polska z oddali (1988).

Polub WP Książki
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne