Kumari to istota boska, która mieszka w ciele dziewczynki. "Musi być ładna, z 32 cechami fizycznej doskonałości"

Do Nepalu jeździ od kilkunastu lat, czego efektem jest jej pierwsza książka: zbiór fascynujących reportaży, "Kopnij piłkę ponad chmury". Iwona Szelezińska zapoznaje nas z fascynującym światem Kumari - dziewczynek, w których zamieszkuje bóstwo śmierci.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Małe dziewczynki umieszczane są w pałacu, gdzie żyją zdala od bliskich
Małe dziewczynki umieszczane są w pałacu, gdzie żyją zdala od bliskich (Materiały prasowe)
WP

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Marginesy publikujemy fragment książki "Kopnij piłkę ponad chmury" oraz wywiad z autorką.

Rozdział 1. Do pierwszej krwi

Jej sięgająca ziemi suknia, gumka do włosów, obicie złotego tronu, jej stopy i czubki palców u rąk, paznokcie, majtki, skarpetki na zimowe wieczory i noce, ręcznik, nawet szczoteczka do zębów – wszystko jest w kolorze neonowej czerwieni. Jak krew. Złote są tron, biżuteria i korona; ceremonialną szatę przeplata złota nić. W świąteczne dni nakłada naszyjnik, również złoty, w kształcie węża. Na co dzień pilnują go kapłani, leży głęboko schowany w starych skrzyniach ulokowanych gdzieś w mrokach świątyni. To szczególny naszyjnik ze szczególną mocą, przekazywany nowej Kumari przez tę ustępującą z urzędu. W momencie, gdy go zakłada, zachodzi w niej przemiana, funkcjonuje jak w transie, stapia się z innym wymiarem. Ponoć później niewiele z tych chwil pamięta. To moment bliski doświadczeniu śmierci. Taką energię ma bogini Taledźu. Złoto jest symbolem jej wielkości. W żyłach Kumari płynie krew bogini śmierci. Gdy straci choć jedną kroplę, uleci z niej boską moc.

WP

Najczęściej jest to krew menstruacyjna. Z chwilą osiągnięcia dojrzałości płciowej staje się zwykłym człowiekiem. Na nowo.


W pałacowej komnacie nad wątłym płomieniem świecy pochylają się dwie postacie. Na czerwoną ścianę z cegły padają ich wydłużone cienie. Jest późna noc, księżyc jak hak już dawno wbił się w granat nieba, królewskie małżonki spokojnie chrapią pod pierzynami z kaczych piór, podobnie jak ich córy i synowie, kapłani, pałacowa służba i liczni poddani. Miasto śpi, Katmandu śni swój sen o szczęśliwym królestwie otoczonym górami. Jak co noc. Tylko straż, jak to straż, wypina pierś, wytęża wzrok, nadstawia uszu, z obowiązku zapewnienia ochrony królowi i jego podwładnym. Siedzą przy stole. Grają w kości. Słychać rozmowę, co jakiś czas wybucha salwa śmiechu. Kobieta i mężczyzna. Ona i on, wydawać by się mogło w trakcie spotkania pełnego flirtu i nadmiernej swobody. Lecz nic bardziej mylnego. Barczysta postać rzucająca szeroki cień na ścianę to król we własnej osobie, pomimo późnej pory strojny w koronacyjne regalia, kosztowne klejnoty i turban z pawim piórem. Drugi cień jest inny, niezwyczajny, bardziej delikatny, gdzieniegdzie wątły, w innych partiach natomiast jakby nabrzmiały, zdradzający niewieście krągłości.

Dokładnie widać zarys tiary i kolczyki ciężko zwisające z wyciągniętych konch uszu. Raptownie powierzchnię ściany zagarnia cień pięciu par rąk, które owa postać rozpostarła, rzucając kośćmi. Gdy spojrzymy na jej twarz delikatnie oświetloną jakże słabym płomieniem świecy, zachwyci nas jej uroda – piękno, w które można się zapadać w nieskończoność, tracąc zmysły i kontakt ze światem. Jej oczy, patrzące w środek i w dal, wzbudzą jednocześnie strach i spokój. Nieuważne spojrzenie prosto w Trzecie Oko, wyraźnie połyskujące na gładkim czole, zepchnie nas w otchłanie obłędu. To bogini Taledźu. Bogini śmierci. Jest naczelnym bóstwem opiekuńczym króla i objawia się, by wesprzeć go w trudnych decyzjach. Przy świecy, we dwoje, pod osłoną nocy rozprawiają o przyszłości kraju. Snują plany, które pęcznieją nieokiełznanie w miarę wzbogacania ich o kolejne szczegóły. Wielokrotnie wcześniej spotykali się w ten sposób.

WP

Lubią swoje towarzystwo. Nie ma w tym flirtu ani romansu. Spokojnie mija czas: dni, miesiące, lata. Aż pewnego razu króla ogarnęła żądza, która pali do kości. Nie zdołał jej powstrzymać. Stracił nad sobą kontrolę, rzucił się na piękną Taledźu, by ją pochwycić w miłosny uścisk. Złapać, obezwładnić, wykorzystać. Ona się wymknęła, szybka i zwinna, choć ogromnie zaskoczona królewskim gestem. Stało się to, czego najbardziej się obawiała; to, co w żadnym wypadku nie powinno było się zdarzyć – król się w niej zakochał. Taledźu zalała fala gniewu. Kto go nie widział, ten nie zdoła sobie wyobrazić jej straszliwego oblicza. Jej oczy, wcześniej łagodne, teraz zapłonęły żywym ogniem. Została poniżona. Dotknięta do żywego. A bóstwa poniżać nie wolno. Zniknęła. On błagał o wybaczenie, rzucił się na ziemię i szlochał, bo doskonale wiedział, że bez jej pomocy rządzenie królestwem jest niemożliwe.

Straci władzę, zawiedzie swój lud. Wtem usłyszał głos dobiegający z daleka, a choć odległy, to mocny i wyraźny: "jeśli chcesz mnie jeszcze zobaczyć, wybierz małą dziewczynkę z rodziny buddyjskich Newarów, piękną i bez skazy, z trzydziestoma dwoma cechami fizycznej doskonałości. Czcij ją dokładnie tak, jak czcisz mnie. Poprzez nią objawię się tobie, w ten sposób nadal będę twym wsparciem i podporą. Będzie na tyle mała i dziecięca, abyś nie mógł jej zapragnąć. Nazwij ją Kumari”.

Materiały prasowe
Podziel się
WP

W pierwszym rozdziale swojej książki napisałaś o Kumari. Wyjaśnij proszę czytelnikom, czym dokładnie jest zjawisko Kumari we współczesnym Nepalu?

Tradycja Kumari jest bardzo złożona, więc trudno będzie ją wyjaśnić w jednym zdaniu. Powstała w II połowie XVIII wieku i dziś wygląda zupełni inaczej niż kiedyś. Nepal się zmienia i staje się coraz bardziej nowoczesną przestrzenią, więc również sama tradycja Kumari przeszła liczne modyfikacje.

Pokrótce: Kumari jest reinkarnowanym bóstwem śmierci - Taledźu. To bogini, która zamieszkuje w ciele dziewczynki i sprawuje pieczę nad Doliną Katmandu. Dziecko wybierane jest spośród Newarów (jedna z grup etnicznych na terenie Nepalu), koniecznie jest z buddyjskiej rodziny, mimo że tradycja wywodzi się z hinduizmu. Dziewczynka pretendowana do tej roli jest na ogół w bardzo młodym wieku - mają trzy do ośmiu lat. Nie tylko jej pochodzenie, ale również wygląd zewnętrzny jest dokładnie określony. Musi być ładna i bez skazy, z 32 cechami fizycznej doskonałości. Uważa się, że gdy straci choć jedną kroplę krwi, to uleci z niej boską moc. Dlatego funkcję sprawuje do dnia, w którym dostanie pierwszej miesiączki. Większość Nepalczyków wierzy, że Kumari jest postacią o niezwykłej energii, wręcz wyższych mocach i to dzięki niej w kraju są zachowane ład i harmonia. Jej zadaniem jest opieka nad całą społecznością, dawniej, kiedy Nepal był jeszcze monarchią, przede wszystkim nad samym królem.

Jak to możliwe, że w XXI wieku ludzie wciąż wierzą, że w ciele ludzkiej istoty mieszka bóg?

WP

Nepal jest miejscem, w którym ludzie bardzo intensywnie oddają się wątkom religijnym, to nadal niezwykle tradycyjna przestrzeń.. Pewnie również dlatego, że Nepalczycy wciąż żyją blisko natury otoczeni wysokimi górami, które przez wieki stanowiły barierę między nimi a resztą świata, funkcjonują w dość surowym klimacie, na trudnym terenie, a to wymaga pokory. Od bladego świtu do późnego wieczora widać ludzi zmierzających do świątyni, pogrążonych w modlitwie, szepczących mantry czy palących lampki maślane. Skupiają się na rytuałach, dbają o swoją tradycję, a jednocześnie kształcą się, pracują, mają dostęp do nowych technologii. Jedno nie wyklucza drugiego. Gdy oprowadzam wycieczki (od kilkunastu lat pracuję jako pilot wycieczek głównie w Nepalu i Indiach ), turyści często poddają w wątpliwość zasadność lokalnych religijnych praktyk, pytają o sens tych wierzeń. Dlaczego czczą Kumari? Dlaczego panteon hinduskich bóstw jest tak obszerny? Jak to możliwe, że nadal, że wciąż, że nic się nie zmienia? Nie rozumiem tego typu pytań. Nie wiem, czemu miałoby się zmieniać, a tym bardziej czemu zewnętrzny obserwator daje sobie prawo do sugerowania, czy narzucania tych zmian. To jest obca kultura, jeśli chcemy ją poznać, zbliżyć się do niej, możemy to zrobić jedynie poprzez szacunek.

Nepal to jedyne miejsce na ziemi, gdzie czci się boga w ciele żyjącej osoby – w skali światowej jest to bardzo nietypowa sytuacja. Rozumiem, że nam - ludziom Zachodu może być trudno zrozumieć fenomen Kumari oraz jej ogromną pozycję w kraju. Podejrzewam, a nawet wiem, że niejeden Nepalczyk też ma z tym problem. Doskonale rozumiem, że może wydawać się okrutne, jak małe dziewczynki są odrywane od rodziny, na długie lata umieszczane w pałacu, z którego mogą wychodzić tylko trzynaście razy do roku i to podczas świąt religijnych, jak są izolowane od świata, bez możliwości kształcenia się czy kontaktu z rówieśnikami. To są najczęściej stawiane zarzuty wobec tradycji Kumari, tylko że nie wszystkie one są zgodne z prawdą. A nawet jeśli są prawdziwe, to mówi się wyłącznie o archaicznej formie tej tradycji, nie wskazując na zmiany, jakie sukcesywnie zachodziły przez ostatnie dziesięciolecia. Zresztą te zmiany wynikają i korespondują z rozwojem Nepalu, przemianami społecznymi mającymi miejsce w tym kraju.

Jak istnienie takiej funkcji jak Kumari ma się do równouprawnienia kobiet? Czy taka funkcja nie łamie praw dziecka?

Uważam, że na wszystko można spojrzeć na wiele sposobów. Jak już wspomniałam na samym początku, moim zdaniem to bardzo złożona tradycja, wielowątkowa, nawet kontrowersyjna. I dlatego właśnie pokusiłam się o zgłębienie tego tematu. Najłatwiej jest wszystko zanegować i przekreślić, trudniej jest zauważyć szerszą perspektywę. Postanowiłam dotrzeć do źródła, porozmawiać z byłym Kumari, ich rodzicami, opiekunami, też zwykłymi Nepalczykami, żeby poznać szczegóły tych praktyk, móc dostrzec niuanse. Fascynuje mnie ta tradycja, również sama postać Kumari. Chciałam wiedzieć, jak one się czują w tej roli, jak postrzegają w niej same siebie? Czy czują się skrzywdzone? Starałam się napisać ten tekst bez oceny, w sposób otwarty, nie zamykając czytelnika na samodzielne rozważania i celowo nie odpowiedziałam na podstawowe pytania. Czy Kumari jest nieszczęśliwa? Czy ta tradycja powinna trwać? Czy Kumari jest istotą boską czy ludzką? Co więcej, nadal nie znam na nie odpowiedzi, mam tylko prywatny pogląd na tę kwestię. Oddałam głos moim bohaterkom, ich perspektywa jest znacznie ważniejsza od mojej.

WP

Niedawno przeczytałam wzruszającą autobiografię Ani Choing Drolmy – tybetańskiej mniszki, która wydała kilka płyt z mantrami i podróżuje po całym świecie, występując na scenie. W książce przyznała, że pójście do klasztoru było ucieczką od przemocy ze strony mężczyzn i jedyną okazją do nauki. Można zaryzykować stwierdzenie, że życie w klasztorze umożliwia nepalskim dzieciom podstawowe wykształcenie?

Każda historia jest inna, każda rodzina ma inne możliwości. Faktycznie, czasem wysłanie dziecka do klasztoru jest jedyną szansą zapewnienia mu edukacji, a nawet należytej opieki. Zwłaszcza jeśli mówimy o wioskach wysokogórskich, gdzie często szkoła znajduje się za daleko, żeby dzieciak mógł codziennie do niej uczęszczać. Najczęściej dzieci z gór uczą się w szkołach z internatem, również często takie placówki znajdują się przy klasztorach. Dzisiaj do szkół uczęszczają dzieci obojga płci, ale nadal nie każde Nepalskie dziecko ma szansę na edukację. Czasami, jeśli rodzice nie mogą do szkoły posłać wszystkich swoich dzieci, nadal w pierwszej kolejności kształci się syna. Do tej pory w Nepalu nie ma obowiązku nauki wczesnoszkolnej. Bo, choć owszem w ramach szkolnictwa publicznego jest ona bezpłatna, to trzeba wpłacić wpisowe, kupić podręczniki i dowieźć dzieci do szkół, a to wymaga nakładów finansowych. Poza tym powoli zmienia się świadomość, przewartościowują społeczne role. Wszystko wymaga czasu.

A wracając do Kumari, to dzisiaj ma ona prawo do formalnej edukacji. Codziennie na kilka godzin do jej pałacu przychodzą nauczyciele, można powiedzieć, że kształci się w ramach domowego nauczania. Realizuje przyjęty program, też w tym samym czasie, co jej rówieśnicy podchodzi do egzaminów. Schodząc z urzędu, ma takie same jak oni kompetencje.

Ale czy kobiety w Nepalu mogą decydować o sobie i swoim życiu, czy robią to za nich rodzice?

W Nepalu mamy do czynienia z patriarchalną strukturą społeczną, gdzie kobieta nie ma do końca szansy stanowić o sobie, gdzie funkcjonuje w oparciu nie tyle o rodziców, co mężczyznę, ojca bądź męża. To mężczyzna reprezentuje ją poza domem, jest wizytówką całej rodziny, którą w świetle norm społecznych ma otoczyć opieką, należycie o nią zadbać, zabezpieczyć pod każdym względem, nie tylko finansowym. Na jego barkach spoczywa więc trudne i odpowiedzialne zadanie, jeśli się z niego nie wywiąże podlega ostrej społecznej ocenie, nawet ostracyzmowi. W ramach tradycyjnego społeczeństwa każdy ma w nim wyraźnie wyznaczone miejsce, konkretne role do odegrania. I kobieta, i mężczyzna są w pewnym sensie pozbawieni pełni wolności, bo decyzje mężczyzny, również te dotyczące jego kobiety, wynikają z tradycji, ustanowionej normy, opinii starszyzny. Mają więc mniej swobody, ale też są bardziej bezpieczni, bo stanowią element kolektywu.

Ale jednak trzeba przyznać, że Nepalki nie mają łatwego życia. Czy przemoc i brak szacunku wobec kobiet jest normą?

Patriarchat jest jedną z opcji społecznego funkcjonowania. I według mnie nie zakłada braku szacunku wobec kobiet, ale wyraźnie ustawia mężczyznę jako tego, który panuje nad sytuacją, dominuje społecznie. Jeśli mężczyzna wykorzystuje swoje stanowisko czy siłę fizyczną, by skrzywdzić kobietę, jest to wyraźne nadużycie jego pozycji i stanowi działanie patologiczne, kryminalne. Przemoc wobec kobiet nie jest w Nepalu usankcjonowana społecznie, tym bardziej prawnie, nie można tej sprawy przedstawiać w ten sposób. Niestety bardzo często się tak robi.

Świat się zmienia, zmienia się funkcjonowanie Nepalek, ich możliwości, ale też i potrzeby. Właśnie teraz jest czas kiedy kobiety w Azji Południowej wyraźnie podjęły walkę o swoje pełnoprawne, równoważne funkcjonowanie społeczne. Teraz mają taką szansę. Mocno je wspieram w tych dążeniach.

A co ze szczęściem? Ludzie na zachodzie żyją w dobrobycie i bogactwie materialnym, ale jednak wielu cierpi na depresję. Nepalczycy mają niewiele, ale wyglądają na szczęśliwszych. Z czego to wynika?

Może z tego, że szukamy szczęścia nie tam, gdzie powinniśmy? Myślę, że to, co czyni ludzi szczęśliwymi, to życie rodzinne i społeczne, życie godne, czas pokoju, też funkcjonowanie w kontakcie z naturą, a nie pieniądze. Nepalczycy tworzą społeczeństwo kolektywistyczne, w innej skali doświadczają samotności niż my. Na ogół, tak było dawniej i jest również dzisiaj, mieszkają w wielopokoleniowych domach, gdzie trzy pokolenia funkcjonują pod jednym dachem. Każdy zna swoje miejsce w rodzinie, każdy pełni w niej określone funkcje. Nikt nie zostaje sam z problemem, bo nawet najbardziej błaha sprawa dotyczy ogółu domowników. Oczywiście w takich domach jest znacznie mniej miejsca na prywatność, na indywidualizm. Nepalczycy wydają się również bardziej akceptujący.

Życie w Himalajach uczy pokory?

Na pewno. Nepalczycy są góralami, to ludzie gór, w każdym tego słowa znaczeniu. Społeczność nepalska zawsze była i nadal jest wyraźnie zależna od natury, a ta potrafi być groźna i nieprzewidywalna. Nepalczycy szanują góry, czczą je, w naturalny sposób do nich przynależą.

Czy twoim zdaniem turystyka pomaga Nepalowi, czy szkodzi?

Współcześnie turystyka jest dla Nepalu główną gałęzią gospodarki, spora część Nepalczyków utrzymuje się z obsługi ruchu turystycznego. Teraz, już ponad trzy lata po trzęsieniu ziemi w 2015 roku, turyści zaczynają do Nepalu wracać. I dobrze, bo Nepal jest absolutnie gotowy na ich ponowne przyjęcie.

Turystyka sama w sobie nie jest zła. Wszystko zależy od tego, jak jest zorganizowana i z jakim nastawieniem ruszamy w drogę. Jeśli podróżujemy świadomie i z szacunkiem do odwiedzanej przestrzeni i tamtejszej kultury, a przede wszystkim lokalnych ludzi, to myślę, że wszystko jest w porządku. Szkodę przynosi pogarda i poczucie wyższości. Nie lubię masowego podejścia do turystyki. Na szczęście Nepal nie jest masową destynacją.

O autorce:

Iwona Szelezińska pochodzi z Sopotu, na studia wyjechała do Krakowa, gdzie na Uniwersytecie Jagiellońskim ukończyła filologię indyjską i animację kultury. W trakcie studiów rok spędziła w New Delhi. Był to jej pierwszy bezpośredni kontakt z Indiami – niezwykle intensywne doświadczenie, które nadało kierunek jej późniejszej zawodowej ścieżce. Od 2007 roku pracuje jako pilot wycieczek po Turcji, Indiach i Nepalu. Jej wieloletnie, nie tylko służbowe, ale i prywatne podróże do tych krajów, zaowocowały serią reportaży na portalu CSPA (Centrum Studiów Polska-Azja), publikacjami na łamach "Gazety Wyborczej" (w "Dużym Formacie" i "Magazynie Świątecznym") oraz w kilku magazynach podróżniczych. W 2011 roku ukończyła Polską Szkołę Reportażu. "Nepal. Kopnij piłkę ponad chmury" to jej debiut książkowy. Mieszka w Warszawie, choć znaczną część roku spędza w Azji. Organizuje autorskie wyjazdy do Indii i Nepalu w ramach własnego biura podróży MIEJSCA.

Materiały prasowe
Podziel się
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP