Królewny i ladacznice. Opowieść o renesansowej Polsce

Jak wyglądało życie kobiet za czasów ostatnich Jagiellonów? Anna Brzezińska zagląda na królewskie komnaty i do domów rozpusty. Podgląda uczty i śluby, spiski i gwałty. A bohaterkami ”Córek Wawelu” są nie tylko królewny, ale i mieszczki, kobiety z plebsu przyjmowane do pracy jako sługi, traktowane jak niewolnice.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Anna Brzezińska, pisarka i mediewistka.
Anna Brzezińska, pisarka i mediewistka. (Andrzej Banaś/WL)

Rachela Berkowska: Piętnastolatka wykorzystywana seksualnie przez pracodawcę rodzi córeczkę-karlicę. Kilka lat później ta ”maskotka” trafia na królewski dwór. Opisywane przez panią czasy, to jakieś piekło kobiet. Mylę się w ocenie?

Anna Brzezińska: Z naszej perspektywy przemoc na przełomie średniowiecza i renesansu była ogromna, ale też wówczas zupełnie inaczej ją rozumiano. W XXI wieku jest dla nas naturalne, że mąż nie powinien bić żony, a dzieci nie są własnością rodziców. Tymczasem w XVI wieku naukowe i moralne autorytety zalecały wprawdzie umiarkowane karcenie żony, ale umiarkowanie oznaczało, że kij, którym ją bito, nie powinien być zbyt gruby. Król Kazimierz Jagiellończyk ponoć cieszył się, kiedy nauczyciel chłostał jego synów, bo chciał, żeby wzrastali w karności.

Przemoc rządziła powszechnie?

Ale ówczesna przemoc nie była skierowana wyłącznie przeciwko kobietom. Przyzwalano na przemoc wobec tych, którzy stali niżej w hierarchii społecznej: szlachcic okrutnie karcił poddanych, kupiec pomiatał pracownikami, rzemieślnik potrafił zatłuc czeladnika. Państwo wymierzało obywatelom sprawiedliwość z ogromną dozą okrucieństwa, chociażby poprzez publiczne chłosty przy pręgierzu, obcinanie uszu za kradzież czy łamanie kołem.

Taka była codzienność?

Nie umiem powiedzieć, jaka była skala przemocy, zwłaszcza przemocy domowej – bo i teraz na to pytanie niełatwo odpowiedzieć. ”Córki Wawelu” zaczynają się od historii młodziutkiej wieśniaczki, która przybywa do Krakowa po lepsze życie i najmuje się na służbę u rzemieślnika, po czym nie tylko udaje się jej uzbierać posagu, ale staje się ofiarą przemocy, także seksualnej, i rodzi nieślubne dziecko. Jest postacią fikcyjną, ale źródła sądowe opowiadają nam bardzo wiele historii służących, które znalazły się w więzieniu po tym, jak zabiły nieślubne dziecko. Niemniej trudno wyrabiać sobie wyobrażenie o przeszłości wyłącznie na ich podstawie, to tak, jakbyśmy chcieli opowiadać o współczesności przez pryzmat kroniki kryminalnej.

Można się było komuś na przemoc skarżyć?

Okrucieństwo w dawnych wiekach trudno było powstrzymać i jeśli krzywdzone kobiety szukały pomocy, zwykle zwracały się ku rodzinie lub Kościołowi, niekiedy interweniowała również wspólnota sąsiedzka czy parafialna.

Domena publiczna
Podziel się

Od lewej Katarzyna, Zofia i Anna – trzy najmłodsze córki Bony. Portrety pędzla Lucasa Cranacha Młodszego.

Chłopki, służące, rzemieślniczki. Choć książka jest o królewnach, postanowiła pani dać głos kobietom zapomnianym. Przywrócić, czy może lepiej - nadać im miejsce w społeczeństwie. Nikt wcześniej się nimi nie interesował?

Historycy interesowali się od dawna plebejuszkami, oczywiście na tyle, na ile pozwalają nam źródła, bo przecież niewyobrażalnie więcej mówią o córkach królów niż o córkach wieśniaków. Ale są źródła mówiące o kobietach z plebsu, sporo – od ksiąg parafialnych, gdzie są zapisywane imiona dzieci, poprzez źródła prawne, aż po dzieła literackie czy wizerunki, z których można bardzo wiele wywnioskować o stereotypach i rolach płciowych czy nastawieniu wobec służących. Ale najważniejsze wydaje mi się coś innego. Mam dwóch synów w wieku szkolnym – jednego w podstawówce, drugiego w gimnazjum. Obaj lubią historię. Obaj mają podręczniki zawężające historię nieomal wyłącznie do historii elit, czyli są tam królowie, bitwy, rozejmy, czasami jakiś akapicik o kulturze. Jeżeli więc dzieci wyobrażają sobie siebie w przeszłości, to zwykle jakoś na tych polach bitew i w zamkach. Tymczasem większość z nas jest dziećmi wieśniaków i służących. Większość naszych przodków nie negocjowała rozejmów ani nie stawała w szrankach. I właśnie chcąc wypełnić tę lukę, wprowadziłam do ”Córek Wawelu” tak wiele bohaterek plebejskich.

Królewna znaczyło gwarantka sojuszu, w domyśle - pokoju i przedłużenie dynastii. Naszym królewnom wolno było mieć i wyrażać poglądy polityczne?

Myślę, że były monarchistkami (śmiech). A mówiąc bardziej serio, to od kobiet w tamtych czasach nie oczekiwano poglądów politycznych. Wręcz przeciwnie. Jeżeli pojawiła się królowa, która poglądy polityczne miała – jak na przykład królowa Bona – to wieszano na niej psy i za życia, i po śmierci przez długie pokolenia.

Domena publiczna
Podziel się

Bona Sforza, żona Zygmunta Starego, portret pędzla Lucasa Cranacha Młodszego.

Córki gasnącej dynastii często wykorzystywano w transmisji krwi i władzy. Ale nie oczekiwano, że będą samodzielnie rządziły i chociaż w epoce renesansu pojawiło się wiele wybitnych władczyń, każda z nich musiała stworzyć skomplikowaną konstrukcję ideologiczną, żeby uzasadnić swoje prawa do berła i co gorsza do miecza, który jest symbolem królewskiej władzy. Najłatwiej było królowym regentkom, jeśli rządziły w imieniu swoich dzieci, bo one mogły się powoływać na doktrynę miłości macierzyńskiej. Ale zasadniczo kobietę u władzy postrzegano jako zaburzenie naturalnego porządku świata. Bo kobiety – zgodnie z Biblią stanowiącą wówczas podstawowe źródło nauki moralnej – miały być poddane mężczyznom. Uważano, że kobiety nie posiadały ani mądrości, ani cnót politycznych. Bo, niestety, Ewa zerwała w Rajskim Ogrodzie jabłko. Odbijało się nam to jabłko przez długie pokolenia.

Cnota ponad wszystko.

Kiedy w ostatnich latach panowania Zygmunta Augusta jego trzecia żona, Katarzyna Habsburżanka, powróciła do cesarstwa, dworzanie cesarscy z zadziwieniem komentowali, że jej polskie dwórki są nad podziw skromne. I faktycznie królowa Bona, a potem jej córka Anna Jagiellonka, trzymały swoje dwórki twardą ręką. Na polskim dworze nie funkcjonowało nic podobnego do słynnego lotnego szwadronu francuskiej królowej Katarzyny Medycejskiej, której dwórki potrafiły podawać do stołu w skąpym przebraniu antycznych nimf i z rozpuszczonymi włosami, a królowa bardzo sprawnie podsuwała je jako kochanki różnym wybitnym arystokratom. U nas było poważniej i bogobojnie – i współcześni widzieli te różnice, o czym możemy się przekonać chociażby porównując ”Dworzanina polskiego” Łukasza Górnickiego z oryginalnym włoskim traktatem Baltazara Castiglione. Górnicki sam przyznaje, że usunął pewne partie, bo Polki są skromne, nie brylują przy towarzyskich okazjach jak Włoszki, a ich uszy nie zniosą pewnych tematów.

Królewna Jadwiga kulała, bo wstydziła się pokazać złamaną nogę medykowi. Nasze królewny były aż tak pruderyjne?

Wychowanie królewien było – zapewne, bo obracamy się teraz w kręgu hipotez – nastawione głównie na wykształcenie ich na cnotliwe przyszłe żony i matki królów. Musiały znać języki, przede wszystkim łacinę, żeby się porozumieć z przyszłym małżonkiem, oraz ceremoniał dworski, żeby sprawnie się poruszać w dworskim otoczeniu i należycie podkreślać swój status. Z ich późniejszych listów wynika, że posiadały dużą kulturę literacką, choć oczywiście nie kształcono ich na erudytki. Ale nawet królowa pozostawała kobietą, a u kobiety, co było wiedzą powszechną, ręce powinny pracować, a jęzor milczeć.

Nawet ręce królewny?

Jagiellonki posiadały pewną znajomość gospodarstwa domowego i jako dorosłe kobiety przesyłały sobie w listach chociażby przepisy kulinarne. Haftowały i szyły, ponieważ robótki ręczne uchodziły wówczas nie za hobby, tylko za istotną część wychowania etycznego. Bo praca, jak wierzono, chroniła kobiety przed zgorszeniem.

Było społeczne przyzwolenie na pozamałżeńskie romanse władców. Kobietom też wybaczano rozwiązłość?

Podstawowym obowiązkiem królowej było urodzenie następcy tronu. Gdy kwestionowano prowadzenie się królowej, kwestionowano zarazem pochodzenie jej dzieci – skądinąd dlatego w kobietę najłatwiej było uderzyć poprzez jej seksualność. I właśnie dlatego po renesansowych dworach krążyło tyle plotek o pokątnych romansach królowych, nieślubnych dzieciach, które ukryto i chyłkiem spalono w kominie i podrzutkach, które bezpłodne władczynie podsunęły małżonkowi jako własne. Wszystko to delegitymizowało królewskie potomstwo.

Miłość była w tamtych czasach luksusem?

Miłość była czymś, co wedle moralistów – bo życie pisało różne scenariusze, o czym świadczy słynny skandal wokół związku króla Zygmunta Augusta z Barbarą Radziwiłłówną – powinno się pojawiać w małżeństwie. Ale nawet w małżeństwie nie oczekiwano miłości rozumianej jako erotyczna pasja. Staropolscy pisarze uważali, że żona powinna być najlepszym przyjacielem i towarzyszem, a księżom zdarzało się lamentować, że jeśli ktoś nadmiernie kocha swoją żonę, to grzeszy. Myślę, że dla córek renesansowych władców luksusem były i miłość, i szczęśliwe małżeństwo. Nie zdarzały się tak często i nie zawsze szły w parze.

Domena publiczna
Podziel się

Śmierć Barbary Radziwiłłówny pędzla Józefa Simmlera.

Kościół wymagał, by narzeczeni wyrazili zgodę na małżeństwo, ale zdarzało się różnie i ze źródeł wiemy, że zdarzało się, że opór panny bywał brutalnie łamany. Jagiellonowie nie słynęli okrucieństwem, ale jeśli polityka tego wymagała, prowadzili negocjacje małżeńskie nawet z dość przerażającymi zalotnikami – Bohdanem Ślepym z Mołdawii czy Iwanem Groźnym z Moskwy. I wprawdzie panny chodziły zapłakane, ale to od mężczyzn – od ojca czy brata – zależało, czy dojdzie do związku.

Na szczęście Zygmunt Stary wiedział co to miłość. Sam mawiał ponoć, że dobre małżeństwo wymaga tyleż dobrych dni, co nocy.

Myślę, że podstawowa różnica nie polegała na tym, że ludzie kiedyś nie darzyli się wielką namiętnością albo nie kochali się, nie byli sobie wierni i nie chcieli spędzić ze sobą życia. Różnica jest raczej taka, że miłości erotycznej nie uważano kiedyś za wystarczający powód do małżeństwa, bo rozumiano je nie jako wybór dwojga ludzi, tylko jako związek dwóch rodzin. Dziewczęta – i córki mieszczan, i córki królów – od dzieciństwa wiedziały, że kiedyś zostaną wydane za mąż przez ojców i jeśli ojcowie je kochali, mogły mieć tylko nadzieję, że wybiorą im dobrych mężów. Ale wiedziały też, że wezmą pod uwagę nie tylko emocje swoich córek, ale również interes rodu. Jeżeli rzemieślnik miał jedyną córkę dziedziczkę, to szukał dla niej solidnego, utalentowanego czeladnika, który zmieni warsztat w prosperujący interes, a żonie zapewni dobrobyt; skądinąd praktyka sądowa wskazuje, że w dawnych epokach sporą wagę przywiązywano do tego, co my byśmy nazwali przemocą ekonomiczną i jeśli żona przymierała głodem, mogła liczyć na większą wyrozumiałość sędziów, niż gdyby uskarżała się, że mąż jej nie kocha.

Jak traktowano kobiety samotne, żyły poza nawiasem?

Przede wszystkim nie znano singielek, były po prostu stare panny. Nie sądzę, żeby były poza nawiasem – były raczej na obrzeżu rodziny i pozostawały zależne, chyba że miały znaczny osobisty majątek. Ale głównym źródłem wpływów kobiet było w tamtych czasach macierzyństwo, ich rola jako żony i gospodyni, a także miłość i bliskość z mężami czy innymi mężczyznami, którzy kierowali rodzinami. I kiedy moraliści opisywali idealne życie kobiet, wiedzieli je jako panny, potem mężatki, a na końcu wdowy. Ale życie układało się różnie i kiedy historycy demografii zaczęli analizować chociażby strukturę kobiet w miastach, okazało się, że wiele z nich – do jednej czwartej, a nawet więcej ogólnej liczby kobiet – nie wychodziło za mąż. Wiele z nich to służące. Inne to mniszki. Jeszcze inne to kobiety, które z różnych powodów nie wyszły za mąż – bo nie miały posagu, nie cieszyły się dobrą reputacją, były brzydkie, chorowite itd. Nie żyły według jednego wzorca, ale gdybym miała szukać jakiejś ich wspólnej cechy, powiedziałabym, że większość pozostawała zależna od innych. Najwięcej niezależności miały wdowy.

Z rachunków królewskich wynika, że wykonano łóżeczko dla karła mieszkającego w komnacie córek króla Zygmunta Starego. Pisze pani swoją historię z perspektywy karlicy Dosi. To jej oczami podglądamy codzienne życie jagiellońskich królewien: Jadwigi, Izabeli, Zofii, Anny i Katarzyny. Zatem istniała. Miała dobre życie?

Prawdziwa Dosia była karlicą królewny Katarzyny Jagiellonki i towarzyszyła jej podczas uwięzienia w zamku w Gripsholmie. Potem została ochmistrzynią jej syna, a ponieważ pisywała listy do innych królewien, wiemy, że mały królewicz Zygmunt lubił na niej jeździć jak na koniku. Na pewno ją ceniono, bo z kolei w rachunkach królewskiego dworu w Szwecji zachowała się wzmianka o figach sprowadzanych specjalnie dla niej, kiedy była chora. Ale nie wiem, czy była szczęśliwa. O wielu rzeczach – także tych najciekawszych – źródła historyczne milczą. I właśnie dlatego postanowiłam w ”Córkach Wawelu” spleść esej popularnonaukowy z fikcją.

Andrzej Banaś/WL
Podziel się

O autorce: Anna Brzezińska – historyczka, pisarka fantasy (trzykrotna laureatka Nagrody Janusza A. Zajdla), autorka ”Córek Wawelu”, książki historycznej o Jagiellonkach.

Materiały prasowe
Podziel się

”Córki Wawelu”, Anna Brzezińska, Wydawnictwo Literackie.

Obejrzyj też: #dziejesiewkulturze

0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.