Trwa ładowanie...

Jerzy Vetulani. Tragiczna śmierć rozdzieliła go z młodszym bratem. "Obaj stracili życie przez nieuwagę"

Wybitny polski naukowiec zmarł potrącony na pasach dla pieszych. W wydanej właśnie biografii Vetulaniego czytamy o równie tragicznej śmierci jego młodszego brata. To to wydarzenie miało zmobilizować go do obrony doktoratu.

Share
Wybitny polski naukowiec zmarł potrącony na pasach dla pieszychWybitny polski naukowiec zmarł potrącony na pasach dla pieszych
d13h14e

Jerzy Vetulani zostaje 2 marca 2017 roku ranny w wypadku na przejściu dla pieszych. Nie odzyska już przytomności. Umiera po pięciu tygodniach. Rok wcześniej mówi: "Warto żyć tak długo, jak długo jesteśmy w stanie myśleć, jak długo pracuje nasz mózg". Kocha wprawiać innych w osłupienie. Dla niego "życie jest wrzodem na ciele Wszechświata", ale bada je, poznaje i uczy o nim. Vetulani całe życie związany jest z Krakowem. To on współtworzy Piwnicę pod Baranami i staje się jedną z legend tego miejsca. W krakowskim Instytucie Farmakologii Polskiej Akademii Nauk rozwija naukową karierę.

Walczy o rzeczy ważne. O wolność w opozycji demokratycznej. O prawa kobiet. O prawa społeczności LGBT+. O legalizację marihuany do celów medycznych. Nikogo, kto się z nim styka, nie pozostawia obojętnym. Studenci go uwielbiają, a świat nauki i podziwia, i krytykuje. A wszystko to zaczyna się w 1965 roku, gdy jego brat tonie podczas spływu kajakowego. Jerzy jest wstrząśnięty, ale właśnie ta śmierć mobilizuje go do obrony doktoratu. Kariera naukowa rozpędzi się w sposób imponujący. Vetulani zostanie jednym z najczęściej cytowanych polskich naukowców w dziedzinie biomedycyny.

Prezentujemy fragment książki Katarzyny Kubisiowskiej "Vetulani. Piękny umysł, dzikie serce" wydawnictwa Znak.

Wir

Jana zgubi nieuwaga. Albo: Jana zgubi piękno natury. Młodszy brat Jerzego zagapi się – uniesie głowę, straci z oczu horyzont. Jest piątek, 18 czerwca 1965 roku. Słońce wzeszło o 3.13, zajdzie o 20.03.

d13h14e

Trwa drugi dzień XXIV Międzynarodowego Spływu Kajakowego na Dunajcu. Startuje 1876 uczestników. Start w Nowym Targu, meta w Nowym Sączu. Poziom wody powodziowy, przez ostatnie dni nieprzerwanie padał deszcz.

Andrzej Mirocki, lekarz, w spływie uczestniczy jako szef służby zdrowia – w razie wypadku ma udzielać pomocy. Płynie w ogonie. W okolicach Sokolicy widzi stu-studwudziestometrowe bystrze – gwałtownie płynącą wodę, a w niej kamienie i inne cuda-niewidy. Obserwuje zjawisko, z którym nigdy wcześniej ani później się nie spotka, choć na wodzie spędzi mnóstwo czasu. Na odcinku, gdzie woda płynie już spokojnie, tworzy się wir o średnicy około dziesięciu metrów. W jego środku woda zamienia się chwilami w lej, a chwilami w grzyb wysoki na kilkadziesiąt centymetrów. Mirocki mówi na głos: "Gdyby tutaj ktoś wpadł do wody, nie sądzę, by mógł się uratować". Nie ma pojęcia, że dwie godziny wcześniej wywrócił się tu kajak, którym płynął Jan.

Jan płynie w kajaku ze Stanisławem Waltosiem, sześć lat starszym kolegą, prawnikiem. Do pokonania mają dwadzieścia cztery kilometry między Czorsztynem a Krościenkiem. Woda jest mętna, kajak z dykty, są bez kapoków. Sycą oczy przyrodą. Nagle czują zryw, kajak rozkręca się jak śmigło. Lądują w wodzie, wszystko trwa ułamki sekund. Janka wciąga wir, znika pod wodą. Jakaś para ma odwagę podpłynąć na tyle blisko, by podać Waltosiowi wiosło. Łapie się, jemu się udaje.

Ciało Jana zostaje wyłowione poniżej Krościenka. Kilometrami dryfuje z nurtem Dunajca. Kilka godzin wcześniej, podczas tego samego spływu, ginie doktor weterynarii – Aleksander Ratomski.

d13h14e

Kiedy w mieszkaniu Vetulanich dzwoni telefon, słuchawkę podnosi Irena, matka Jana. Ktoś mówi, że prosi do telefonu żonę Jerzego, czyli Marię, jej synową. Irena na to: "Już wołam". Chwilę czeka i zmienionym głosem wypowiada zadanie: "Słucham, tu Maria Vetulani". Ktoś w słuchawce – zapewne z trudem – przekazuje informację o śmierci Janka.

Irena odkłada słuchawkę. Martwieje. Przez jej duszę przechodzi lawina rozpaczy. Podnosi słuchawkę po raz drugi, wykręca numer arcybiskupa Karo­la Wojtyły, przyjaciela rodziny. Prosi go o przyjście do ich mieszania przy placu Wolności. Nie czeka długo, teraz już są razem, siedzą w salonie. Z wykładu powinien już wrócić Adam, mąż Ireny, ojciec Jerzego i Jana. W końcu jest, otwiera drzwi, od progu, jak to ma w zwyczaju, mówi śpiewne "Halooooo". Widzi w salonie Irenę i Karola. Tknięty przeczuciem, pyta: "Janek?".

Archiwum rodzinne Vetulanich
Jerzy i Janek, fot. Archiwum rodzinne Vetulanich

Teraz już rozmawiają we trójkę. Pochyleni, skupieni. Adam i Irena nagle starsi o całe swoje życie. Następnego dnia Vetulani, profesor prawa kanonicznego, zmacerowany i blady jak ściana, idzie prowadzić wykład. Etos profesorski nie pozwala mu opuścić zajęć.

d13h14e

 "Dziennik Polski" w wydaniu z dnia 18 czerwca 1965 roku:

Obydwaj zmarli byli wytrawnymi kajakarzami-turystami, wielokrotnie brali udział w tego rodzaju imprezach wodniackich, opisane wypadki miały już miejsce po przepłynięciu najtrudniejszych odcinków rzeki.

Na znak żałoby ze spływu wycofały się wszystkie załogi Klubu Turystyki Kajakowej PTTK z Krakowa, którego członkami byli obydwaj tragicznie zmarli turyści.

W tym samym numerze "Dziennika", kilka stron dalej, zamieszczony zostaje nekrolog:

d13h14e

Jan Vetulani, magister praw i magister filozofii, asystent Uniwersytetu Jagiellońskiego, ur. 4 maja 1938 r., zmarł śmiercią tragiczną dnia 18 czerwca 1965 r. Pogrzeb odbędzie się w kaplicy na cmentarzu Rakowickim w poniedziałek dnia 21 czerwca, o godz. 14 – o czym zawiadamiają pogrążeni w głębokiej żałobie rodzice, braterstwo i rodzina. Nabożeństwo żałobne zostanie odprawione we wtorek dnia 22 czerwca, o godz. 18 w kościele OO. Kapucynów.

Archiwum rodzinne Vetulanich
Archiwum rodzinne Vetulanich

W nekrologu Jana uderza słowo "braterstwo". Dziwne, jakby nie na miejscu. Są niczym Kain i Abel. Jerzy – prowokujący, Jan – wyważony. Starszy – ateista, młodszy – wierzący. Pierwszy testuje granice cierpliwości rodziców, drugi jest dla nich opoką. Pierwszy – kąsa, drugi – łagodzi. Jurek – ekstrawertyczny, gaduła, pysk mu się nie zamyka, wszystko wie, wszystko przeczytał, a jak nie przeczytał, to dobrze słyszał. Janek – małomówny introwertyk. Nawet trudno powiedzieć, czy się lubią.

Jurek niezadowolenie okazuje już w momencie narodzin Janka. Staje na głowie, by go wyeliminować. Wanienkę, w której Janek jest kąpany, wyparzano, więc on do niej ukradkiem pluje. Kiedy indziej Jurkowi udaje się skraść puderniczkę swojej matki chrzestnej, Doni Dobrowolskiej, i wysypać jej zawartość na kilkumiesięcznego Janka. Na szczęście szybko nadbiegają opiekunki, usłyszawszy kaszel berbecia.

Archiwum rodzinne Vetulanich
Archiwum rodzinne Vetulanich

Później, podczas obiadów, Jurek nie może sobie darować, by przechodząc obok Janka, nie rąbnąć go pięścią w plecy.

d13h14e

Zygmunt Vetulani, informatyk i matematyk, kuzyn Jurka i Janka, uważa, że bracia, wychowywani przez "nadkochających" i tolerancyjnych rodziców, prowadzili w wieku młodzieńczym nieustanną rywalizację o ich względy. A rywalizacja wynikała w dużym stopniu z różnicy temperamentów. Młodszy o dwa lata Janek był, jak się niektórym osobom wydawało, w szczególnych łaskach u swojej mamy – kobiety wykształconej, przyrodniczki o dużym potencjale naukowym, co nie było wcale regułą w krakowskich rodzinach profesorskich, a przy tym osoby całkowicie oddanej rodzinie i dalekiej od świadomego faworyzowania któregoś z synów. Tym niemniej Jurek instynktownie wyczuwał różnice w traktowaniu synów przez mamę i stopniowo wchodził w rolę tego "złego". Przybierając maskę czarnego charakteru, chciał odróżnić się od "dobrego" młodszego brata i przyciągnąć uwagę rodziców.

Jerzy nad Janem ma władzę, dopóki ten nie nabierze ciała i siły – wtedy to młodszy wleje starszemu. Od tego momentu Jerzy już nigdy więcej nie podniesie na brata ręki. Dokucza mu wyłącznie kpiną, przezywa: "rycerzyk Niepokalanej".

Bracia mają jednak coś wspólnego – ruchliwość nie do ujarzmienia. Wszędzie ich pełno – szybko się ruszają, szybko mówią, szybko podejmują decyzje.

Archiwum rodzinne Vetulanich
Archiwum rodzinne Vetulanich

Obaj też tracą życie przez nieuwagę.

d13h14e

W czasie żałobnej mszy za Janka, odprawianej przez arcybiskupa Karola Wojtyłę, Jurek siedzi samotnie w ławce, z głową opartą o dłonie, kompletnie zdruzgotany. Trzęsie się, szlocha. To nie ten sam człowiek, który wcześniej śmiał się z każdej celebry.

Jerzy Vetulani: "Brat jechał pełen entuzjazmu, nikt nie brał po uwagę, że może stać się coś złego. […] Gdy mama powiedziała mi, co się stało, dostałem ataku histerii. […] W końcu wziąłem się w garść".

Po raz drugi Jerzy Vetulani dostaje ataku histerii, gdy wraz z profesorem Stanisławem Włodyką, zaprzyjaźnionym sąsiadem z kamienicy przy placu Wolności, w Krościenku identyfikuje ciało brata. Arcybiskup Wojtyła w kazaniu nad trumną Jana Vetulaniego: "Życie i śmierć stanowi całość losu człowieka na ziemi. Jakże szybko utworzyły one całość Twojego losu!".

FRANCISZEK VETULANI
Fot: FRANCISZEK VETULANI

Na nagrobku Jana Vetulaniego widnieje napis: "Kochał Boga, był promienny, dobry dla wszystkich, zginął tragicznie".

Profesor Stanisław Waltoś, z którym spotykam się w listopadzie 2019 roku w jego gabinecie mieszczącym się w renesansowych murach Collegium Maius, niechętnie wraca do przeszłości. Łamiącym się głosem wyznaje, że wciąż czuje się winny, że powinien zginąć on, a nie Janek. Waltoś, zapalony kajakarz, po śmierci Janka sprzedaje składak. Pasja się kończy, trauma zostaje.

Ale nigdy nie zapomni ciepła, którym obdarzył go Jurek w tych tragicznych chwilach. Pocieszał, obejmował. Identycznie zachowywał się jego ojciec. Do dziś kilka razy w roku pali znicze na grobie Janka.

ZNAK
ZNAK

#dziejesienazywo: Jerzy Vetulani o finansowym aspekcie delegalizacji marihuany

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
d13h14e
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d13h14e
d13h14e