Trwa ładowanie...
24-06-2016 15:40

Eisler: Komuniści uznawali, że z hołotą się nie rozmawia

- Typową dla komunizmu, immanentną cechą systemu była nieumiejętność dialogu. Uznawano, że z hołotą się nie rozmawia - mówi historyk Jerzy Eisler, autor takich książek jak "Siedmiu wspaniałych. Poczet pierwszych sekratarzy KC PZPR" czy ''Polskie miesiące, czyli kryzys(y) w PRL''.

Eisler: Komuniści uznawali, że z hołotą się nie rozmawiaŹródło: PAP
dk4qn2y
dk4qn2y
- Typową dla komunizmu, immanentną cechą systemu była nieumiejętność dialogu. Uznawano, że z hołotą się nie rozmawia - mówi historyk Jerzy Eisler , autor takich książek jak "Siedmiu wspaniałych. Poczet pierwszych sekratarzy KC PZPR" czy ''Polskie miesiące, czyli kryzys(y) w PRL'' .

„Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie".

Jerzy Eisler: Cyrankiewicz powiedział to 29 czerwca 1956 roku, dzień po rozpoczęciu rewolty, gdy bunt już został opanowany przez wojsko.

Opanowany kosztem kilkudziesięciu ofiar.

Udokumentowano śmierć 57 osób, ale jest prawdopodobne, że było ich więcej. Rannych było ponad tysiąc, ale nie da się ustalić, ilu dokładnie, bo lekarze i pielęgniarki szybko opatrywali przywiezionych do szpitala i wypuszczali do domów zanim wpadnie SB.

Poszło na ostro.

To był najdramatyczniejszy z polskich miesięcy.

dk4qn2y

To dlaczego 20 lat później, w Radomiu w 1976 roku, władza ludowa nie odrąbała tej ręki?

Bo sprawowali ją już inni ludzie, którzy wstępowali do partii, kiedy ta była już u władzy.

Karierowicze?

W czasach PRL funkcjonowało pojęcie „starego KPP-owca", czyli osoby, która zostawała komunistą ze względów ideowych. To nie był kanalia, karierowicz. To znaczy, oni czasem byli kanaliami, owszem, ale był tam jakiś wybór ideowy. A w pokoleniu gierkowskim ten element zanikał albo zanikł zupełnie.

Na zdjęciu: Józef Cyrankiewicz i Józef Stalin

(img|667160|center)

dk4qn2y

To byli niemal technokraci.

Trafne określenie – niemal technokraci, czyli grupa, która nawet chciała uchodzić za technokratów.

I już nie chciała mordować?

Tak sądzę. Tacy ludzie jak Barcikowski, Olszowski, Kępa czy Tejchma, urodzeni na przełomie lat 20. i 30., choć przeżyli wojnę, to mieli inny stosunek do ludzkiego życia. Mieli też mniejsze doświadczenia z kontaktów z towarzyszami radzieckimi, a jeśli już, to nie z najtwardszymi stalinowcami, którzy organizowali kolejne fazy czystek.

Sami przetrwali stalinizm na relatywnie niskim szczeblu...

Działali w ZMP, w ruchu młodzieżowym, budowali socjalizm, robili karierę, ale trudno ich obarczać osobistą odpowiedzialnością za wyrywanie paznokci, katowanie i mordy bezpieki.

dk4qn2y

Gdyby mnie profesor zapytał jak ucznia, który czerwiec był ważniejszy, to pewnie powiedziałbym, że ten drugi, bo choć nikt nie zginął, to po nim powstała opozycja demokratyczna.

Ja najchętniej uchyliłbym się od tego pytania, ale załóżmy, że pan naciska i napiera...

Naciskam i napieram.

Wtedy wskazałbym, że istotniejszy był jednak Czerwiec '56, bo to on utorował drogę do Października '56, czyli ewidentnej zmiany. To był rzecz jasna przełom w obrębie systemu, ale jednak przełom. Oczywiście ma pan rację, że Czerwiec '76 przyniósł powstanie organizacji opozycyjnych z KOR-em na czele. To ci działacze często znaleźli się później na czele ruchu „Solidarności".

Bez KOR nie byłoby „Solidarności"?

Tego bym nie powiedział, ale na pewno powstanie KOR bardzo potem pomogło w jej narodzinach.

dk4qn2y

Czerwiec '56 to był jedyny polski zryw zbrojny.

Takie to były czasy: ludzie mieli za sobą doświadczenia jak nie Września '39, to partyzantki, armii Andersa, LWP, Żołnierzy Wyklętych, każdy potrafił posługiwać się bronią, dziś nie wiem, czy co dziesiąty. To wojna była punktem odniesienia. Nic dziwnego, że dziewczęta z opaskami na ramionach opatrujące rannych przedstawiały się jako „powstańcza służba medyczna".

Łatwo było o broń.

To inna sprawa. Nieprzypadkowo zresztą po 1945 roku mówiło się, że łatwiej o broń niż o chleb i to niestety była prawda.

Od czego wszystko się zaczęło?

Jak zawsze w przypadku późniejszych buntów tło było ekonomiczne, choć w 1956 roku nie protestowano przeciwko podwyżkom cen, tylko raczej obniżkom płac: zawyżaniom norm, obcięciu godzin nadliczbowych, nałożeniu podatku.

dk4qn2y

W 1970 roku ludzie zorientowali się na stołówce. A wtedy?

Zaczęło się w Warszawie, bo 26 czerwca do ministra przemysłu Romana Fidelskiego przyjechała delegacja robotnicza z Cegielskiego, wtedy Zakładów im. Józefa Stalina. I tow. Fidelski na wszystkie postulaty reagował bardzo przychylnie: „Nie ma problemu", „To już załatwione, tamto za chwilę" i zakończył obietnicą, że następnego dnia przyjeżdża do Poznania i tam dokończą rozmowę.

Przyjechał.

Ale stało się coś dziwnego – teraz już na wszystko odpowiadał „nie". To, co wczoraj nie było problemem, dziś stawało się absolutnie niemożliwe.

Dlaczego?

Tego nie wiemy, bo Fidelski nigdy nie przemówił, zresztą gdyby przemówił, pewnie byłyby to frazesy.

dk4qn2y

Czyli przyjechał do Poznania tylko po to, by ludzi wkurzyć?!

Tak. I nastąpił krach rozmów, a na kolejny dzień ogłoszono początek strajku.

Czwartek to jakiś pechowy dzień. W 1956 roku też był „czarny czwartek", 28 czerwca robotnicy wyszli na ulicę...

Ale to był Poznań, ludzie pamiętali zabory i niemiecki porządek, więc protestujący dbali, by nie deptać trawników.

Serio? Szli grzecznie po bruku, nie po trawie?

Po bruku i to było znaczące, bo tu dochodzimy do kwestii, na którą coraz częściej zwracam uwagę, czyli sprawy mody...

Mnie też automatycznie kojarzy się pan profesor z modą. Moda – Eisler, Eisler – moda...

(śmiech) Zabiję pana później. W 1956 roku ludzie zakładali na siebie to, co było pod ręką, co mieli, nie patrząc, jak to wygląda.

A jaki ma to związek z brukiem?

Dosłowny – bardzo wielu z nich było w drewniakach. Teraz nikt poza plażą i wakacjami tak nie chodzi, a wtedy to nie brało się z mody, lecz z ubóstwa. W wielu relacjach przewija się wątek stukotu chodaków po bruku. Ale wróćmy do tej demonstracji. Kiedy doszła pod komitet, to najpierw polano ich wodą, a gdy w odpowiedzi posypały się kamienie, zaczęto strzelać z broni ostrej.

I tłum odpowiedział. Skąd mieli broń?

Młodzi mężczyźni zabrali ją ze studiów wojskowych, potem na kilku mniejszych posterunkach MO rozbrojono funkcjonariuszy. W ten sposób w rękach demonstrantów znalazło się około 100 sztuk broni.

Na zdjęciu: obchody 25. rocznicy wydarzeń w Poznaniu w 1956 roku

(img|667161|center)

A naprzeciw nim...

Gigantyczne siły. Do Poznania wjechało 359 czołgów, ponad trzy razy tyle, ile podczas wyzwalania ufortyfikowanego Poznania w lutym 1945 roku, kiedy Armia Czerwona użyła ich 105! Wykorzystano działa pancerne, armaty przeciwlotnicze...

Spodziewano się robotniczych nalotów dywanowych?

Rzucono wszystkie siły. W akcji wzięło udział blisko 11 tys. żołnierzy i wystrzelono w ciągu dwóch dni 180 tys. pocisków. Nie ma w tym słowa przesady: rozpętano małą wojnę.

Dowodził nią gen. Popławski, który zaraz potem wrócił do Moskwy, ale którego książkę wznawiano jeszcze w latach 80.

Swoją pomoc w dławieniu kontrrewolucji oferował sam marszałek Rokossowski, ale nie angażowano go. A dlaczego wojsko? Bo milicja nie była odpowiednio wyposażona, nie mała nawet pałek. Wszystko dlatego, że w państwie robotników i chłopów miała wystarczyć sama perswazja milicjanta, bez środków przymusu. Tymczasem w Poznaniu skończyło się na masakrze.

Którą zwieńczył mówiący o odrąbywaniu rąk premier Cyrankiewicz.

Paradoks polega na tym, że słowa te wypowiedział nie żaden twardogłowy, kominternowski komunista, ale właśnie Józef Cyrankiewicz – do wojny włącznie członek niepodległościowego PPS.

Bon vivant...

Którego wizerunek był zupełnie inny: liberał, humanista, ale też kobiety, mercedesy, drogie alkohole. On nawet w Sejmie, przemawiając, popijał tonik „Schweppesa" – dziś to w ogóle nie brzmi, ale wtedy to był absolutny luksus, dostępny tylko w Peweksie. Przecież wówczas nikt nie wiedział, co to tonik i co się z tym robi!

Jak to łączył?

Wielu mówi, że złamał go obóz, Auschwitz. Na pewno było to traumatyczne doświadczenie. Cyrankiewicz był jedynym znanym mi człowiekiem, który akces do obozu władzy zadeklarował cynicznie w sposób tak otwarty. W rozmowie ze znanym działaczem socjalistycznym Zygmuntem Zarembą, przed jego wyjazdem na emigrację, Cyrankiewicz powiedział wprost: „Zachód nas zdradził, przechodzę do komunistów". Czyli żadnych złudzeń panowie, porządek już zapanował i trzeba się urządzić.

Zostawmy Cyrankiewicza, ale to wszystko, co się stało w Poznaniu, wyglądało na prowokację. Mogli przecież pójść na drobne ustępstwa.

Typowa dla komunizmu, immanentna cecha systemu – nieumiejętność dialogu. Władza nie chciała zgodzić się na żadne, choćby najmniejsze ustępstwa i tą butą prowokowała ludzi. Z hołotą się nie rozmawia...

(img|667163|center)

...Do hołoty się strzela. Ta mentalność, choć bez użycia broni, przetrwała do 1976 roku.

Oczywiście! Tu mamy przykład ciągłości systemu. To jak ze „ścieżkami zdrowia", które po raz pierwszy stosowano na lotnisku Ławica pod Poznaniem w 1956 roku. Zresztą wtedy na lotnisku doszło do czegoś, co już później nigdy się nie powtórzyło – grupę zatrzymanych, przerażonych ludzi przebrano w hitlerowskie mundury, panterki, dano im schmeissery i tak pozowali do zdjęć jako „dywersanci z Niemiec Zachodnich".

Wyjaśnijmy jednak młodym, co to „ścieżki zdrowia".

To przepuszczanie więźniów przez szpaler milicjantów, którzy z obu stron biją ich pałkami i pasami ze sprzączkami. Tę nazwę – „ścieżki zdrowia" – dostały w 1976 roku, a na przykład w 1970 roku mówiono o nich „drogi ognia", bo ślady po pobiciu wyglądały jak ślady po poparzeniach.

Doszliśmy do czerwca 1976 roku. Bunt wywołała podwyżka cen, choć starano się nie mówić o podwyżce.

W PRL były operacje cenowe lub regulacja cen.

Regulacja była choćby w 1970 roku, kiedy zdrożały towary pierwszej potrzeby, lecz staniały lokomotywy.

A teraz zamiast tego premier Jaroszewicz ogłosił w telewizji podwyżki i skrajnie niesprawiedliwy system rekompensat. Zarabiający najmniej, czyli poniżej 1300 zł, miał dostać 240 zł, a ten, kto zarabiał 8 tys., dostawał 600 zł. Nic dziwnego, że ludzie wyszli na ulice.

A dalej już poszło.

Wybuchł strajk w radomskich zakładach im. Waltera, skąd ruszyła demonstracja zbierająca robotników z innych zakładów. Po mieście jeździły nawołujące do manifestacji ekipy na wózkach akumulatorowych. Wszyscy szli pod komitet, nikt ich nie niepokoił. Teraz już wiemy, że władza wykorzystała ten czas na ściągnięcie ZOMO z Kielc, Łodzi, Warszawy, Lublina i na przerzut samolotami studentów szkoły milicyjnej ze Szczytna.

Do komitetu w końcu weszli.

Najpierw delegacja, potem coraz więcej, aż w końcu okazało się, że członkowie władz zostali wyprowadzeni, zostawiając tylko dowody tego, jak im się powodziło – kolorowe telewizory w gabinetach, a przypominam, to był 1976 rok.

My mieliśmy kolorowy na święta 1980 roku.

A tam prócz telewizorów szynka i wiktuały w bufecie. I nie wiadomo, kto tak naprawdę podpalił komitet – oburzeni demonstranci, jakieś żule, które się przyłączyły, czy może była to prowokacja operatywnych funkcjonariuszy.

(img|667164|center)

Do rozlewu krwi jednak nie doszło.

Dwie osoby przygniotła naczepa ciężarówki, ale do demonstrantów nikt nie strzelał. Zresztą milicja i ZOMO zaatakowało dopiero, gdy część już poszła do domu, a zostało sporo gapiów patrzących, jak się pali komitet.

Wielu z nich oberwało za samo przyglądanie się.

Wie pan, jak ich wyłapywano? Patrząc, czy mają dłonie brudne od rzucania kamieniami. Ale przecież to byli robotnicy fizyczni, oni często mieli ręce, które trudno było domyć!

Ostatecznie władza się wycofała.

Jeszcze tego samego dnia Jaroszewicz zatrzymał podwyżki.

Ale nie cofnięto represji.

Czasem ciężko pobitych ludzi wypuszczano z aresztu, ale wielu dostawało wilcze bilety i nie mogli znaleźć żadnej pracy nigdzie, nie tylko w Radomiu. Ci ludzie potem najmowali się do jakichś prac dorywczych, sezonowych, czasem na czarno i tyle.

W Radomiu najstraszniejsza nie była chyba sama pacyfikacja, ale represje potem.

Wszelkim represjom poddano setki osób. Oczywiście trudno ich policzyć, bo bicie pałkami było w Radomiu powszechne. Jedna z relacji wstrząsnęła mną szczególnie. To opowieść kobiety, która błagała: „Panowie, nie bijcie, jestem w ciąży!" i usłyszała: „To k...o poronisz!"

Uff...

Nie miejmy złudzeń, to były absolutnie bandyckie metody. Po prostu bito zatrzymanych, a nie pacyfikowano demonstrację.

Jednym z najciężej pobitych był robotnik nazwiskiem Gierek, bo uznano, że przedstawiając się, żartuje z milicjantów.

Ale powiedzmy też otwarcie, że niektórzy z tych pobitych to nie były aniołki. Władze wybierały ludzi z elementu społecznego, recydywistów, żeby ich później pokazać jako przywódców robotniczego protestu. Dla celów propagandowych było to bardzo wygodne, że oto pijak, dwukrotnie karany, który uchyla się od alimentów, albo bandyta odbywający karę w zawieszeniu biorą udział w protestach. Tak tworzono obraz, że normalni robotnicy Radomia pracują, a tylko męty społeczne protestują.

Na zdjęciu: Jerzy Eisler

(img|667165|center)

Jak to mówiła Zofia Romaszewska, czasami byli to ludzie winni, ale akurat nie tego.

Jest historia człowieka, który był na warunkowym zwolnieniu z więzienia, więc jak zobaczył pochód, wyniósł przed dom krzesło i na nim siedział. Cały czas, żeby go wszyscy sąsiedzi widzieli, że nigdzie nie poszedł, że nie brał w tym udziału. I jaka była puenta? Zamknęli go, ścieżka zdrowia, proces...

Radom po protestach był dość przygnębiającym miejscem.

Na ludziach z KOR ogromne wrażenie zrobiło samo miasto. Radom przetrwał wojnę w zasadzie niezniszczony, w efekcie tam nie było nowych domów z wygodami, ale stare, dość skromne, zbudowane na przełomie XIX i XX wieku. Wielu z nich od czasów przedwojennych nie remontowano.

Poza tym to było miasto biedne.

A nawet bardzo biedne, a jednocześnie mające swoją dumę. To tu się odbył ostatni przed wojną kongres PPS, tu byli silni i świadomi swej siły robotnicy.

Mówimy o Radomiu, Ursusie...

...Ale stanął także Płock, a strajki były w całym kraju. Jednak to Radom był największy i na nim się skupiono.

I na nich skupił się gniew władzy.

Mamy wyidealizowany obraz Edwarda Gierka – liberała w dobrym garniturze, mówiącego po francusku. Ale to też człowiek, który w 1969 roku groził studentom, że „śląska woda pogruchocze im kości", a w 1976 roku na telekonferencji partyjnej mówił, że musimy tym wichrzycielom powiedzieć, jak my ich wszystkich nienawidzimy. Padały naprawdę straszne, pełne najgłębszej pogardy, obelżywe słowa.

Wiece potępiające Radom organizowano wszędzie.

To prawda, w całym kraju odbyły się wiece potępiające warchołów i jednocześnie popierające kierownictwo z I sekretarzem na czele. To wtedy, 2 lipca 1976 roku Gierek, przemawiając w katowickim Spodku, krzyknął „Partia – Polska!", co podchwycono, krzycząc „Partia – Gierek" , a potem „Polska – Gierek". Jak Ludwik XIV i „Francja to ja"...

Rozmawiał: Robert Mazurek

dk4qn2y
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
dk4qn2y