Była sekretarką Goebbelsa. Przed śmiercią opowiedziała o wszystkim, co przeżyła w gabinecie zbrodniarza

Brunhilde Pomsel to jedna z nielicznych osób dopuszczonych bezpośrednio do jednego z największych zbrodniarzy w historii. 70 lat po wojnie zdecydowała się przerwać milczenie. Publikujemy fragment książki "Niemieckie życie. Byłam sekretarką Goebbelsa".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Kobieta pracowała jako sekretarka Goebbelsa, niemieckiego polityka w rządzie Hitlera, następcy kanclerza III Rzeszy
Kobieta pracowała jako sekretarka Goebbelsa, niemieckiego polityka w rządzie Hitlera, następcy kanclerza III Rzeszy (East News)
WP

Cała nasza praca w Ministerstwie Propagandy była zasadniczo bardzo ściśle unormowana i powtarzalna. Siedziało się przy biurku i czekało na robotę. Z całej firmy, ze wszystkich wydziałów zbierał się tego duży stos. Wszystko było przygotowywane w celu informacyjnym i propagandowym, w każdej dziedzinie ludność musiała zostać poinformowana, w każdym obszarze trzeba było robić propagandę. Gospodarka, sztuka, teatr, opera, film – we wszystkim, nawet w najprostszych rozrywkach.

Wszystkie dziedziny miały na czele jakiegoś radcę ministerialnego. To była właśnie ta zasada biurokracji, taka piramida: na górze siedzi minister, na dole gońcy, a pośrodku my, sekretarki.

Ja w ogóle nie uważałam naszej pracy za ważną. Przyjemności mi i tak nie sprawiała. Nie była to owocna praca, po której wieczorem można było powiedzieć: "Ach, to było dzisiaj fajne, to zrobiłam dobrze". Tak nie było. Chodziło się tam, siedziało się, pisało coś na maszynie, gadało coś przez telefon. Oczywiście wiedziałyśmy, kiedy Goebbels przyjmował jakiegoś aktora, żeby mu dać reprymendę. Ale oni robili to bardzo zręcznie.

WP

To były sprawy, które po prostu nie docierały do opinii publicznej. Goebbels i jego referenci wiele rzeczy zachowywali dla siebie. Takie informacje nie wyciekały, bo wszystko, co nadawało radio i publikowała każda gazeta, od dawna było pod totalną kontrolą Ministerstwa Propagandy. Istniało przecież tylko jedno radio. Nie było też tak dużo do czytania jak dzisiaj i wszystko musiało mieć pozwolenie PROMI. A wszystko, co szło przez radio, miało tylko jedno kierownictwo, a więc żadnej możliwości uniku albo zmian.

Materiały prasowe
Podziel się
WP

"Z tego powodu ludzie ginęli na gilotynie"

Wiele spraw w ogóle nie przechodziło przez nasze ręce, lecz były nadzorowane na miejscu. Nie było już możliwości wyrobienia sobie innego zdania. Jedyną możliwością było słuchanie obcych stacji, choć skazywano za to na karę śmierci. Oczywiście było wiele ludzi, którzy robili to mimo wszystko. Ale kto dał się złapać, musiał się liczyć z tym, że będzie go to kosztować życie.

Ja nie miałam kontaktu z nikim, kto czegoś takiego słuchał. Wprawdzie znałam kilka osób absolutnie przeciwnych reżimowi, ale one były w stosunku do mnie szczególnie ostrożne. W ogóle w stosunku do mnie zachowywano wielką ostrożność, nawet jeżeli mnie znano prywatnie. Nie wolno było nawet posłuchać głupiego dowcipu.

Pamiętam jeszcze, że kabarecista Werner Finck pozwolił sobie na taką małą, nic nieznaczącą z pozoru uszczypliwość wobec nazistów. Z tego powodu ludzie ginęli na gilotynie. U nas bywało niewielu prominentów. A jak się któryś pojawił, na ogół coś przeskrobał.

WP

W tym czasie siedziałam w miejscu, gdzie zaczynało się biuro Ministerstwa, z wielkimi szklanymi drzwiami i dywanem, i dwoma fotelami. W pamięci widzę jeszcze, jak siedzi jeden, także aktor, który zrobił czy napisał jakąś głupią uwagę. Czekał na rozmowę z Goebbelsem. Wszyscy koło niego przechodziliśmy i przynajmniej obejrzeliśmy go sobie. I myśleliśmy: "Ach, ty biedaku, dzisiaj dostaniesz okropne manto!".

Nie pamiętam już, kto to był. Wystarczyło, że został przejęty list i trafił w ręce ważnej osoby, żeby ten, kto go napisał, został za to stracony. O tych sprawach mimochodem stale się dowiadywano, ich się nie zapomina.

My, panie z sekretariatu, wiedziałyśmy zawsze, kiedy minister wychodził albo przychodził. Stawał wtedy u nas w pokoju, zazwyczaj z kilkoma ludźmi albo adiutantami, jeden przecież zawsze był do niego przyklejony, myśmy wstawały i stałyśmy grzecznie za biurkami. Stałyśmy bez ruchu, a potem "Heil Hitler!", "Heil Hitler, panie ministrze!", i już go nie było.

WP
Materiały prasowe
Podziel się

On bardzo często wyjeżdżał albo był w kwaterze głównej Führera. W niektórych wyjazdach towarzyszyła mu zawsze jedna z sekretarek, na wypadek gdyby minister potrzebował maszynistki. Ja na przykład też z nim byłam, w pociągu pospiesznym do Poznania. Na wszelki wypadek musiałam pozostać w pociągu, a on w tym czasie wygłosił przemówienie.

Zdarzało się też, że nagle rozlegał się dzwonek, kiedy tam byli goście, a adiutant wołał tylko: "Szybko, szybko, ktoś do notowania!". Wtedy łapałam bloczek i ołówek. Goebbels dyskutował z kilkoma ważnymi osobami. Dyktował coś krótko i już mnie nie było. Rzadko wzywał sekretarki do dyktowania. Większość spraw omawiał bezpośrednio ze swoimi referentami, potem ci pracowali nad tym z radcami ministerialnymi, czasem także z tymi niższymi rangą, a myśmy wtedy pracowały głównie dla jego referentów.

WP

"U nas nie musiał być szarmancki"

Goebbels był przystojnym mężczyzną. Był niewysoki, raczej niski, powinien być trochę wyższy, żeby rzeczywiście coś sobą przedstawiać. Ale był niezwykle wypielęgnowany, miał wspaniałe garnitury, najlepszy materiał. Zawsze lekko opalony. Ręce zadbane, jakby codziennie przychodził do niego człowiek na manicure. A więc wszystko u niego było bez zarzutu. Podobno był bardzo szarmancki, chętnie w to wierzę. Ale u nas nie musiał być szarmancki.

My należałyśmy do wyposażenia, do biurek, które tam stały. To wszystko. Żadnego uśmiechu. Kiedy czasem w biurze były kwiaty, nie pytał, czy może ktoś ma urodziny, jak czasami robią szefowie, którzy w ten sposób próbują zyskać sympatię personelu. Nie, czegoś takiego nie było.

Ja zawsze mówiłam: "Goebbels uważa nas za swoje biurka". Nie chcę powiedzieć, że był pyszałkowaty, ale my byłyśmy dla niego jakby pozbawione płci. Nigdy nie próbował zbliżyć się do którejś z nas, choć żadna z nas nie była aż tak ładna. Otaczały go te wszystkie piękności filmowe i modelki, i wszystkie takie kobiety. Więc rzeczywiście nie musiał szukać przygód w swoim biurze.

Pewnego razu siedziałam obok niego w teatrze. Teatr podlegał przecież Göringowi. Staatstheater, opera itd., za to odpowiadał Göring, tu Goebbels nie mógł się wtrącać. Ale mniejsze teatry, Renaissance Theater, Komedia, takie rzeczy podlegały znowu Goebbelsowi. W swoje urodziny zaprosił więc do teatru przyjaciół. A z nas, sekretarek, zawsze wybierano dwie.

Jedna siedziała z prawej, a druga z jego lewej strony, ale nas nawet nie zawozili razem z nim. Nigdy też z nami nie rozmawiał. Tylko siedział pośrodku. Mimo to pamiętam, że to było niesamowicie zaszczytne zostać zaproszoną na tak rzadką okazję.

East News
Podziel się

W porównaniu z pozostałymi paniami ja byłam w PROMI nowicjuszką. A jedna kobieta była tam już od samego początku: panna Krüger, troszeczkę starsza, bardzo sympatyczna. Na pewno znał ją z nazwiska. Gdy się coś działo, zwracał się do niej. Myśmy ją też bardzo szanowały. Jako tę pierwszą. A praca była ze wszystkimi ogromnie przyjemna. Mnie oczywiście urzekało ładne wyposażenie, ładne dywany. We wszystkich biurach leżały prawdziwe dywany, takich w domu się nie miało. Czymś takim można mnie było łatwo kupić.

Co się tyczy ważnych osobistości, to również w PROMI, przy całej dyscyplinie, było mnóstwo plotek. Goebbels miał podobno romans z czeską diwą filmową, Lidą Baarovą. Podobno naprawdę ją kochał i ja w to wierzę. Mogę sobie to z łatwością wyobrazić. Były nawet pogłoski o rozwodzie, ale Hitler się nie zgodził. Takie pogłoski wtedy się już pojawiały. Ale nigdy nie można było powiedzieć, co jest prawdą, a co nie. Jednak mogę sobie wyobrazić, że było to zgodne z prawdą.

Poza tym o wiele rzeczy go niesłusznie posądzano. Pomawiano go o romanse. Z pewnością coś w tym jest, ale zbyt ważne to nie było.

Kiedy mężczyzna ma okazję, dopóki jest żonaty i ma dzieci, żeby z jakąś inną dziewczyną… to nic nowego, toteż tego nie brano mu za złe. Przeciwnie, żartowano sobie na ten temat. A jeśli o Goebbelsie opowiadano dowcipy, to w związku ze słabą płcią (…)

Jak miałam w niedzielę służbę, zdarzało się, że do Goebbelsa przychodziły jego dzieci, potem razem szli pieszo do domu. Mieli w mieście mieszkanie, obok Bramy Brandenburskiej. Kochane, dobrze wychowane dzieci. Inne niż te, które widzi się teraz. Miały miły sposób pozdrawiania człowieka, dygały. Naprawdę dobrze wychowane. Więc myśmy się zawsze bardzo cieszyły, kiedy one przychodziły.

Wikimedia Commons CC BY/ Goebbels z rodziną
Podziel się

A jeśli się o coś zapytało (one miały 5 do 7 lat) lub pochwaliło, np. "Masz ładną sukienkę!", to się cieszyły. Albo jeśli powiedziało się: "Może chcesz popisać na mojej maszynie?", odpowiadały: "O tak!". To było dla nich wspaniałe. Kiedy sadzało się je do maszyny i wkręcało arkusz papieru, mówiło się: "Napisz teraz list do tatusia, potrafisz to cudownie robić!". Właściwie nie miałam poczucia, żeby dzieci były przez Goebbelsa szczególnie doceniane, a pani Goebbels z dziećmi przebywała bardzo dużo poza Berlinem.

Właściwie nie próbowała być ważną osobą. Sprawiała wrażenie, że robi wszystko, co powinna robić jako żona jednego z najwyżej postawionych mężczyzn w kraju. Nie narzucała się. Ale to było moje wrażenie. Uważałam ja za bardzo sympatyczną kobietę.

"Nigdy nie byłam pod jego urokiem"

O Goebbelsie mogę powiedzieć jeszcze tylko to, że był znakomitym aktorem. Był dobrym aktorem. A przemiany dobrze wychowanego, poważnego człowieka w ordynarnego awanturnika nie potrafił wykonać lepiej od niego żaden aktor, to trzeba przyznać.

Był nie do poznania. Właśnie to w czasie tego wydarzenia w Pałacu Sportu tak nami wstrząsnęło. Jeśli się czegoś takiego doświadczy, gdy człowiek, którego widziało się prawie codziennie w biurze – wypielęgnowany, nobliwy, prawie arystokratyczna nobliwość – zmienia się w tego szalejącego karła, to większego kontrastu nie można sobie wyobrazić. W tej chwili był dla mnie wstrętny. Przerażający. Ale później znowu to wyparłam. Nigdy nie byłam pod jego urokiem albo coś w tym rodzaju (…)

East News
Podziel się

Byłam bardzo dumna z zaufania, którym mnie obdarzał. To było ważniejsze niż zaspokojenie ciekawości. Uważałam, że jestem bardzo szlachetna. Tego nigdy nie zapomnę.

Pod koniec wojny dostawałyśmy zawsze kolorowe kartki, różowe albo żółte. Na nich były najnowsze informacje, także o liczbach, stratach, bitwach. A także o gwałtach dokonywanych na niemieckich kobietach przez nadciągających Rosjan. Tego w ogóle nie można było sobie wyobrazić.

Potem podawano te przesadzone dane w radiu i w gazetach. Jeżeli było napisane: "We wsi zgwałcono 20 kobiet", robiono z tego 30, i tak dalej. Te dane przekazywano narodowi wyolbrzymione. Straszne zbrodnie przeciwników były multiplikowane. Bardzo dobrze to pamiętam. W każdym razie naprawdę ważne rzeczy, a także tajne rozkazy były trzymane w pancernych szafach.

Klucze do nich mieli tylko referenci. Wielu rzeczy ja sama, nawet gdybym chciała, nie mogłam zobaczyć przez tę krótką drogę do szafy pancernej. To były dwie minuty. Wiem tylko po części, jakie akta miałam w ręku.

Brunhilde Pomsel zmarła 27 stycznia 2017. Miała 106 lat. Książka "Niemieckie życie. Byłam sekretarką Goebbelsa" jest zapisem rozmów z Brunhilde Pomsel przeprowadzanych w latach 2013 i 2014 w Monachium, na potrzeby filmu dokumentalnego pod tym samym tytułem.

Materiały prasowe
Podziel się
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP