Rafał Ziemkiewicz od kilku lat pisze swoją, jak najbardziej subiektywną, najnowszą historię Polski po 1989 r. Czas wrzeszczących staruszków to ciąg dalszy rozważań z Polactwa i Michnikowszczyzny, aktualizowany przez ciąg kolejnych wydarzeń politycznych, wymuszających inną perspektywę do oglądu tego, przeciwko czemu autor od zawsze wojuje. Będąc z przekonania gospodarczym liberałem i obyczajowo-społecznym konserwatystą, ma w głowie swój projekt społeczeństwa, kim stać się powinni Polacy, który stanowi punkt odniesienia opisu i natychmiastowej oceny dla rzeczywistości zastanej, procesów przez niego obserwowanych, a czasem pojedynczych działań polityków. Od dawna z wielką przyjemnością czytuję jego książki publicystyczne (w przeciwieństwie do fantastyki), dowodem na jego niezależność dziennikarską jest niemal powszechna krytyka, która spotyka go tzw. środowisku, kilkudziesięciotysięczne nakłady jego książek politycznych, a także ze względu na soczyste obelgi, którymi częstują go internauci o równie
zdecydowanych poglądach. W czasach rządów Jarosława Kaczyńskiego wrzucano go do worka z „PIS-makami”, co było o tyle niestosowne, że Ziemkiewicz wyznaje amerykańską zasadę „popieraj sprawy, a nie ludzi” – cóż z tego, skoro wówczas zająknięcie się choćby, że premier coś zrobił dobrego i słusznego skazywało na natychmiastową infamię. Jeśli Ziemkiewicz przejął się łatką dziennikarza reżimowego (w co szczerze wątpię), to Czas wrzeszczących staruszków stanowi znakomitą odpowiedź i, w odróżnieniu od jego bieżącej felietonistyki, przedstawienie niezgorszego modelu polityczno-społecznego, który człowiek o takich poglądach mógłby zaakceptować.
Jednak trzonem rozważań Ziemkiewicza jest wzrost i upadek politycznej idei zwanej IV Rzeczpospolitą, pod którą podpisali się dwaj późniejsi adwersarze: Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Po aferze Rywina panowała niemal powszechna zgoda wszystkich środowisk politycznych (może poza SLD), że koniecznie potrzeba przywrócić moralne zachowania w polityce. Cynizm prezentowany przez bohaterów prac nad ustawą medialną zagrażał bowiem samej istocie demokracji, mógł to być zapalnik ludowego wybuchu, bądź jakiejś formy autorytaryzmu. Zjawiska korupcji przybrały taki charakter, że porównywano Polskę z krajami Trzeciego Świata. Panowało przekonanie, poświadczone przez wyniki wyborów 2005, że konieczna jest jakaś forma sanacji. Tusk celował bardziej w działania deregulacyjne, wskazując, iż zmniejszenie kompetencji urzędniczej i władzy biurokracji w naturalny sposób ograniczy sposobność do korupcji. Bracia Kaczyńscy kładli nacisk na wzmocnienie władzy wykonawczej oraz takie reformowanie aparatu sprawiedliwości, aby
skończyło się poczucie bezkarności, zwłaszcza wśród „świętych krów” osób wpływowych. Obaj panowie otwarcie przed wyborami deklarowali chęć współpracy po wyborach, co większość głosujących wzięła za dobrą monetę. Dość powiedzieć, że gdyby zsumować głosy PO i PiS w 2005, projekt IVRP dostał większość konstytucyjną i obowiązkiem liderów było jego wprowadzenie w życie.
Jak to się skończyło, pamiętamy wszyscy. Ziemkiewicz z precyzją i bezwzględnością rozlicza obu panów i ich obozy ze zmarnowanej szansy, która nieprędko – jeśli w ogóle – się powtórzy. Cechą wyróżniającą jego analizy, spośród innych, jest czysto pragmatyczne podejście do bieżących działań politycznych, rozgrzeszenie ich wówczas, gdy udaje się politykowi osiągnąć szlachetny cel, zaś bezwzględne potępienie, gdy mu się nie powiedzie. Drwi bezprzykładnie z tych, którzy w polityce szermują argumentami moralnymi, jako jedynym kryterium oceny rządu. Zdumienie budzi fakt, iż nawet człowiek o tak żelaznej woli jak Jarosław Kaczyński, mający w otoczeniu ludzi o równie mocnych charakterach jak Ludwik Dorn i Zbigniew Ziobro, nie potrafił wykonać tego, co sobie założył, ani nawet do tego się zbliżyć. Zabrnął w niemocy paraliżującej wszelką władzę wykonawczą w Polsce. I ten aksjomat polskiej polityki, właściwy jej po 1989 r., niezmiernie Ziemkiewicza ciekawi. Według niego bagnem, które unieruchamia rządy, jest sitwowość,
korporacjonizm – jakkolwiek by nie nazwać mniej lub bardziej formalne grupy interesów, które z niebywałą wręcz skutecznością dbają o swoje dobro, wbrew szeroko rozumianemu interesowi wspólnemu, którego rząd powinien być strażnikiem. Symbolem takiej walki silniejszego z lepiej zorganizowanym jest konfrontacja duetu Kaczyński-Ziobro z prawniczymi korporacjami, zakończona restauracją dokonaną przez ministra Ćwiąkalskiego.
Oczywiście Ziemkiewicz nie byłby sobą, gdyby nie popałował trochę swoich ulubionych bohaterów, czyli „wykształciuchów” i „lumpeninteligentów”, czyli tę część społecznej „elity”, która do wyrobienia sobie poglądu na daną sprawę nie używa szarych, zbyt słabo w szkołach wytrenowanych komórek, a jedynie kapsułek newsowych, prezentowanych im przez wiodące środki masowego przekazu. Powszechna manipulacja, niechęć do własnych poszukiwań, koszmarne lenistwo umysłowe, ślepa wiara w skłonności tzw. autorytetów do deponowania prawd jedynie słusznych, obniżenie standardów zawodu dziennikarza przy jednoczesnym wpływie politycznym bez ponoszenia odpowiedzialności za swoje działania – oto kolejni negatywni bohaterowie ze świata Rafała Ziemkiewicza. Całość czyta się to – bez względu na zapatrywania polityczne i korelację z poglądami autora – znakomicie, autor słynie już z klarowności i doskonałego języka. Podoba mi się też skłonność Ziemkiewicza do tworzenia politologicznych konstrukcji, w coraz większym stopniu
uniezależniająca jego wizje od personaliów, a skupiająca się na obszarach i procesach. I, co nie mniej ważne, autor pisząc na bieżąco bardzo wiele, wcale się nie powtarza – autoplagiaty przy takiej aktywności pióra powinny się zdarzać. Tymczasem Ziemkiewicz-felietonista „szybkiego reagowania” to ktoś inny niż ten z książek. Ten drugi jest znacznie lepszy. I coraz lepszy.