Trwa ładowanie...
Informacja prasowa

"Złudzenia opadają z nich wraz z ubraniami". Reportaż "Blizny" odkrywa mało znaną historię "królików" z obozu w Ravensbruck

Dwudziestego trzeciego września 1941 roku do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück przyjeżdża transport czterystu młodych polskich działaczek ruchu oporu z więzień w Lublinie i Warszawie. Niektóre z kobiet zostają zakwalifikowane do eksperymentów pseudomedycznych, zyskując miano "królików". W nowej książce Marta Grzywacz, utytułowana dziennikarka i publicystka historyczna, jako pierwsza dokładnie przedstawia ich mało znaną, a wstrząsającą historię.

Share
 Źródło: materiały partnera, fot: Wikimedia Commons
d45h7m5

"Blizny. Prawdziwa historia »królików« z Ravensbrück" to wstrząsający i przejmujący reportaż o nazistowskim okrucieństwie i lekarzach w służbie Hitlera. O sile przetrwania i odwadze więźniarek, która pozwoliła im się zbuntować. To także świadectwo solidarności kobiet z różnych krajów i wspomnienie o pewnej amerykańskiej filantropce, która po wojnie postanowiła pomóc ofiarom eksperymentów w leczeniu ich blizn na ciele i duszy.

Poniżej prezentujemy fragment książki "Blizny. Prawdziwa historia »królików« z Ravensbrück":

Złudzenia opadają z nich wraz z ubraniami, które muszą zdjąć przed wejściem do łaźni.

Już zostały przywitane przez "kobiety wrony" w długich czarnych pelerynach z pejczami w dłoniach, których głosy rozdarły poranną ciszę stacji w Fürstenbergu nad rzeką Havelą.

d45h7m5

– Schneller, polnische Schweine! – Szybciej, polskie świnie!

Już zdążyły spojrzeć w oczy ich psom, których zjeżona sierść i groźne powarkiwanie nie zapowiadały raczej bezinteresownej przyjaźni. Dostojne owczarki niemieckie, które jak każdy dobry obywatel III Rzeszy przeszły z powodzeniem test rasy i posłuszeństwa, spełniają bez wahania wszystkie polecenia swoich opiekunek. A to właśnie od ich kaprysu zależy, czy psy tylko nastraszą, pogryzą czy zabiją.

Pasażerki pociągu specjalnego z Lublina i Warszawy czekają, aż przyjadą po nie autobusy i zawiozą dalej. Nie wolno mówić, płakać, patrzeć na boki. Lepiej też, żeby żadna nie upadła, nie potknęła się, nie jęknęła, bo po co dostać w twarz, jak koleżanka obok, po co poczuć uderzenie pejcza, kopnięcie wojskowego buta albo pot spływający po plecach na widok odsłoniętych kłów psa.

– Maul halten! – Zamknąć się!

d45h7m5

Ta cisza, która zapada, jest dla nich szokiem. To rodzaj inicjacji. Niewidzialna granica między światami. Mimo wielu miesięcy spędzonych w więzieniu pierwszy raz poznają trwogę, która paraliżuje. Będą się jej potem wstydzić, bo odarła je z godności, dlatego w tamtym momencie nie patrzą sobie w oczy, zdziwione własną uległością i zwierzęcym prawie strachem. Duśka Wojtasik stoi z zaciśniętymi zębami. Widzi, jak zbliża się "czarna peleryna". Jeśli ją uderzy albo Władkę, albo Krystynę, to… To nic. "Wrona" odchodzi. Duśka stoi ze wzrokiem wbitym w przestrzeń.

Wreszcie podjeżdżają autobusy. Szare, bez okien. Kobiety zaganiane są do nich bykowcami, z każdej strony słychać wrzaski "wron". Staszka Śledziejowska i większość jej koleżanek nie rozumieją, o co chodzi kobietom w pelerynach, co znaczy Schneller! i Zu fünft!, ale rozumie przemoc, więc wykonuje polecenia mechanicznie, głowę chowa w ramionach. Siedzą po pięćdziesiąt w jednym dusznym autobusie i z trudem łapią powietrze, więc, uff, jak to dobrze, że nie jadą daleko, zaledwie kilka kilometrów. Wysiadają na dużym placu, za bramą, która otworzy się przed nimi i zamknie. Nie wiedzą jeszcze, na jak długo.

 materiały partnera
Źródło: materiały partnera

Na razie zapamiętują datę i godzinę przyjazdu – 23 września 1941, szósta rano. Część z nich była w drodze od dwóch dni, a teraz postoją sobie do wieczora – bo siadać nie wolno – na dużym placu, bez jedzenia i wody. Obserwują je ukradkiem ubrane w pasiaste sukienki i chustki dziwne postaci ze spuszczonymi głowami, które w uporządkowanych kolumnach przechodzą obok i niemal nie poruszając ustami, szepczą, że to obóz koncentracyjny Ravensbrück, więc żeby nowo przybyłe od razu zjadły, cokolwiek jeszcze mają, bo i tak wszystko zostanie im odebrane.

d45h7m5

Nina Iwańska czuje, że te kobiety w pasiakach, identyczne, wyzute z wszelkiej własności materialnej, sterroryzowane batem, noszą już w sobie tylko jedno uczucie – lęku. Strach kontroluje ich spojrzenia, gesty, słowa, nie daje się go ukryć, jest wszechobecny. I Nina, patrząc na to, doznaje wrażenia, jakby spadała z piorunującą siłą do studni, której dno jest bardzo, bardzo daleko.

Ale zanim spadnie, słyszy, że muszą się rozebrać. Do naga. I nie, nie chodzi tu o badanie lekarskie – bo doktor Walter Sonntag, główny lekarz obozowy, bada raczej za pomocą szyderczych uwag i kopniaków, wspierany przez esesmanów, którzy szpicrutami biją kobiety po pośladkach i piersiach. Nie chodzi też o prysznic, bo w końcu czy można się umyć paroma kroplami wody, które zdążą spaść, zanim popędzą cię dalej?

Rzecz jest w czym innym.

To po prostu pierwsza lekcja z Ravensbrück. Temat: upokorzenie. Będą go powtarzać wielokrotnie, żeby więźniarki pierwszego obozu zbudowanego z myślą o kobietach dobrze zapamiętały. A więc to jest to "lepsze", które miało je spotkać…

d45h7m5

A więc to jest to "lepsze", które miało je spotkać…

Jedna z dziewcząt wspomni potem, że ranek był mglisty, inna, że pogodny, ale to szczegóły. Wszystkie będą zgodne, że za bramą obozową równo ustawione zielone baraki wyglądały przyzwoicie, świeżo. Że pachniało lasem, że na klombach kwitła czerwona szałwia, że do łaźni zagoniono je "jak bydło" i że po wyjściu z niej straciły własną tożsamość. Odeszła wraz z ich rzeczami osobistymi, które umieściły w dużych papierowych torbach złożonych potem w magazynie odzieżowym, tzw. Effektenkammer. I włosami, obciętymi do gołej skóry. Nie wszystkie to spotkało, ale wiele z nich. Po niczym tak nie płakały, jak po tych lokach i grzywkach.

Stanisława Czajkowska (Sondertransport): "Gdy nas ogolili, to naszym największym zmartwieniem było, jak wyjdziemy na wolność bez włosów. Żadna z nas nie przypuszczała, że będziemy siedzieć w tym obozie cztery lata i wyjdziemy z warkoczami".

Golą je także w miejscach intymnych, brutalnie badają wszystkie zakamarki ciał, czy aby nie przemycają kosztowności, zaglądają w zęby w poszukiwaniu złota. Wreszcie nowe więźniarki Ravensbrück mogą się ubrać. Dostają pasiaste sukienki i fartuchy, na nogi drewniane chodaki. I nagle one także upodabniają się jedna do drugiej, nagle trudno rozpoznać w tym tłumie zugangów najbliższe koleżanki. Przeglądają się we własnych oczach i zbiera im się na płacz. Ale bywa, że i na śmiech. A raczej nerwowy chichot, w którym próżno szukać radości.

d45h7m5

Pasiaki są czasem za duże albo za małe – te pierwsze okażą się lepsze, bo będzie w nich cieplej, ale drewniane trepy ocierają skórę na stopach i od razu wiadomo, że to bardziej kula u nogi niż obuwie, jednak reklamacji lepiej nie zgłaszać. Stefania Młodkowska potyka się i dostaje tak silny cios w głowę, że nieprzytomna pada twarzą na ziemię. Otrzeźwi ją szybko ból w okolicy nerek i kręgosłupa spowodowany kopniakami doktora Sonntaga. W uszach jej dzwoni, przed oczami latają czerwone płaty, ale resztką sił wstaje, żeby uniknąć dalszych ciosów. Jednak za pół roku kobiety w Ravensbrück nie będą musiały się już przejmować za dużymi butami – chodaki na czas lata, to znaczy od kwietnia do października, wrócą do Effektenkammer. Skoro jest ciepło, można przecież chodzić boso. Ani te z Sondertransportu, ani starsze haftlingi (od Häftling – więzień) jeszcze nie wiedzą, jakie to uczucie przemierzać bez butów obozowe ulice, wysypane drobnym, ostrym żwirem, i stać na apelach, gdy ziemię pokrywa szron.

Książka "Blizny. Prawdziwa historia »królików« z Ravensbrück", która ukazała się nakładem Wydawnictwa W.A.B., jest już dostępna w księgarniach.

Informacja prasowa
d45h7m5
d45h7m5