Trwa ładowanie...
d18q8s9
litwa

Wilno jest jak chór - wywiad z Kristina Sabaliauskaitė autorką powieści "Silva rerum"

„Tożsamość językowa to wynalazek XIX wieku, w XVII wieku ważne były przede wszystkim wyznanie, stan i tożsamość polityczna” – o historii Wilna, polsko-litewskiej szlachcie i bazyliszku rozmawiamy z Kristiną Sabaliauskaitė, litewską pisarką polskiego pochodzenia, autorką opublikowanej właśnie w Polsce powieści „Silva rerum”, napisanej przepięknym językiem powieści historycznej, fenomenie litewskiego rynku książki.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Wilno jest jak chór - wywiad z Kristina Sabaliauskaitė autorką powieści "Silva rerum"
(fot. Paulius Gasiunas)
d18q8s9

„Tożsamość językowa to wynalazek XIX wieku, w XVII wieku ważne były przede wszystkim wyznanie, stan i tożsamość polityczna” – o historii Wilna, polsko-litewskiej szlachcie i bazyliszku rozmawiamy z Kristiną Sabaliauskaitė, litewską pisarką polskiego pochodzenia, autorką opublikowanej właśnie w Polsce powieści „Silva rerum” , napisanej przepięknym językiem powieści historycznej, fenomenie litewskiego rynku książki.

Tomasz Pstrągowski: Zacznijmy od pytania, które musi paść rozmawiając w Polsce o Wilnie. W XVII wieku Wilno było polskim czy litewskim miastem? I czy miało to dla jego mieszkańców jakiekolwiek znaczenie?

Kristina Sabaliauskaitė: W XVII wieku Wilno było stolicą Wielkiego Księstwa Litewskiego. Często nazywaną także Jerozolimą Północy ponieważ, tak jak i Jerozolima, Wilno miało cztery wyraźne dzielnice wyznaniowe – katolicką polsko-litewską, protestancką niemiecką, rosyjską starowierców i żydowską. Do tych grup dodać należy przybyszy z całej Europy – hiszpańskich prawników, włoskich artystów i muzykantów, Holendrów, Ormianów i Karaimów...

d18q8s9

Tożsamość językowa to wynalazek XIX wieku, w XVII wieku ważne były przede wszystkim wyznanie, stan i tożsamość polityczna. XVII-wieczny mieszkaniec Wilna powiedziałby więc o sobie: „jestem rzymskim katolikiem (albo protestantem, albo starowiercą...), szlachcicem (czy duchownym, czy mieszczaninem), obywatelem Wielkiego Księstwa Litewskiego, Wilnianinem". Zawsze mówię, że Wilno jest jak chór, w którym wiele narodów jednocześnie śpiewa swoim językiem. Nie da się historii Wilna przeczytać wyłącznie w jednym języku czy przez pamięć jednej narodowości.

Jak współcześni Litwini oceniają dziś Rzeczpospolitą Obojga Narodów? Czytając o Wilnie pełnym Polaków nie czują dyskomfortu?

W ostatnich latach czuć na Litwie wielkie zainteresowanie tym okresem. I bardzo się cieszę, że z masowej świadomości stopniowo znika wpajany przez pół stulecia w szkołach i na uniwersytetach sowiecki nonsens, że Rzeczpospolita Obojga Narodów to był wyłącznie okres upadku, który spowodowała spolonizowana, zdegradowana i obca szlachta. Litwini powoli odkrywają, że szlachta Wielkiego Księstwa Litewskiego, dla której język polski był po prostu lingua franca, zrobiła dla naszego kraju wiele rzeczy, z których możemy być dumni. A Rzeczpospolita Obojga Narodów to był okres niesamowitej wspólnej potęgi. Ostatnio oswajają się nawet z przedwojenną historią Wilna i czuć szczere wysiłki, by ten okres historii miasta i wielkiej tragedii 1945 roku zrozumieć. Nie tylko moje książki, ale w ogóle lektura o okresie Rzeczpospolitej Obojga Narodów, o historii Wilna – pamiętniki z epoki, studia naukowe – cieszą się ostatnio wielką popularnością. Dzięki temu zamiłowaniu do historii pozostaje coraz mniej miejsca na ideologiczne
manipulacje i hasła nacjonalistycznych radykałów.

Plan Wilna z 1576 roku

d18q8s9

(img|595386|center)

Bohaterowie Pani powieści wciąż wspominają zniszczenie Wilna z 1655 roku, nazywane czasami rzezią Wilna. Co się wtedy wydarzyło?

Po raz pierwszy od założenia Wilna w 1323 roku, było ono okupowane przez wroga, który został w mieście niemal na 6 lat. Grabiąc i niszcząc wszystko. Miasto płonęło przez 17 dni, a wróg „czyścił“ Wilno do takiego stopnia, że z pałaców wywożono nawet marmurowe posadzki i kolumny z rzadkich kamieni, meble, kafle, ozdoby architekturalne wnętrz. Okrucieństwo wobec mieszkańców przekroczyło wszelkie granice – gwałcono i hańbiono nawet mniszki, rabowano groby w podziemiach kościołów. Obecni w Wilnie posłowie z innych krajów notowali, że niewyobrażalne okrucieństwo Rosjan przekroczyło wszystko, co dotychczas widzieli, nawet okrucieństwo Turków i muzułmanów. Warto zwrócić uwagę, że o tych wydarzeniach - związanych z Moskalami i Kozakami – niewiele w swoim "Potopie" pisał Sienkiewicz, gdyż tworzył "Trylogię" w czasach cenzury.

Bohaterowie „Silva rerum” są w większości szlachcicami. Niemal wszyscy opływają w zbytek i bogactwo. Czytając o ucztach, jakie wyprawiają nie można nie zadać sobie pytania, skąd brali na to wszystko pieniądze? XVII-wieczna szlachta naprawdę była taka bogata i rozrzutna?

W XVII i do połowy XVIII wieku zysk szlachcicowi przynosiło rolnictwo – przede wszystkim zboże, które było eksportowane nawet do innych europejskich krajów. Len, konopie, tytoń, las i drewno, kopalnie soli, browary – mnóstwo źródeł zysku, w zależności od bogactwa posiadanej ziemi.

d18q8s9

Ale Narwojszowie, główni bohaterowie „Silva rerum” , nie są zbyt bogaci. To średnio zamożna szlachta. Każda uroczystość, każda okazja kiedy trzeba się zaprezentować – czy to karnawał Zapustów, czy posąg nowicjuszki i obłóczyny – oznacza dla nich nieproporcjonalne wydatki, liczenie pieniędzy, a nawet konieczność sprzedaży ziemi.

Co innego Biront, który, jako dziedzic rodzinnej fortuny, wielu dworów i folwarków, jest naprawdę zamożny i może pozwolić na beztroskie życie. Bogaty będzie także bohater „Silva rerum III”, wnuk bohaterów pierwszej części, ale on nie tylko będzie miał talent do interesu, ale i zostanie bliskim powiernikiem najbogatszego magnata w Księstwie - Radziwiłła Rybeńki.

Ważne by zrozumieć, że dwór, a nawet i klasztor były jednocześnie jednostkami ekonomicznymi – takimi małymi i większymi przedsiębiorstwami, na których skutecznym działaniu zależało ich właścicielom czy przełożonym. Więc wygłodzeni czy wymęczeni chłopi, zbyt słabi by pracować fizycznie, szkodziliby interesom pana. Chłopi mieli obowiązek pracy pańszczyźnianej (najczęściej – trzy dni w tygodniu pracowali dla pana na dworze) za ten kawałeczek pańskiej ziemi, na której mieszkali i którą orali przez pozostałe dni. W wypadku głodu, choroby czy nieurodzaju dostawali pomoc od pana żeby przetrwać, i oczywiście to szlachta w ich obronie lala swoją krew podczas częstych wojen. Działała pewna forma prymitywnego „kontraktu socjalnego” - byli raczej dzierżawcami na pańskiej ziemi, niż niewolnikami jak próbowała ich pokazać ideologia komunistyczna.

Górny Zamek w Wilnie, litografia z XVI wieku

d18q8s9

(img|595388|center)

W Polsce, głównie za sprawą twórczości Mickiewicza i Sienkiewicza, dominuje bardzo pozytywny obraz polskiego i litewskiego szlachcica - łaskawego pana, wyrozumiałego wobec swoich chłopów. Odnoszę wrażenie, że w „Silva rerum” ten obraz jest podobny - zwłaszcza Narwojszowie przedstawieni są jako sprawiedliwi państwo. Naprawdę stosunki pomiędzy szlachtą a chłopstwem układały się tak dobrze?

Oczywiście, zdarzali się i sadyści, i megalomani. Zwłaszcza około połowy XVIII wieku, kiedy europejskie ceny na eksportowane surowce spadły, a przyzwyczajona do łatwego życia szlachta ubożała. Odbiło się to przede wszystkim na szlachcie średniej i drobnej, często nie dość sprawnej, by radzić sobie z nowymi wyzwaniami ekonomicznymi – o tym też piszę w dalszym ciągu.

Jednak coś z prawdy w obrazie szlachcica kreślonego przez Mickiewicza i Sienkiewicza na pewno jest: chłopi w Rzeczpospolitej Obojga Narodów mieli o wiele lepsze warunki życia i stosunki z panem niż, na przykład Francuzi owych czasów. Nie mówiąc już o chłopach rosyjskich, których nawet nie uważano za istoty ludzkie i nazywano, ironicznie, "duszami", wymieniano na psy, gwałcono. Ich naprawdę traktowano jak niewolników. Bardzo wymowny jest fakt, iż w okresie tuż przed rozbiorami Rosja miała poważny problem – dziesiątki tysięcy chłopów przekraczało granicę i podróżowało do ziem polskich i litewskich Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ze źródeł historycznych widać, że w porównaniu do tego, czego doświadczali w ojczyźnie, chłopstwo w naszym kraju wydawało się im rajem...

d18q8s9

Jak wyglądała obyczajowość ówczesnej szlachty. Kilkakrotnie opisuje pani w „Silva rerum” niezwykłe orgie, na których bawili się nawet najbardziej wpływowi szlachcice ówczesnej Litwy.

Wie pan, orgie są jak szampan, którego w poranek piją albo arystokraci, albo degeneraci... (śmiech). Szlachta, na stale mieszkająca w swoich dworkach, nie miała warunków do organizowania orgii, ale magnaci – to coś innego. Źródła historyczne są pełne wzmianek o posiadanych dworkach z wesołymi dziewczętami, specjalnych domkach myśliwskich. Nawet „Lew Sarmacji” Jan Sobieski (i to jednocześnie zakochany w Marysieńce) miał jakąś tajną leżnię z pięknymi czerkieskami...

Co innego ówczesne miasto – przez kaznodziejów zawsze potępiane jako gniazdo wszelkiej rozpusty. Ironiczne jest to, że w środku XVII wieku wileńskie prostytutki miały swoją placówkę przy (obecnie już nieistniającej) Bramie Św. Marii Magdaleny – naprzeciwko Katedry i obok domów prałatów. Najnowsze badania historyczne wskazują, że Kościół przymykał na to oko, ponieważ niektórzy duchowni sami im wynajmowali kwatery, a czasami nawet i korzystali z usług...

Uniwersytet w Wilnie

d18q8s9

(img|595387|center)

Ważnym wątkiem „Silva rerum” jest uliczna wojna toczona pomiędzy dwiema frakcjami studentów – pierwszą: liberalną i postępową; i drugą: konserwatywną, skupioną na teologii. Przypominająca bardziej wojny gangów niż konflikt bogatych, wykształconych młodzieńców. To fikcja literacka, czy rzeczywistość?

Te dwie frakcje ścierają się na Uniwersytecie Wileńskim od wieków, nawet współcześnie. Proszę przypomnieć sobie chociażby Czesława Miłosza i jego słynny Klub Włóczęgów, który bezlitośnie kpił z nacjonalistycznych i konserwatywnych studenckich klubów tegoż samego Uniwersytetu Wileńskiego.

W XVII wieku wahano się w jakim kierunku będzie się rozwijała uczelnia – otwartym i naukowym, dążącym do filozofii i nauk przyrodniczych czy raczej teologicznym, przygotowującym nie uczonych, a raczej kaznodziejów. Życie studenckie i jego codzienność w wieku XVII są dosyć dobrze zbadane przez litewskich historyków, źródeł jest wystarczająco, ponieważ studenci ciągle mieli problemy z przełożonymi jezuitami i magistratem miasta... A więc gdy opisuję bójki ze Szkotami, gry w karty z rozbieraniem się, pijaństwa czy rzucanie kamieniami w przechodniów z okna bursy – to są fakty notowane w źródłach. Nawet wiemy, jak ci „wykształceni, bogaci młodzieńcy” mówili. Pewien ojciec jezuita, Berent, w 1683 roku napisał taką skargę do generała jezuitów: „Jeżeli by wielmożny nasz Ojciec generał kiedykolwiek by brał udział podczas odpoczynku naszych studentów, usłyszał by jakie sromotne przekleństwa oraz prostackie zwroty używane przez chłopów i kupców oni używają: ty durniu, smarkaczu, głupcu, szaleńcu, gówniarzu, smierdzie,
świnią, niedżwiedziu i inne nawet gorsze jakby wyciągniete ze śmietnika...” Berent skarżył się w dodatku, że studenci byli w nieprzyjacielskich stosunkach z marginałami i szumowiną wileńską...

A jednocześnie, obok tych figlów, studenci stanowili i piękną część życia Wilna, ponieważ to oni urządzali niezwykle spektakularne procesje religijne – parateatralne widowiska, z dekoracjami, odgrywaniem ról i czytaniem poetyckich monologów, oczekiwane i podziwiane przez całe miasto.

Jak wyglądała sytuacja kobiet w XVII-wiecznym Wilnie? Pani bohaterki wydają się bardzo wyemancypowane, ale w pewnym momencie jedna z nich mówi, iż naprawdę wolną kobieta mogła być tylko za murami klasztoru, a nie u boku mężczyzny.

Bądźmy ściśli – emancypacja to trochę coś innego niż to, o czym rozważają moje bohaterki. Nie walczą o równe prawa i nadal są postrzegane jako "słaba płeć". Codziennie żyją w cieniu śmierci z powodu braku antykoncepcji i ciągłych ciąż, poronień, porodów, które w tych czasach były bardzo niebezpieczne. Zresztą w porównaniu z innymi krajami europejskimi, Polki miały więcej praw majątkowych (chociażby i zabezpieczanie ekonomiczne posągu takie jak wiano, odprawa, oraz pełna dyspozycja wyprawą), a Litwinki, jeżeli wierzyć Statutom, miały jeszcze więcej wolności. Nie stawały się kompletną majątkową własnością męża - tak jak Angielki czy Francuzki - i zawsze stała za nimi ich rodzina – ojciec, bracia - która w razie czego mogła je chronić.

Ale ich postrzeganie kulturalne było zacofane, do połowy XVII wieku nawet podczas uczt były sadzane za oddzielnym stołem, nie miały prawa brać udziału w konwersacji bez specjalnego pozwolenia męża czy ojca.

To się zmieniło wraz z przyjazdem Ludwiki Marii Gonzagi, królowej, żony Władysława IV i Jana II Kazimierza, która dokonała prawdziwej rewolucji obyczajowej. Magnatki, a potem i szlachcianki, oczywiście te wzory z dworu królewskiego bardzo chętnie przejmowały, wywołując pewne niezadowolenie ówczesnych moralistów, twierdzących, że białogłowom umiejętność czytania i pisania nie jest konieczna - mogą naczytać się niebezpiecznych książek, z których ich słabe rozumki wyciągną błędne wnioski.

Nie da się jednak ukryć, że życie intelektualne i duchowe kobiety mogły rozwijać przede wszystkim w klasztorach. Cytuję w powieści taki siedemnastowieczny wiersz, który dobrze podsumowuje los kobiet w owych czasach: "Chłeb pannom, kołacz mężatkom, marcepan wdowom, a ogryzki babom". A jak nie chciało się być ani matroną, ani starą panną, to pozostawał klasztor. W „Silva rerum III” opisuje też, co działo się w owych czasach z kobietą, która próbuje żyć wbrew takiemu schematowi społecznemu...

Skąd w Wilnie bazyliszek?

Zapłodniony przez koguta urodził się z jaja żmii za czasów Zygmunta Augusta i, od czasu do czasu zabijając mieszczan swym śmiertelnym spojrzeniem, żył aż do XVIII wieku w podziemiach Barbakanu, kiedy to młodzieniec skazany za zabicie bękarta, został posłany by go zwyciężyć i udało mu się to pokazując potworowi zwierciadło.

Lecz w pewnym sensie bazyliszek wileński nadal żyje – jako metafora i natchnienie pisarzy, na przykład w twórczości Ričardasa Gavelisa czy mojej. Ciekawe, że z Bazyliszkiem był związany i Czesław Miłosz – właśnie Klub Włóczęgów miał tradycję każdego roku palić wypchaną kukłę bazyliszka. Studenci wileńscy nadal mają z nim do czynienia. Słynny olbrzymi dinozaur "Dinas Zauras" którego fizycy co rok wiosną dźwigają podczas procesji Dnia Fizyka, to nikt inny, jak bazyliszek wileński.

(img|595391|center)

Kristina Sabaliauskaitė jest doktorem historii sztuki, Litwinką o polskich korzeniach mieszkającą w Londynie. „Silva rerum" z uwagi na wątki polskie i przywrócenie epoki Rzeczpospolitej Obojga Narodów do masowej świadomości wywołała na Litwie głośne kontrowersje, osiągnęła niespotykany sukces i stała się bestsellerem w krajach nadbałtyckich. Szlakiem akcji powieści oprowadza się dzisiaj po Wilnie wycieczki. Za obrazowanie miasta w literaturze autorka otrzymała najwyższą nagrodę – Świętego Krzysztofa.

d18q8s9

Podziel się opinią

Share

d18q8s9

d18q8s9