07-01-2015 (12:27)

Święta oszustka - wywiad z Jackiem Dehnelem

Pojawiła się znikąd, w 1845 roku w Poznaniu. Utrzymywała, że jest zakonnicą-męczennicą, bazylianką z Mińska, zbiegłą przed katującymi ją Rosjanami.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Matka Makryna (Jacek Dehnel)
Matka Makryna (Jacek Dehnel) ( )
WP

Przerażające opowieści o torturach i upokorzeniach uwiarygadniała ciałem pokrytym głębokimi bliznami i uszkodzoną czaszką. Dobrze wyczuła publiczność - represjonowani przez zaborców Polacy od razu uwierzyli. O swoich krzywdach opowiadała w Paryżu, gdzie poznała Adama Czartoryskiego czy Juliusza Słowackiego. Ostatecznie trafiła do Rzymu, przed oblicze papieża. W swoich komnatach przyjmowała samego Adama Mickiewicza. Matka Makryna była jedną z największych oszustek XIX wieku. Jej postać przypomina Jacek Dehnel w doskonałej powieści wydanej przez W.A.B.

Tomasz Pstrągowski: Kim była Matka Makryna i dlaczego wierzono w jej męczeństwo?

Jacek Dehnel: Makryna, powiedzieć można, była sztucznym konstruktem, zmyśloną postacią ze zmyślonym życiorysem - w rzeczywistości nigdy nie istniała. Podawała się za nią pewna niewykształcona kobieta z Wileńszczyzny - ale podawała się tak skutecznie, że zrobiła ogromną karierę. Czemu jej wierzono? A czemu teraz mamy w Internecie ludzi węszących spisek w szczepionkach, twierdzących, że to CIA wysadziło w powietrze wieże WTC, czy - przykład najbliższy, bo bazujący na antyrosyjskich stereotypach - że w Smoleńsku polski prezydent „poległ” jako „ofiara zamachu”? Myślenie spiskowe jest atrakcyjne. Rosjanie po powstaniu listopadowym mieli zasłużenie złą prasę wśród Polaków - i w ogóle w Europie. Faktycznie prześladowali unitów, choć nie aż tak, jak w opowieściach Makryny; podobnie jak dzisiejszy reżim Putina podejrzewano ich o fałszowanie przekazu, zatajanie zbrodni, i tak dalej. Im więcej protestowali, tym bardziej wierzono w opowieść
zakonnicy.

WP

(img|536621|center)

Makryna pojawia się w Poznaniu w roku 1845. Jednak w Pana powieści poznajemy także jej wcześniejsze losy - nie tylko opowieść o męczeństwie, ale i "prawdziwą" historię Makryny. Jak wyglądało jej życie i skąd czerpał Pan wiedzę na temat tych wydarzeń?

Wiemy o tym stosunkowo niewiele. W roku 1923 ukazało się dziełko „Makryna Mieczysławska w świetle prawdy” ks. Jana Urbana, jezuity, który był jej pierwszym demaskatorem z prawdziwego zdarzenia. Uważnie porównując kolejne zeznania Makryny, doniesienia prasowe, czerpiąc z danych kościelnych i cerkiewnych, rozmaitych pamiętników, listów, prywatnych rozmów w dość przekonujący sposób zrekonstruował pewne fakty: pochodziła z Lubcza, za młodu była służącą w jednym z wielkich magnackich domów, potem poślubiła wojskowego rosyjskiego, Wińcza. Zmarł w randze kapitana i musiał zostawić ją w nędzy, skoro poszła do bardzo podrzędnej roboty: gotowała i wydawała posiłki w kuchni dla chorych i ubogich, którą prowadziły wileńskie benedyktynki. Została stamtąd wyrzucona za rzekomą kradzież. Wiadomo również, że miała na ciele straszliwe blizny, ślady wieloletniego straszliwego traktowania, które były jednym z podstawowych „dowodów” wspierających jej opowieść - i tu prawdopodobnie winny był kapitan Wińcz, być może również
żandarm, który ją zaaresztował. Część spraw możemy tylko rekonstruować. Skoro kapitan zostawił ją w nędzy i skoro przez całą jej historię przewijają się obrazy pijanych katów, to możemy z pewną dozą prawdopodobieństwa założyć, że Wińcz był patentowanym pijakiem. Powieść to nie praca historyczna, nawet jeśli się pomylimy albo coś podkolorujemy, to dziury w niebie z tego powodu nie będzie.

Matka Makryna była Żydówką?

WP

Trudno orzec. Tak twierdzi ks. Jan Urban, opierając się na świadectwach rozmaitych świadków z epoki, ale też nie wiadomo, czy nie wynika to z ogólnego antysemityzmu przedwojennego kleru. Że skoro oszustka, to z pewnością Żydówka. Należy pamiętać, że bardzo żywe było przekonanie, że Żydzi powinni się ochrzcić, przyjąć prawdziwego mesjasza, ale równocześnie „przechrzta” to był ktoś podejrzany, wątpliwy, pewnie podszywający się oszust. Najlepszym dowodem jest tu historia frankistów, którym dawne wierzenia wypominano jeszcze wiele pokoleń później, nawet do dziś czasem przeciąga się to przez zęby. Faktem jest natomiast, że w opowieściach Makryny Żydzi często odgrywają rolę pozytywną: ratują zakonnice, karmią je, wstawiają się za nimi; często są jedynymi osobami, którzy traktują je po ludzku. To mogłoby wskazywać na żydowskie pochodzenie Makryny, choć nie wiadomo, czy ochrzciła się w dzieciństwie, jako dorosła, czy może przyszła już na świat w przechrzczonej rodzinie, choćby wśród frankistów. Wszystko to są
gdybania.

Dlaczego w swojej opowieści Makryna uczyniła z siebie szlachciankę? Zwykłej chłopce lub Żydówce by nie uwierzono?

Żydówka jako zakonnica? Wątpliwe. Ona budując swoją tożsamość korzystała z bardzo konkretnej historii: prześladowania kleru unickiego. W 1839 roku car przyłączył cerkiew unicką do prawosławnej i nieprawomyślnych wiernych i duchownych faktycznie prześladowano, choć lata największej grozy, kiedy do unitów strzelano, miały dopiero nadejść w drugiej połowie stulecia. Więc musiała się przedstawiać jako unitka z krwi i kości. A poza tym historię adresowała do równych sobie stanem - należy pamiętać, że polscy emigranci w znacznej części wywodzili się z majątków, w których ekonom egzekwował pańszczyznę kańczugiem; bicie chłopów, tej beznarodowej „mierzwy”, było częścią porządku świata. Co innego bicie Polki, szlachcianki, zakonnicy. To było wstrząsające.

Niektóre fragmenty jej opowieści wydają się absurdalnie wyolbrzymione. Ludzie byli aż tak spragnieni opowieści o okrucieństwie Rosjan?

WP

Niosła opowieść, która wszystkim znakomicie pasowała. I emigrantom, bo stanowiła znakomitą metaforę ich cierpienia, zadawanego przez tych strasznych Moskali, i prasie europejskiej, która po dziś dzień uwielbia wszystkie historie o ofiarach przemocy: im więcej okrucieństwa, im bardziej pomysłowe męki, tym lepiej, tym większa popularność. Istotnie, Makryna miała tendencje do koloryzowania i przesady - jeśli porównamy trzy kolejne wersje jej zeznań, czyli poznańskie, paryskie, spisane przez Słowackiego w formie poematu, i wreszcie rzymskie, to zobaczymy, że liczba ofiar przyrasta; jeśli na początku jedna zakonnica zginęła w czasie budowy biskupiego pałacu, uderzona w głowę cebrem z wapnem, to w ostatniej wersji w ten sam sposób ginie kilka zakonnic, do czego dochodzą jeszcze smakowite fragmenty o pokrwawionych linach i śladach, jakie te liny zostawiały na budowanym murze.

(img|536626|center)

Kiedy Makryna dociera do Paryża wpada w sam środek polskiego piekiełka. Jak wygląda paryska emigracja tamtych czasów?

Jest przede wszystkim znużona. Powstanie padło w roku 1831, czternaście lat temu. Polacy, głównie mężczyźni, siedzą w depots, obozach dla uchodźców, rząd francuski wypłaca im niewielki żołd. Miało to potrwać parę miesięcy, że tylko się przegrupują, wrócą przez Niemcy jako bitna armia i wyprą Rosjan z polskich ziem, ojczyznę z grobu wykopią, trafią do narodowych panteonów. A tu nic. Siedzą, coś sobie piszą, kłócą się ze sobą, knują, rzucają oskarżenia. Na ogół nie mają pieniędzy, bo ich majątki pokonfiskowano, a są przyzwyczajeni do zgoła innego poziomu życia. Nie biorą się do pracy, bo nie wypada, bo to jakby się pogodzili z tym, że wygnanie nie jest tymczasowe. Nie mają żon, korzystają z usług tanich prostytutek, jeśli ich na to stać, bo wielu nie dojada albo siedzi w domu, bo nie ma butów albo porządnego ubrania. Strasznie smutna, skłócona, sfrustrowana gromada ludzi.

WP

Dlatego Makryna została przez nich tak entuzjastycznie przyjęta?

Spełniała ich najgorsze stereotypy o rosyjskim barbarzyństwie, a ponadto miała stać się argumentem w wielkim politycznym sporze. Papież, na polecenie Rosjan, potępił powstanie listopadowe - teraz emigranci chcieli mu pokazać Makrynę i powiedzieć: „Ha, do tego doprowadziłeś, że ci twoi Rosjanie prześladują twoich własnych katolików”. Makryna była świetną kartą przetargową w wielkiej polityce, tym ważniejszą, że car Mikołaj I właśnie wybierał się z państwową wizytą do Rzymu. Dlatego tak szybko zakonnicę wyekspediowano do Watykanu.

Olbrzymie wpływy wśród Polaków mieszkających w Paryżu miał Andrzej Towiański. Makryna postrzega go jako podobnego do siebie oszusta, z którym nie chce się mierzyć. Skąd ówczesna potęga Towiańskiego?

Towiański, mam wrażenie, był inną postacią, podobną do wszystkich sekciarskich guru; jestem przekonany, że wierzył w swoje metafizyczne teorie o przebóstwianiu się Polaków w anioły, o przyjaźni między narodami, o kolumnach bytów wznoszących się i zstępujących; był to całkiem porządny, charyzmatyczny twórca herezji. Opierał się po pierwsze na wspomnianej frustracji emigrantów, na tym, że łapali się każdej nadziei na powrót do kraju, a po drugie na duchu epoki, która uwielbiała skomplikowane systemy wierzeń, podniosłe słowa, naddatek emocji. Jak czytamy o towiańczykach, to oni nieustannie zalewają się łzami, mówią na najwyższym poziomie napięcia, jest to zresztą wszystko niesłychanie steatralizowane, grają przed sobą nawzajem. Ale główny motor jest chyba taki: oto pojawił się prorok, który powiedział, że ten ich bezsensowny, szkodliwy dla polskiej państwowości zryw miał jednak sens. Teraz, pogardzani we Francji, dostali niesłychaną szansę, mają współuczestniczyć w zbawieniu całej ludzkości.

WP

Pana bohaterka nie darzy Juliusza Słowackiego zbytnim szacunkiem. Nie zapamiętała nawet jego nazwiska, więc wciąż je przekręca. Rzeczywiście tak postrzegano wtedy autora "Kordiana"?

Słowacki był, faktycznie, nielubiany. Chimeryczny, fircykowaty, przesadny, kłuł w oczy między innymi tym, że dobrze inwestował pieniądze i na tle emigranckim był naprawdę zamożny; miał wsparcie rodzinne, ze strony matki, w listach do niej nazywał samego siebie „Zosią”. Natomiast na poziomie literackim nie miał startu do Mickiewicza, to nie był w żadnym razie „wieszcz”; raczej „wierszokleta”. Kiedy siebie i Mickiewicza nazwał „dwoma bogami na przeciwnych słońcach”, wzbudził raczej śmiech i politowanie. Zresztą ani Krasiński, ani Norwid nie cieszyli się takim mirem, jak Mickiewicz, on był bezkonkurencyjny.

Jak doszło do tego, że fałszywa męczennica z Polski stanęła przed dwoma papieżami?

Tu zadziałała właśnie geopolityka, strategia Adama Jerzego Czartoryskiego, który z Rosją walczył na wszelkie sposoby i stwierdził, że Makryna mu w tym pomoże, więc ją wyekspediował do Rzymu pod opieką swego zaufanego, ks. Aleksandra Jełowickiego. W Rzymie było już łatwo: sprawa była opisywana przez prasę w całej Europie, to był gigantyczny skandal, a sama Makryna była traktowana jak święta męczennica. Na południu Francji ludzie popadali na jej widok w religijną histerię, rozdzierali jej welony na relikwie. Grzegorz XVI przyjął ją na audiencji po paru dniach.

Sugeruje Pan w książce, że papież był wobec Makryny podejrzliwy. Podejrzewano ją już za życia? To dlatego pod koniec życia odsuwano ją w cień?

Myślę, że ani jeden, ani drugi papież nie uważali jej za oszustkę, tylko za kobietę, której pomieszało się w głowie wskutek odniesionych ran; ona przecież miała całkiem spore wgniecenie w czaszce; po jej śmierci papież powiedział, że „Biedactwo, miała trochę nie po kolei w głowie.” Z całą pewnością wiemy, że podejrzenia miał jeden ze Zmartwychwstańców, ks. Piotr Semenenko, którego Makryna właściwie zniszczyła. Potem może i pozostali bracia, ale wtedy mieli już zbyt dużo do stracenia, żeby ją demaskować: dostała własny klasztor na uboczu i tam ją trzymano, stopniowo ograniczając jej aktywność.

Makryna, choć sama była ofiarą swojego męża, kreującą się na męczennicę, biła swoje zakonnice. Potwierdzają to źródła historyczne?

Tak, wiadomo, że nie tylko biła współsiostry, ale że również zrobiła dokładnie to, co oprawcy w jej opowieści: odebrała im wszelkie przybory piśmienne żeby nie mogły pisać skarg. To, co opisuję w książce, czyli przyjazd księdza i szmuglowanie piór, papieru i atramentu za klauzurę w czasie mszy, przez „rotę”, czyli obrotową szafkę, to sprawa mająca całkowicie pokrycie w źródłach. Jak również to, że po tym skandalu Makryna pozostała przeoryszą tylko oficjalnie, a tak naprawdę władzę sprawowała inna siostra.

Mimo, iż unikała konfrontacji z Towiańskim, ostatecznie starła się z nim o serce Adama Mickiewicza. Jaki wpływ miała Makryna na poetę?

Czarowała go, mamiła. Uwielbiała wielkie słowa, miała zresztą dar znakomitego opowiadania, więc umiała się do niego zabrać. Zwłaszcza, że Mickiewicz już za młodu, jako prawdziwy romantyk, był miłośnikiem „prostej mądrości”, przeciwieństwa „mędrca szkiełka i oka”, a ona właśnie „z prosta” do niego przemawiała. Dopiero potem pojawił się konflikt o Legion Polski - teoretycznie chodziło o jakieś bzdurki, o to, jaki orzełek będzie na sztandarze, co tam zostanie wyhaftowane, i tak dalej, w istocie jednak powód był głębszy: Makryna liczyła, że spłaci dług wdzięczności Zmartwychwstańcom, odciągając wieszcza od towianizmu, a on przyjechał do Rzymu nie żeby się kajać, tylko żeby przekonać papieża do nowej doktryny. To nie mogło się powieść.

Dlaczego zaraz po śmierci Makryny spalono jej papiery?

O to należy zapytać tych, którzy takie polecenie wydali. Nie wiadomo jednak, kto wpadł na taki pomysł: ta faktyczna przeorysza, która spodziewała się, że w dokumentach mogą być jakieś podejrzane sprawy? Siostry, które chciały się jakoś zemścić? A może znacznie wyższe czynniki watykańskie? W każdym razie główny jej opiekun, Jełowicki, był niepocieszony.

Kiedy ostatecznie zapomniano o Makrynie?

Jeszcze w latach 30. pewien apologeta Mieczysławskiej wydawał poświęcone jej książeczki i odrzucał zarzuty Urbana jako niepoparte dowodami. Ba, w latach 70. w środowisku emigracji londyńskiej, na fali niechęci do wszystkiego, co rosyjskie, publikowano prace zwalczające tezy Urbana, niezbyt zresztą przekonujące. Wydaje się jednak, że już po II wojnie światowej była to postać, którą interesowali się tylko specjaliści od polskiego romantyzmu.

Po całym tym czasie, który musiał Pan poświęcić na poznanie historii Matki Makryny - jak ją Pan ocenia? Była wyrachowaną oszustką czy ofiarą próbującą przetrwać?

Dla mnie jest raczej ofiarą, i to ofiarą zagubioną, rozpiętą między świadomym oszukiwaniem a stopniowym wmawianiem samej sobie, że to historia prawdziwa. Zresztą, to jest dla mnie podstawowy temat tej książki: psychika Mieczysławskiej-Wińczowej. To, że trauma, której w tym społeczeństwie nie ma jak wypowiedzieć, zostaje wypowiedziana dopiero w odpowiednim, narodowo-katolickim opakowaniu. Te same rany, te same blizny niewinnej ofiary nagle nabierają innego znaczenia i innej wagi.

Zgodzi się Pan, że "Matka Makryna" to w równej mierze książka o Makrynie, co o potędze opowieści?

Och, oczywiście! To jest również książka o tym, co opowieść robi z nami. I z opowiadającym, i ze słuchaczami; o tym, jak porywają nas frazy, o tym, jak zmyślenie żywi się faktami; bo przecież historia Makryny jest kluczem do zrozumienia Wińczowej.

Wciąż jesteśmy tak łatwowierni?

Jesteśmy łatwowierni, ale w inny sposób: w dobie Internetu, identyfikacji, upowszechnienia fotografii trudniej się podawać za kogoś kompletnie innego. Natomiast ludzie nadal opowiadają swoje prawdziwe traumy w podkręcony sposób - takim przykładem jest choćby „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego czy zmyślone holokaustowe dzieciństwo Binjamina Wilkomirskiego.

Trudno powiedzieć, by "Matka Makryna" była "medialna". Pańska powieść opowiada o 60-letniej staruszce żyjącej w XIX wieku. Napisana jest trudnym, stylizowanym językiem, który docenią głównie filolodzy. Pisanie i zbieranie materiałów zajęło Panu 5 lat. Nie bał się Pan poświęcić tyle energii postaci, o której niewielu już dziś pamięta?

Bo ja wiem? Kilka miesięcy Makryna nie miała nawet strony w polskiej Wikipedii, a teraz mnóstwo osób mi opowiada, jaka to fascynująca postać, zaś strona urosła co się zowie. To jest opowieść o oszustwie, obłędzie, przemocy, demaskowaniu mitów... moim zdaniem to całkiem medialne sprawy.

Obawiałem się nieco, że język dla niektórych czytelników będzie za trudny, że będzie stawiał zbyt duży opór, ale z drugiej strony pisarz musi być wierny swoim przekonaniom; a ja wierzę, że kiedy rekonstruujemy jakiegoś bohatera, to musimy zrekonstruować - w pewnym przybliżeniu, oczywiście - jego język, bo to język określa granice naszego świata i stanowi o jego widzeniu; Wińczowa jest postacią ze wsi, z terenów, gdzie mieszało się wiele kultur, religii, gwar, dialektów; ma skromną wiedzę historyczną, wie to i owo o życiu klasztornym, musiała przeczytać trochę literatury religijnej, zna pieśni kościelne - i z tego lepi swoją Makrynę. I cóż się okazuje: że ten język dla wielu czytelników, i to również tych niewyrobionych, stanowi wielką gratkę. Piszą mi albo mówią, że z początku było im trudno, a potem dawali się ponieść fali słów i czuli się w tej mowie jak u siebie w domu. Więc chyba było warto.

Myślę, że to kwestia priorytetów. Zawsze chciałem pisać o tym, co mnie interesuje - i kiedy moja wydawczyni zwróciła moją uwagę na Makrynę, zacząłem wgryzać się w tę historię i najzwyczajniej w świecie mnie porwała. A skoro porwała mnie, to jest szansa, że porwie i czytelników. Czy wielu - to się dopiero okaże.

Wirtualna Polska patronuje wydaniu "Matki Makryny".

Polub WP Książki
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP