fragment
15-04-2010 (10:17)

Śmierć w Koryo

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Śmierć w Koryo
(Inne)

Nie słyszysz nic prócz wiatru, a w skąpym blasku przedświtu widzisz samotną nić autostrady przecinającej pustkowie. Trzydzieści lat temu wykreślono ją na mapie prostą kreską, i tak właśnie miała być zbudowana. Inżynierowie zapewne woleliby ominąć samotne wzniesienia, które rozrzucone tu i ówdzie po równinie przywodziły na myśl majestatyczne okręty płynące po spokojnym morzu. Linia prosta, dokładnie wytyczona, oznaczała przebicie wielu tuneli. To z kolei oznaczało dodatkowy rok niebezpiecznych i naprawdę niepotrzebnych prac. Jednakże nikt nawet nie pomyślał o odstępstwie od prostej kreski wyznaczonej na mapie, to była Prawda Objawiona biegnąca ze stolicy ku granicy kraju, a nakreślona ręką Człowieka, któremu nikt nie śmiał się przeciwstawić.

Na swoje nieszczęście budowniczowie nie zdołali zniwelować wszystkich zdradzieckich nierówności terenu; zdarzały się miejsca, w których droga lekko skręcała. Za to właśnie dowodzący nimi posępny, aczkolwiek bezgranicznie lojalny generał trafił do piekła. Zdegradowany pewnego popołudnia, już wieczorem zdążał w góry na północy, by zarządzać gospodarstwem na ziemi, która z trudem rodziła źdźbło trawy. Po latach ściągnięto go ponownie do stolicy, by znów projektował autostrady — tak proste, że żadnej nigdy nie uda się wybudować. Kartografowie, nie chcąc podzielić losu żołnierza, wyciągnęli z jego wygnania wnioski. Na wszystkich mapach Autostrada Ponownego Zjednoczenia stanowiła idealną linię prostą, wskutek czego ludzie uwierzyli, iż jest taka w rzeczywistości. Niestety mało kto nią podróżował, zatem niewielu mogło poznać prawdę.

Moje rozkazy nie były precyzyjne, wiedziałem jedynie, że mam wypatrywać samochodu. Nie znałem jego koloru, marki, nie powiedziano mi nic poza tym, że to „samochód”. Taka była procedura. Jak zwykł mawiać angielski poeta, nic więcej nie musiałem wiedzieć. I szczerze mówiąc, nie chciałem wiedzieć nic więcej. Wystarczyła mi informacja, że samochód, o ile się pojawi, będzie pruł pełnym gazem z południa. Dlaczego wóz miał nadjechać akurat z tamtej strony, samo w sobie było ciekawe, ale mnie nie interesowało. Jak mówi stara mądrość ludowa: to czego nie dotykasz, na pewno cię nie oparzy. Zrób zdjęcie, powiedzieli; tak właśnie wyglądało moje zadanie. Zatem spoglądałem w wizjer, by ustawić ostrość, po czym opuszczałem obiektyw w kierunku ziemi. Znalazłem znakomity punkt obserwacyjny — miałem dobry kąt widzenia, odpowiednią odległość dla tego rodzaju obiektywu, nawet wystarczającą ilość światła, mimo że do wschodu słońca pozostało jeszcze pół godziny. Wiedziałem, że szosa wyłania się z tunelu niemal kilometr od tego
miejsca. Odgłos pracy silnika wzmocniony odbiciami od skał powinien dać mi dość czasu na przygotowania, zanim samochód wydostanie się na otwartą przestrzeń. Jeśli kierowca jedzie bez włączonych świateł, co było wysoce prawdopodobne, to zmęczony nieustannym patrzeniem w ciemność i walką o utrzymanie wozu pośrodku wąskiego pasa przyzwoitej nawierzchni, jaki ostał się na autostradzie, nie powinien omiatać wzrokiem zbocza, szukając na nim człowieka z aparatem.

Jak dotąd nic się nie wydarzyło. Żaden wieśniak nie szedł wzdłuż drogi; nawet wiatr nie chwiał łanami kukurydzy spalonej słońcem i tęskniącej za deszczem. Jedyne co mogłem robić, to czekać, gapiąc się w linię wzgórz wyłaniających się z mglistej ciszy.
— Status? — Radio było przyciszone, ale dochodzący z głośnika skrzek zawsze sprowadzał niepokój. Spojrzałem na zegarek. Co trzydzieści sekund od tego momentu odbiornik będzie wypluwał krótki komunikat: status, status, status, dopóki go nie wyłączę. Głos rozbrzmiał znowu i zaniknął pośród szumów. Nie dostrajałem odbiornika. Lepszy sygnał oznaczał silniejsze zakłócenia.
I tak nie musiałem odpowiadać. Póki co na drodze panował całkowity bezruch i nie miałem wątpliwości, że tak już pozostanie. Jeśli samochód nie pojawił się do tej pory, to już nigdy się nie pokaże. Usiadłem wygodniej i patrzyłem, jak trzecie pasmo wzgórz nabiera kształtu, plamy ciemnego tuszu rozlewające się na jasnym tle horyzontu. Zarysy były wciąż rozmyte, jakbym widział nie skały i ziemię, tylko leżącą na boku kobietę. Na krańcu widocznej drogi ku jaśniejącemu niebu wzbijał się słup dymu. Zapewne z wioski, do której należały rozciągające się poniżej pola. Wróciłem do obserwacji autostrady. Po długiej chwili wyprostowałem nogi, zaczynałem już bowiem odczuwać w mięśniach narastające odrętwienie. Gdzieś za mną ze zbocza stoczył się kamień. Zamarłem. Mgnienie oka później usłyszałem pisk ptaka i bicie skrzydeł uderzających o trawę, gdy podrywał się do lotu. Nie lubiłem zadań tego typu. Zamieniłbym cały splendor i chwałę na kubek gorącej herbaty. Radio znów ożyło.
— Na wypadek gdybyście zapomnieli, macie nacisnąć klawisz. Ile razy mam wam to powtarzać? Raz oznacza potwierdzenie, dwa razy przeczenie. — Zapadło dłuższe milczenie i już wiedziałem, że Pak mięknie. — W porządku. Nici z roboty, możecie wracać.
— Zostawcie mi trochę herbaty — poprosiłem szeptem do mikrofonu, chociaż w zasięgu wzroku nie było nikogo.
— Nie da rady. Nie ma czajnika. Tego czerwonego. Zniknął. — Z brzmienia głosu wyczułem, że na ustach Paka pojawił się cień uśmiechu.
— Z posterunku milicji?! Jak będziemy gotować wodę bez czajnika? Szkoda, że nie zabrałem ze sobą butelczyny. Odrobina wódki mogła pomóc w zabiciu czasu, zwłaszcza że jak się okazało, miało nie być porannej herbaty. W biurze nie było termosu. Ministerstwo posiadało kilka, ale odmawiało ich wydania nawet w największe zimowe mrozy, a co dopiero w tak miły sierpniowy poranek. I to, że musiałem się wspinać po stromym zboczu i siedzieć na mokrej trawie oczekując świtu, nikogo nie interesowało. Odpowiedź była zawsze taka sama. „Chcecie herbaty, inspektorze? Może powinniśmy do niej dodać miseczkę gotowanego ryżu i marynaty?”

Oficer zaopatrzenia nie zmieniał się od lat. Kiedy się odzywał, zawsze kpił z rozmówcy. Niestety miał kryształowo czystą kartotekę. Mimo że wiele razy próbowaliśmy, nigdy nie udało się go złapać na braniu łapówki — a tylko tak mogliśmy się go pozbyć. Głos Paka stał się bardziej oficjalny, co oznaczało, że ktoś jest z nim w biurze i przysłuchuje się naszej rozmowie.
— Przestańcie marudzić i wyłączcie radio. Gdybyśmy mieli baterie na wymianę... Usłyszałem odgłos pracującego silnika.
— Nadjeżdża samochód — przerwałem mu, tym razem nie ściszając głosu. — Jedzie szybko, środkiem drogi. Chwyciłem aparat, namierzyłem wielkiego mercedesa i zwolniłem migawkę. Nic nie kliknęło, nie zaszumiało, nie zrobiłem zdjęcia. Usłyszałem ryk klaksonu, czarny wóz mknął w moją stronę. Przez chwilę widziałem, jak się zbliża, potem minął mnie i tylko jasnoniebieskie kwiaty na poboczu szosy wciąż się chwiały poruszone uderzeniem fali powietrza, którą wywołał. Obserwowałem, jak wóz znika w oddali, a potem opuściłem ze złością aparat. Bateria się wyczerpała. Ale gdybym nawet zrobił idealne zdjęcie, nie na wiele by się zdało. Samochód nie miał tablic rejestracyjnych.


Nie zapukałem. Po prostu otworzyłem drzwi, rzuciłem aparat na biurko Paka i zająłem ostatnie wolne krzesło w pokoju. Spodnie nie wyschły mi jeszcze po długim kontakcie z mokrą trawą, aparat nadal nie działał, nie wykonałem zadania. Byłem cholernie wkurzony i chciałem, żeby Pak o tym wiedział. Domyśliłem się jednak, że też jest poirytowany. Zupełnie mnie ignorował. Z nieustannym stukotem pisał po tablicy — odrywał kawałek kredy od czarnej tafli, by po sekundzie ponownie w nią uderzyć. Zmaltretował biedną tablicę do szczętu, udając, że pochłania go to, co pisze, zanim wreszcie rzucił: — Wejdźcie, inspektorze. W pokoju znajdowały się jeszcze dwie osoby. Żadna się nie odzywała. Pak odwrócił się do mnie. — Inspektorze O, znacie wszystkich tu obecnych. — Z jego twarzy wyczytałem lekkie ostrzeżenie. — A może i nie znacie. To kapitan Kim ze sztabu.

Nigdy wcześniej nie widziałem kapitana Kima, ale wystarczył jeden rzut oka, żebym zrozumiał, że nie zostaniemy przyjaciółmi. Miał krótko, aczkolwiek dość nierówno ścięte włosy, masywny kark i mroczną twarz, która nadawała mu posępny wygląd sugerujący pewną ociężałość, czemu przeczyło wszakże żywe spojrzenie błyszczących jak stal oczu. Letni mundur, jaki miał na sobie, był w znacznie lepszym stanie niż fryzura, ktoś musiał też spędzić mnóstwo czasu na polerowaniu jego butów. Popatrzył na mnie z pogardą i wrócił do obserwacji aparatu leżącego na biurku Paka. Nikt tego nie powiedział, ale wiedziałem doskonale, że ten człowiek pracuje dla wywiadu.
— Nie ma zdjęć — powiedziałem. — Bateria padła. Zresztą samochód i tak nie miał tablic rejestracyjnych. — Błysnąłem zębami, szczerząc się do Kima w uśmiechu sugerującym, że walczymy po tej samej stronie, ale jego spojrzenie zachowało chłód stali; pojąłem wtedy, że to facet, który potrafi się śmiać wyłącznie z opowiadanych przez siebie dowcipów. Kątem oka zauważyłem, że Pak zbiera się w sobie. — Nie uwierzycie, ale ten gnojek bez przerwy używał klaksonu — dodałem. Mężczyzna siedzący obok Kima założył ramiona na piersi.
— Słucham?
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, Pak ujął mnie za łokieć i pociągnął do drzwi.
— Z pewnością napilibyście się herbaty, inspektorze.
— Najpierw odpowie na moje pytanie. Rozpoznałem ten ton. Brzmiał jak stukot bata o podłogę tuż przed właściwym uderzeniem. Tylko działacze partyjni wysokiego szczebla go używali. Był to ton wyniosły, a przy tym cięty i rozkazujący.
— W zasadzie — oznajmiłem — wolałbym napić się herbaty. Pak zamknął oczy. Robił tak, kiedy był zakłopotany. Nie wiedziałem, czy miało go to w jakiś sposób uspokoić czy też wierzył, że zniknę, jeśli tylko nie będzie na mnie patrzył. Mężczyzna na krześle odchylił się i wyprostował nogi. Wydawał się całkowicie odprężony i spokojny, ale czułem, że nie spuszcza ze mnie wzroku. Złączył dłonie, stykając palce o idealnie przyciętych paznokciach. Z pewnością nie był to ktoś, kto ostatnio pomagał wieśniakom na roli. Przysiągłbym, że wiem, co zaraz nastąpi.
— Jak widzę, inspektorze, nie nosicie wizerunku żadnego z naszych wielkich przywódców. — Przerwał, dosłownie na ułamek sekundy. Kapitan Kim stuknął obcasem o podłogę, zabrzmiało to niczym smagnięcie kociego ogona. Nikt oprócz mnie nie zwrócił na to uwagi. — Czy mam przez to rozumieć, że istnieje jakiś powód, dla którego nie robicie tego, co wszyscy mieszkańcy stolicy?
— Nie nosimy odznak w terenie — odparłem oficjalnym tonem. Oddech Paka stał się niebezpiecznie wolny. Jedno z ostrzeżeń, jakimi mnie nieustannie raczył, brzmiało: „Nigdy nie nazywaj wizerunku naszego wodza odznaką”. Ale ja ilekroć przypinałem sobie tę niewielką okrągłą odznakę, kłułem się w palec. Zawsze w to samo miejsce. Odkąd pamiętam, uważałem noszenie wpinanych w klapę odznak za pusty gest. Wzruszyłem ramionami. — Nie byłem w domu od trzech dni. Mam odznakę w górnej szufladzie po lewej. Prawdę mówiąc, to jedyna szuflada, jaką mam. — Nie mogłem się oprzeć, by nie dodać: — Ale to już zapewne wiecie.
— Inspektorze, to jest towarzysz Kang, zastępca dyrektora departamentu śledczego. — Pak wrócił między nas. Rozwarł powieki, na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, choć wargi pozostały nieruchome. — Tak rzadko mamy gości z Komitetu Centralnego na naszym posterunku. To prawdziwy zaszczyt. Kang uśmiechnął się w odpowiedzi — nie w przyjacielskim geście, ale by pokazać zęby. Nosił cywilne ubranie. Spodnie miał nieco za długie, przez co nogawki się marszczyły. Biała koszula, rozpięta przy szyi, wyglądała, jakby jej od tygodnia nie zdejmował. Ale pasek i buty miał zagraniczne. Dobrze dobrane, niezbyt stylowe. Buty były odrobinę zdarte, co stanowiło znakomity kontrapunkt dla błyszczącego obuwia Kima.
— Zadałem pytanie — rzekł beznamiętnie — i nadal czekam na odpowiedź.
— Mówiłem, że trąbił jak porąbany.
— Kto? Macie na myśli kierowcę? — dopytywał kapitan Kim.
To mnie zastanowiło; dopóki Kim się nie wtrącił, myślałem, że ze sobą współpracują. Nawet podczas takich nieformalnych spotkań przerywanie wybijało z rytmu. W przesłuchaniach nie same pytania są najważniejsze, ale rytm ich zadawania. Tracisz rytm, tracisz wszystko. I musisz zaczynać od samego początku. Dobry zespół nie pozwoli sobie na to. Nawet zły zespół trzyma się tej zasady.
— Skąd mam wiedzieć, kto trąbił? — odprężyłem się. Ta para, cokolwiek robiła w gabinecie Paka, zagrywała przeciw sobie. — Szyby były zaciemnione, a samochód jechał tak szybko, że jego obraz był rozmazany.
— To dlaczego twierdzicie, że nie miał tablic? — Kim podniósł aparat. Jego dłonie w odróżnieniu od rąk Kanga były twarde, niemal zrogowaciałe. Ale nie od pracy na roli, tylko od rozbijania cegieł i łamania desek. A może i kości, tyle że ja nie zamierzałem w to wnikać. Głos Kima dobywał się z mrocznej czeluści, w której nawet zwykłe pytanie brzmiało jak największe okropieństwo. — Skąd mamy wiedzieć, że mówicie prawdę? Skąd mamy wiedzieć, czy w ogóle próbowaliście zrobić to zdjęcie?
— Chwileczkę... — Czasami głos załamywał mi się, kiedy nie było trzeba, i właśnie nadeszła taka chwila. Oparłem dłonie o biurko Paka i pochyliłem się w kierunku obu gości powoli, z rozmysłem. Była to oznaka nieuprzejmości oraz braku dyscypliny. I miałem gdzieś, do czego to zaliczą. Twarz Kima pociemniała jeszcze bardziej. Zapewne oczekiwał należnego mu poważania, może nawet strachu, niestety nie byłem w nastroju do okazywania szacunku. Za to Kang wręcz przeciwnie, wyglądał na znudzonego. Nie zmienił wyrazu twarzy, tylko wodził za mną oczami jak niedźwiedź obserwujący zająca. Zero zainteresowania, zero braku zainteresowania, po prostu patrzył. — Nie wiem jak towarzysze, ale ja przed świtem wyruszyłem, żeby posadzić tyłek na jakimś wzgórzu, i po co? Baterie w aparacie były wyczerpane, bo przysyłacie nam tylko złom... — przerwałem na parę uderzeń serca. — Samochód, wielki czarny mercedes, był nawoskowany i aż błyszczał. Nie miał zabłoconej karoserii, za to nowiutkie opony i ż a d n y c h tablic rejestracyjnych.
Ani z przodu, ani z tyłu. Nadjechał z południa, gdyby kogoś to interesowało... — ponownie przerwałem. Za każdym razem gdy zawieszałem głos, Kim wściekał się coraz bardziej. Stal w jego oczach ciemniała niczym niebo przed burzą. — A kierowca trąbił cholernie głośno, wręcz szyderczo. Dlaczego na zadupiu, na całkowicie pustej drodze przed świtem ktoś miałby to robić? Zbyt wiele zbiegów okoliczności jak na jeden poranek, nieprawdaż? — Spojrzałem na Kanga. Jego twarz pozostała bez wyrazu. — A teraz, jeśli nie macie nic przeciw temu, pójdę napić się herbaty. Pak wrócił do tablicy i zaczął zmazywać to, co wcześniej napisał.
— Chcę mieć raport na moim biurku za godzinę, inspektorze. Zanieście ten aparat do operacyjnego i każcie im go sprawdzić. I zwróćcie radio do zaopatrzenia. — Otrzepał palce z kredy.
Kang wyrwał kartkę z oprawionego w skórę notesika. Myśmy takich nigdy nie mieli. Gdybym kiedykolwiek poprosił oficera zaopatrzeniowego o taki notes, roześmiałby mi się w twarz. Towarzyszu inspektorze, zakpiłby, jesteście wywrotowcem.
— To mój numer. Zadzwońcie dzisiaj po południu. O drugiej.
Wziąłem karteluszek i wetknąłem go do kieszeni, nawet nań nie patrząc. Kim odłożył aparat na biurko, ale wciąż miał w ręku osłonę obiektywu. Wyginał plastikowy krążek między palcami, wpatrując się w niego jak sroka w gnat, potem nachylił się i mi go oddał.
— Myślicie, że w operacyjnym będą mieli czajnik? — zwróciłem się do Paka, który zdążył już usiąść za biurkiem i zabierał się do studiowania pierwszej strony dawno unieważnionego regulaminu osobowego z ministerstwa.
— Oczekuję waszego raportu, inspektorze. Nawet nie spojrzał, gdy opuszczałem pokój, by udać się do zaopatrzenia. Odpiąłem radio od pasa, było włączone. A to oznaczało, że baterie są całkowicie wyczerpane, w przeciwnym razie przez cały czas trwania rozmowy wydawałoby przeraźliwe trzaski i piski. Zastanawiałem się, czy trzecie pasmo wzgórz wyłoniło się już z mgieł sierpniowego poranka...

Napisanie raportu nie zajęło mi wiele czasu. Nie było o czym się rozpisywać, zresztą wiedziałem, że Paka nie będą interesowały szczegóły. Szczegóły to zaproszenie do pytań. Pytania wymagają odpowiedzi. A odpowiedzi mogą zostać przekręcone, nie zrozumiane albo wykorzystane jako broń. Gdy skończyłem, upewniłem się, że Pak jest sam. Drzwi były szeroko otwarte, mimo to zapukałem. — Wejdźcie. — Pak stał twarzą do tablicy, która tym razem była czysta. Na biurku leżały dwie teczki osobowe. Jedna z nich była moja, poznałem po starym zdjęciu przytwierdzonym w rogu. Kiepsko wyszedłem na tym zdjęciu. Sporo wtedy piłem, a jasne światło przyprawiało mnie o ból głowy. W dodatku zawsze mrużyłem oczy u fotografa, oczekując na błysk lampy. — Jak zamierzacie się usprawiedliwić, inspektorze O?
— Słucham?
— Może powiecie: „Tak mi przykro, że zachowałem się nieregulaminowo wobec waszych gości, nadinspektorze”. Choć nie widziałem twarzy Paka, wiedziałem, że ma zamknięte oczy. Chyba żałował, że nie znajduje się gdzie indziej. — Nie chlaliście czasem tej cholernej fińskiej gorzały tam na wzgórzu? Zignorowałem te pytania.
— Gości...? Goście są grzeczni. Prawią komplementy. To nie byli goście, tylko obcy. Przebywanie z nimi w tym samym pomieszczeniu przyprawiało mnie o dreszcze.
— Inspektorze, proszę was... — Pak wreszcie się odwrócił. Jeszcze nigdy nie widziałem na jego twarzy takiego zmęczenia. — Mamy tak wiele problemów, że nie jestem już w stanie ich zliczyć. — Spojrzał na zegarek — A jeszcze nie ma południa.
Przeszedłem na moje ulubione miejsce, skąd mogłem wyglądać przez okno. Niewiele było do oglądania. W ciągu roku podwórze mogło być zakurzone albo zabłocone. W jednym rogu znajdował się stos cegieł na chodnik prowadzący z naszego biura do budynku operacyjnego. Lata mijały, a nikt go nie układał. Nikt też nie doniósł o braku postępów ministerstwu, zresztą byłoby to bezcelowe.
Oczekiwaliśmy, że cegły powoli się rozejdą, kilka tu, kilka tam. Dwie lub trzy wzięte do domu, tuzin do sprzedaży na ulicznym straganie o kilka przecznic stąd. Ale zdarzył się cud, nikt ich nie tknął i utworzyły swoisty monument, bezużyteczny, lecz jakże znajomy. Pewnego lata któryś z oficerów wydziału operacyjnego użył cegieł do zrobienia ławeczki, na której siadał wieczorami, by śpiewać dla młodej telefonistki pracującej przy otwartych oknach w centralce na drugim piętrze. Opierała wtedy łokcie o parapet i z rozmarzeniem na niego spoglądała, a liczba nieodebranych telefonów rosła i rosła. Jej wuj był brygadierem w armii; dlatego dopiero po kilku miesiącach ministerstwo przeniosło ją z powrotem do rodzinnej miejscowości. Była śliczna i słodziutka, żałowałem, że musiała odejść. Potem już nikt nie siadał na tych cegłach.
Liczyłem je za każdym razem, gdy dyrektywy ministerstwa dawały się Pakowi we znaki. Czytał te kwity po kilka razy, potem wzywał mnie do biura i zaczynał z furią bazgrać po swojej tablicy. Zazwyczaj mamrotał przy tym ledwo zrozumiale — „idiotyzm” było najczęściej powtarzanym słowem. Ale bywało też, że zaczynał robić mi wykłady. Sporo czasu minęło, zanim zrozumiałem, że nie muszę mu nic mówić. Stawałem zatem przy oknie i dodawałem jedną cegłę na każde stuknięcie kredy. Pak kończył wykład i pytał:
— Co o tym sądzicie? A ja zwyczajowo odpowiadałem:
— Niesamowite. Pak lubił to okno bez względu na to, czy było coś widać czy nie. Mawiał, że dzięki niemu ma więcej światła. Po przeciwnej stronie podwórza rosły dwa miłorzęby, które złociły się przepięknie na kilka tygodni przed tym, nim zimne listopadowe wiatry odbierały im ostatnie liście. Pak był najszczęśliwszy na początku października. Mógł bez końca gapić się przez okno, byle tylko dostrzec pierwsze liźnięcia jaskrawożółtego koloru w koronach drzew. Wreszcie wzywał mnie do swojego biura i zanim zdążyłem wsunąć głowę za drzwi, wskazywał okno z tym charakterystycznym nieobecnym spojrzeniem pełnym błogości. Ale teraz mieliśmy pełnię lata, było zbyt wcześnie na czerpanie radości ze złotych liści.
— Dlaczego jesteście tacy źli? — zapytałem. — Nie zrobiłem zdjęcia, bo bateria padła. Powiedzcie, kogo to u licha może obchodzić? Ci dwaj zachowywali się, jakbym właśnie rozpętał kryzys narodowy, jakby MacArthur znowu rozpoczął desant.
— Może wasze porównanie jest niezbyt dalekie od prawdy. — Pak usiadł na swoim krześle. — Dałem wam proste zadanie. Mieliście usiąść na wzgórzu, w otoczeniu pięknych kwiatów, tuż przed świtem... To wasza ulubiona pora dnia, sami mówiliście... zrobić zdjęcie, może dwa i wrócić do domu.
— Nie na tym polega moja robota. — Już niejeden raz spieraliśmy się o to z Pakiem. I obaj wiedzieliśmy, do czego te spory prowadzą. — Nikt mi nie płaci za robienie zdjęć krajobrazu. Moim zadaniem jest utrzymywanie porządku w stolicy, przynajmniej na powierzonym odcinku. I robię swoje. Słyszeliście jakieś skargi?
— Kiedy ostatni raz dostaliście wypłatę, inspektorze?
— Zgoda, może i są opóźnienia w wypłatach. Ale to nie znaczy, że płacą nam za nic.
— Dobrze mówicie, dokładnie opisaliście wasze działanie.
Gdyby te słowa wypowiedział ktokolwiek inny, mogłyby mnie zaboleć, ale wiedziałem, że Pak nie miał nic złego na myśli. Zazwyczaj dobrze się rozumieliśmy. Dziesięć lat współpracy usunęło wszelkie chropowatości. Coś go dręczyło, nie wiem co, ale kiedy był zmartwiony, zaczynał się irytować. Tym razem ja też czułem irytację. Nie dość, że zmoczyłem sobie tyłek siedząc przed świtem na mokrej trawie, to jeszcze jacyś oficjele chcieli mnie przewłóczyć za brak odznaki.
— Nie da się zrobić dobrych zdjęć samochodowi bez tablic rejestracyjnych pędzącemu w półmroku. Zwłaszcza spieprzonym aparatem. — Odwróciłem się od okna. — I dlaczego nie mogę mieć termosu, skoro mam siedzieć gdzieś bez ruchu na długo przed świtem?
— Czy oni was zauważyli? — To było typowe dla Paka. Wpadał w gniew zupełnie bez powodu, a potem nagle wracał spokojnie do tematu rozmowy.
— Nikt niczego nie widział. — Byłem pewien, że nikt mnie nie mógł dostrzec z drogi. Siedziałem na niewielkim wzniesieniu, mając za sobą drugie wzgórze. Każdy, kto spoglądał w tę stronę z poziomu drogi, musiał skupić wzrok na szczycie. Ludzie tak reagują. Można wysłać na zbocze całą wycieczkę i nikt nie zwróci na nią uwagi. Obserwatorzy zawsze będą patrzeć tam, gdzie styka się ziemia z niebem.

Polub WP Książki
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.