Trwa ładowanie...
Informacja prasowa

Nowy, emocjonujący thriller Przemysława Borkowskiego

Po świetnie przyjętym "Rytuale łowcy" czas na kolejne mocne uderzenie! Powraca prokurator Gabriela Seredyńska, a to oznacza, że rozpoczyna się kolejne niełatwe śledztwo. W poszukiwaniu kryminalnych emocji sięgnij po "Śmierć nie ucieknie"! A już dziś możesz przeczytać fragment książki.

Share
„Śmierć nie ucieknie” Przemysław Borkowski
„Śmierć nie ucieknie” Przemysław Borkowski Źródło: Materiały prasowe
d2wwpxb

Premiera odbędzie się 17 października, a tymczasem po lekturze jest już Igor Brejdygant, pisarz, scenarzysta i reżyser, autor m.in. "Szadzi" i "Rysy", które doczekały się ekranizacji. O "Śmierć nie ucieknie" Igor Brejdygant mówi tak: "Z jednej strony show-biznes, prawnicy i polityka, z drugiej niepowtarzalnie osobisty świat bohaterki, a wszystko w osnowie realiów otaczającej nas współczesności. Wartka i niezwykle wciągająca opowieść, w której prawda okazuje się zupełnie inna, niż sądziliśmy na początku".

O czym jest "Śmierć nie ucieknie" Przemysława Borkowskiego?

Julia Gierszewska jest młodą piosenkarką u progu wielkiej kariery. Pewnego dnia po przebudzeniu zastaje w mieszkaniu martwe ciało swojego menadżera, a po suto zakrapianej nocy kobieta nie potrafi określić, jak doszło do tego, że mężczyzna nie żyje. Kto go zabił? Ona? A może ktoś inny?

W panice Julia wychodzi z domu, wsiada do taksówki i prosi kierowcę, by jechał przed siebie. By wywiózł ją daleko poza Warszawę.

d2wwpxb

Z czasem nabiera podejrzeń – czy ten człowiek, który pomaga jej uciec, jest na pewno jej sprzymierzeńcem? Stopniowo przestaje być również jasne, kto kogo powinien bardziej się bać: ona jego, czy on jej.

Tymczasem sprawą zamordowanego menadżera zajmuje się prokurator Gabriela Seredyńska, która kiedy raz podejmie trop, nie odpuści, choćby miała to przypłacić własnym życiem.

Przemysław Borkowski Materiały prasowe
Przemysław Borkowski Źródło: Materiały prasowe, fot: MIKOLAJ STARZYNSKI

Przeczytaj fragment thrillera "Śmierć nie ucieknie"!

ROZDZIAŁ 1

d2wwpxb

Telefon. To był dzwonek telefonu. Nie jej, ona miała ustawione Porque te vas? Jeanette, piosenkę z filmu Carlosa Saury "Nakarmić kruki". Filmu, który opisywał jej dzieciństwo. A to był dzwonek jego telefonu. Melodyjka, która zawsze ją irytowała. Pozbawiony wokalu motyw z amerykańskiego przeboju z początku dwudziestego pierwszego wieku. Motyw, który był taki jak on: udający coś, czym tak naprawdę nie jest.

Dlaczego więc go nie odbierał? Dźwięk rozlegał się już chyba dosyć długo. Chyba, bo przed chwilą właśnie się obudziła. Co było o tyle dziwne, że siedziała na krześle. I to w niezbyt wygodnej pozycji.

Poruszyła się. Ciało miała zesztywniałe i obolałe. Ale nie tak, jak wtedy, gdy ją bił. Jakoś inaczej. Jakby zasnęła po pijaku na kanapie. Tyle że przecież nie leżała na kanapie.

Melodyjka zamilkła, a potem telefon rozdzwonił się znowu. Ktoś bardzo chciał, żeby odebrać. Rozejrzała się. Wszystko wydawało się w porządku. Jej mieszkanie, jadalnia połączona z salonem i kuchnią. Przez sięgające podłogi wielkie okna widać było zwalistą bryłę centrum handlowego Arkadia przy rondzie Radosława. Świeciło słońce. I to nie poranne, takie już przedpołudniowe. Poznała to po cieniach na podłodze. Siedziała na jednym z krzeseł przy stole. Dziwne. Jak mogła zasnąć na krześle w kuchni? Przecież nie brała narkotyków, nigdy. Wolała jakże polską smakową wódkę. Cytrynówkę albo wiśniówkę. Popijaną tak, żeby on tego nie widział. W małych butelkach, które łatwo schować i które można kupić w każdym sklepie w tym kraju. No i niewymagającą popijania.

d2wwpxb

Ale nie czuła kaca, nawet lekkiego. Znała to uczucie bardzo dobrze, więc nie mogła się pomylić. Była otumaniona i półprzytomna, ale było to otumanienie innego rodzaju. Bez bólu głowy i nudności.

Chciała przetrzeć oczy. Już gdy podnosiła rękę z kolana, poczuła, że skóra na niej jest dziwnie napięta, jakby sztywna. Niemal pękła, gdy tylko poruszyły się mięśnie. Spojrzała na swoją dłoń. Była czymś pokryta, jakąś zaschniętą ciemną cieczą. Zbliżyła ją do nosa i powąchała. Zakrzepła krew. Kolejna rzecz, która przypominała jej dzieciństwo.

Czyli jednak ją pobił. Poruszyła mięśniami twarzy, próbując wyczuć, czy są na niej jakże znajome opuchlizny albo rozcięcie wargi. Nic. Zmarszczyła nos – nie bolał. Co prawda ostatnio starał się nie bić jej po twarzy – w końcu dość często musiał pokazywać ją publicznie – ale może nie dał rady tym razem się powstrzymać. Jeśli nie przesadzał za bardzo, ślady dawało się ukryć pod mocnym makijażem. Jej sceniczny image na to pozwalał. Ta świadomość sprawiała, że czasami sobie folgował.

Dziwne było to, że nic nie pamiętała. Zupełnie nic. Próbowała przypomnieć sobie, co robili wczoraj wieczorem. Kompletna pustka. Jakby ktoś skasował nagranie, nie zapisał pliku. Skądś ta krew na jej rękach musiała się jednak wziąć. Może rana była gdzieś niżej, nie na twarzy. Spojrzała w dół, na swoje ciało.

d2wwpxb

Ubrana była wyjściowo, nie po domowemu. Ale bardziej do restauracji, nie na koncert. Nie był to jej kostium, strój służbowy, który wkładała, gdy grała rolę artystki, interesującej, nieszablonowej piosenkarki ocierającej się nieco o pop, lecz zachowującej wobec niego szlachetny dystans. Ubranie wydawało się nieco zdefasonowane, podmięte, jakby miała je na sobie już odrobinę za długo, na przykład cały wczorajszy dzień, no i dzisiejszą noc.

Zaczęła poszukiwać ran i zadrapań. Żadnej przerwy, nieciągłości w skórze, przez którą mogłaby wylać się ze środka krew. Czarna, niezbyt przylegająca, przetykana srebrną nicią sukienka także wydawała się nieuszkodzona. Nie była naddarta, rozpruta, nienaturalnie ściągnięta w jedną stronę, a przecież to właśnie wierzchnie warstwy garderoby bywały zazwyczaj pierwszymi ofiarami, nawet gdy skrytemu pod nimi ciału udawało się jakoś wykpić.

Telefon znowu zadzwonił. Po raz który? Piąty? Dziesiąty? Rozejrzała się. Nie było go w tym pomieszczeniu. Dźwięk dochodził z gabinetu po drugiej stronie korytarza. Naprawdę nie miała ochoty tam iść. Tu było jej dobrze i to pomimo zesztywnienia i bólu karku. Tu było bezpiecznie. Ten stan, mimo swoich niedostatków, mógłby potrwać jeszcze trochę.

Lecz telefon znowu zamilkł i znowu się rozdzwonił. Było w jego dźwięku coś coraz bardziej rozpaczliwego, choć przecież melodyjka nie zmieniła się ani o nutę. Ciągle udawała jazz i ciągle nim nie była. To tylko to monotonne, uparte powtarzanie dodawało jej trudnego do zignorowania dramatyzmu.

d2wwpxb

Zrozumiała, że ten, kto dzwoni, nie ma zamiaru przestać, na co do tej pory liczyła. Będzie dzwonił, wwiercał się w jej mózg niczym budzik, który sam z siebie nie zamilknie, trzeba go wyłączyć. Wstała, czując się jak astronauta stawiający pierwsze kroki na ziemi po długim okresie przebywania w stanie nieważkości, i niepewnym krokiem ruszyła przed siebie.

Weszła do gabinetu. Telefon leżał na podłodze, tuż za drzwiami. Podniosła go i spojrzała na wyświetlacz. To kobieta z wytwórni płytowej, tej, która wydała jej najnowszą płytę. Zajmowała się promocją i marketingiem, poznały się kiedyś, choć kontaktowały się głównie mailowo.

(…)

Dopiero teraz rozejrzała się po gabinecie. I już wiedziała. Wiedziała, gdzie on jest i dlaczego nie odbierał. Siedział przy biurku pod otwartym oknem. Głowę miał opartą o klawiaturę macbooka, jakby zasnął podczas swojej ulubionej rozrywki – oglądania stron porno. Wylewając przy okazji wino, którego

d2wwpxb

wielka czerwona plama zalała biurko i klawiaturę komputera. Jeszcze przez chwilę wierzyła w to wytłumaczenie. Wierzyła, bo było to w tym momencie najprostsze rozwiązanie.

ROZDZIAŁ 2

Ale to nie było wino, przecież to wiedziała. Czerwone wino z przewróconego niechcący kieliszka rozlewa się po prostu po blacie i nie opryskuje wszystkiego naokoło łącznie ze ścianą, ekranem komputera i roletami w oknie. Nie pozostawia też brunatnych śladów na leżącej obok statuetce Fryderyka przyznanej jej dwa lata temu za najlepszy album w kategorii pop alternatywny. No i nie pachnie w ten sposób. W sposób przywołujący dzieciństwo.

Wycofała się powoli do bezpiecznego świata za drzwiami do salonu. Miała chyba podświadomą nadzieję, że wróci w ten sposób do tamtego momentu raptem sprzed kilku minut, gdy nic jeszcze nie wiedziała. A więc to w końcu nadeszło, pomyślała. To, czego się bała od tylu lat i na co zawsze czekała, być może nawet bezwiednie tego pragnąc. Klątwa, przekleństwo, genetyczne obciążenie, wyrok losu, przed którym nie da się uciec. Niczym w antycznej tragedii, w której cokolwiek byś zrobił, jakiekolwiek środki zaradcze byś podjął, nie zatrzymasz wyznaczonego przez bogów biegu rzeczy. Zabijesz ojca i prześpisz się z matką. A potem wyłupisz sobie oczy.

Usiadła z powrotem na krześle. Próbowała myśleć racjonalnie. Nie było dobrze. Drugi raz jej się przecież nie upiecze, prawda? Tym razem to koniec. Nikt nie uwierzy w samoobronę, tym bardziej że uderzyła go w głowę, gdy siedział przy komputerze, a jego wcześniejsze ekscesy zawsze dość skutecznie ukrywała. Nie miała historii przemocy domowej, żadnych zgłoszeń na policję, żadnych obdukcji ani założonej jemu niebieskiej karty, nic. Uznają to za zwyczajne morderstwo albo – co jeszcze gorsze – za efekt choroby psychicznej, takiej samej, jak ta jej matki.

(…)

Poczuła nagle, dopiero teraz, panikę. Ściskający gardło i serce, wypychający powietrze z płuc strach. Gdyby nie wyspa kuchenna oddzielająca kuchnię od jadalni i salonu, upadłaby na podłogę.

Chwyciła się jej kurczowo, spróbowała uspokoić oddech. Ucieczka. Znowu tylko ta jedna myśl. Choć może raczej nie myśl, bo myśl powinna być przecież choć trochę racjonalna, powinna być dziełem rozumu, a to było zwierzęce, instynktowne, niepowstrzymane. Uciec. Wyjść stąd natychmiast. Teraz, zaraz, zostawić za sobą to wszystko, zaczerpnąć powietrza. Kolejne najprostsze rozwiązanie, odsuwające w pewien sposób problem na później.

Ale zaraz, chwileczkę. Mimo wszystko nie tak szybko. Musi się przecież spakować. Poszła do sypialni i otworzyła drzwi do garderoby. Zdjęła z wyższej półki małą plastikową walizkę, taką, jaką zabiera się do kabiny samolotu. Położyła ją na łóżku i zaczęła wrzucać do środka ubrania. Działała jak automat, nie myśląc. I to było dobre, to też odsuwało problem.

Nagle zatrzymała się w pół ruchu. Z ręką trzymającą bluzkę zawieszoną tuż nad walizką. Gdzie miała uciec, jak? Wypadałoby mieć chociaż jakiś szczątkowy plan. Przecież nie wyjdzie z domu i nie pójdzie przed siebie. Ciągnąc za sobą walizeczkę na kółkach.

Taksówka. To było w zasadzie jedyne rozwiązanie. Później się będzie martwić, dokąd pojedzie. Teraz chodziło tylko o to, żeby stąd wyjść, zostawić to wszystko za sobą, to życie, którego od dawna już nie chciała, tego faceta z roztrzaskaną głową i to, co się tu wczoraj stało.

Informacja prasowa
d2wwpxb

Podziel się opinią

Share
d2wwpxb
d2wwpxb